" – Ja się tu chyba powieszę – pomyślał. Nie wpadło mu do głowy, że wobec braku ciążenia nawet takie wyjście nie jest możliwe..."



środa, 14 marca 2012

Klucz w wodzie

Klucz w wodzie

Zajęcia z kreatywnego myślenia zakończyłem przed czasem, dając moim uczniom upragnioną chwilę relaksu w kolejny, upalny wieczór. Wszyscy wrócili już do obozu, położonego kilkaset metrów dalej, na zielonej skarpie, górującej nad szafirową taflą jeziora. Pozbierałem kartki, pozostawione przez dzieciaki na drewnianych pieńkach i rzuciłem je w leniwo tlące się płomienie. Tego dnia Magda pierwszy raz nie usiadła razem z nami i nie starała się poprawić swojej kreatywności. Nie zaskoczyła mnie, w obliczu takiej sytuacji każdy zachowałby się w taki sam, lekko tchórzliwy, sposób. Usiadłem na największym pieńku. Iskry uciekające z ogniska tańczyły u moich stóp. Z pewną dozą sceptycyzmu, którą w takich sprawach mógłby zalecić mi mój psychoanalityk i zarazem najlepszy przyjaciel, podchodziłem do wydarzeń z poprzedniej nocy. Nie chciałem wierzyć w jej słowa, czy raczej gesty, ponieważ z racji swej niepełnosprawności, tylko nimi mogła się posługiwać. Ciągle przyłapywałem się na tym, że zapominam o jej ułomności. Wstydziła się. Kryła się w cieniu lub siadała z daleka od reszty grupy i wpatrywała się w komary szybujące nad naszymi głowami. Dlatego nie zaskoczyła mnie swoją nieobecnością.
Z początku lubiłem jej towarzystwo z powodu tej niesamowitej ciszy jaką rozpościerała wokół siebie. Nie ukrywam, że z czasem pojawiło się we mnie uczucie, lecz skłamałbym mówiąc, że była to miłość. Przypominało to raczej pewną więź, a może nawet rodzaj zależności. Na sześćdziesiąt osób przebywających w obozie, tylko troje ludzi znało język migowy, także w naturalny sposób sytuacja zmusiła mnie do przebywania w jej pobliżu. Po pierwszych dwóch tygodniach obozu, zaczęła przychodzić na moje zajęcia i pomimo wielu trudności, z każdym kolejnym spotkaniem, starała się dawać z siebie jeszcze więcej. Jej początkowa nieśmiałość przełamywała się powoli, tempem dorównując lodowcom sunącym po stokach gór w głąb dolin.
Od strony jeziora nadszedł nagły powiew wilgotnego powietrza. Ogień, ciasno oplatający kawałki sosnowego drewna, wyprężył się i skierował w moją stronę swe długie ramiona. Poczułem ciepło na twarzy i odruchowo przesunąłem się do tyłu. Las szeleścił kojąco zielenią, ale ja nadal mimowolnie błądziłem palcami po skórze twarzy, stale starając się odtworzyć kilka drobnych szczegółów z zeszłej nocy, gdy przyszła do mnie razem ze swoją ciszą i usiadła na moim łóżku. Spytałem ją czy coś się stało, jednak odpowiedziała mi tylko pocałunkiem na dobranoc. Robiła to wiele razy, składała swe wargi na moich policzkach jakby chcąc bezszelestnie wyrazić swoją wdzięczność za wszystko to co dla niej robię, lecz tym razem było inaczej. Ledwie poczułem jej dotyk na ustach, była niezwykle delikatna jak jedwabna chusta, którą ktoś zarzucił na moją twarz.
I to było wszystko. Jeden pocałunek, krótki moment, który właściwie mógł nic nie znaczyć. Przeszkadzał mi nieporządek panujący w mojej głowie, bolała mnie moja obojętność bo tak naprawdę było mi wszystko jedno. Czy zakocham się, czy będę z nią, a może ona wyjedzie i już nigdy się nie spotkamy? Nie miałem ochoty działać, wolałem poczekać i na własnej skórze przekonać się co przyniesie mi los. A może to brak odwagi? Tylko dlaczego pierwszy raz w życiu ogarnia mnie strach przed działaniem? Nie potrafiłem tego zgłębić w sposób zadowalający.
Wygasiłem ognisko i wróciłem do obozu. Po kolacji ktoś przyniósł moją gitarę. Marcin poprosił bym zagrał, więc usiadłem wśród tłumu młodych jak mędrzec, gotowy pouczyć swych uczniów i uderzyłem w struny, lecz dopiero, gdy spostrzegłem jej uśmiech, skryty gdzieś za plecami słuchaczy, natychmiast odnalazłem właściwą melodię. Ułożyłem ją, którejś nocy, gdy zmęczony wielogodzinnym upałem, poszedłem na pomost z gitarą i grałem do księżyca i dwóch naszych łodzi zacumowanych do drzewa rosnącego tuż przy brzegu. Magda przyszła za mną i usiadła obok. Sprawiała wrażenie, że słucha z uwagą każdej nuty, nawet najsubtelniejszego drgnięcia struny, jakby moja gra miała odczarować jej uszy. Niestety nie miałem takiej mocy.
Gdy kładłem się spać, Magda nie pojawiła się w moim pokoju. Unikanie mnie szło jej tak dobrze, że zacząłem się martwić czy w jakiś sposób nie uraziłem jej uczuć. Przykryłem głowę poduszką i natychmiast rozwiałem swoje wątpliwości. Miała tylko piętnaście lat, musiała zrozumieć, że traktuję ją jak młodszą siostrę, której nigdy nie miałem. Zresztą, była jeszcze za młoda by rozróżnić zauroczenie od prawdziwej i pełnej miłości. W pewien, niezrozumiały dla mnie, sposób tęskniłem za dziecinną naiwnością.

