Oto krawędź rzeczywistości. Jesz, pijesz, śpisz i męczysz
się w pracy przez te osiem do dwunastu godzin, zupełnie tak jak każdy, kto
przypadkiem wstąpił na tę ścieżkę. Nic w tym specjalnego. Tylko, coś dziwnego dzieje
się z tobą, zaczynasz się zawieszać. Wychodzisz z budynku i przelogowujesz się
na inne konto, jesteś już w innym stanie świadomości, nieznacznie różniącym
się, od tego opuszczonego przed chwilą.
Wielu widziało i pisało, że rzeczywistość jest złudna i, w
dużej mierze, wypełnia ją pustka. Inni obwiniali życie. Życie jest kłamliwe i
jest wieczne. Mówili - takie życie –
aż ten zwrot wszedł w powszechne użycie. Życie stało się najbardziej wyeksploatowanym
rzeczownikiem w historii. Na jakiś czas taka odpowiedź wystarczy, ale zawsze
przychodzą wątpliwości. A co jeśli to nie jest siła wyższa, żaden z bogów,
przypadek, los czy przeznaczenie, lecz sam Ja, spycham siebie w stronę
przepaści? Czy to Ja jestem źródłem własnego cierpienia?
Więc od jakiegoś czasu stoję na krawędzi, tam gdzie
rzeczywistość traci pustkę i traci złudę, a zaczyna nabierać kształtów, które Ja sam jej nadaję. Jestem piekarzem, który wypieka codziennie chleb. Mógłby
nazwać to prościej, ale to już profanacja, a krawędź jest bardzo wygodna.
Idąc ulicą, czasem schodzę z chodnika, nie widząc ludzi, aut
i autobusów. Narażam się na potrącenie, bo wiszę gdzieś daleko, głową zwrócony
w dół i przy dźwiękach setek instrumentów, kreuje coś u podstawy swojej czaszki.
Później rozrasta się to i przepoczwarza w określony sposób myślenia. Pewnego dnia
to otępi moje myśli, sprawiając, że wpadnę w dziwne odrętwienie. Nirwana?
Wyższy stan świadomości? Ja nazywam to krawędzią, drobną przestrzenią pod
kurtyną, przez którą widać z widowni ułamek sceny i zaplecza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Pisz śmiało. Wytykaj błędy, ubliżaj, rzucaj mięsem.