Była piąta nad ranem, gdy mój najlepszy przyjaciel Marcin, wpadł do stołówki zdyszany i wykrztusił resztką sił, że policja znalazła Magdę po drugiej stronie jeziora, prawie sześć kilometrów od obozu. Nie tracąc ani chwili zbiegłem w dół i odwiązałem starą łódź, która, z racji braku silnika, nie brała udziału w poszukiwaniach. Marcin wskoczył do wody tuż za mną. Widziałem, że brakuje mu sił by wiosłować, ale nie chciał słuchać moich próśb, zarzekając się, że sam nie dam rady pokonać jeziora. Po dziesięciu minutach zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy za słabi by przebyć taką odległość. Z pomocą przyszli nam Filip i Justyna, pływający naszą drugą łodzią po wschodniej części jeziora. Marcin wezwał ich przez krótkofalówkę i jednocześnie powiadomił, że policja odnalazła ciało zaginionej dziewczynki.
Nawet w momencie, gdy wypowiedział te słowa, nie mogłem znaleźć w sobie woli by uwierzyć, że mojej podopiecznej stała się jakaś krzywda. Byłem przekonany, że po prostu poszła popływać i za bardzo oddaliła się od obozu. Przecież takie rzeczy się zdarzały, dzieci gubią się czasem w lesie. Jednak w tym przypadku wszystko malowało się w ciemnych barwach.
 Motorówka podholowała nas do plaży, przy której stały policyjne radiowozy, stamtąd pobiegliśmy pieszo przez las ścieżką, którą setki razy pokonywałem w dzieciństwie razem ze swoimi braćmi i kuzynami. Znaleźli ją przy pomoście mojego dziadka, w jedynym miejscu, w którym nie szukałem, będąc pewnym, że tylko ja i moje rodzeństwo wiemy jak się do niego dostać. Kiedyś to była nasza twierdza, niewielki fragment lądu odcięty od brzegu strumieniem, otoczony mokradłami i gęstymi krzewami. Teraz jednak wszelką roślinność wydeptały policyjne buty.
Ktoś przykrył  jej ciało czarną płachtą, ale zrobił to w taki sposób, że mogłem  spostrzec fragment jej miodowych włosów rozrzuconych na ziemi. Nie pozwolono nam zbliżyć się do ciała, przytrzymano nas i poproszono byśmy nie przeszkadzali w wykonywaniu czynności. Justyna protestowała, Filip ją przytrzymywał, a Marcin tłumaczył coś jednemu z policjantów, od czasu do czasu podnosząc głos i unosząc ręce. Ja stałem jakby z boku, wzrokiem obejmowałem całe zamieszanie i nie mogłem wyrwać się z dziwnego odrętwienia. Pomyślałem, że z pewnością wiatr zepchnął ją w tę okolicę, albo, że dopłynęła, aż tutaj.Te kilka kilometrów. W pław i do tego nocą… W pewnym momencie wszelkie moje rozważania straciły na znaczeniu. Po prostu nie miałem pojęcia co się stało, a szok, który od kilku chwil wypełniał moje żyły, rozlał się po wnętrzu czaszki, mało nie zrzucając mnie z nóg.
Odsunąłem się dwa kroki do tyłu i oparłem dłonią o drzewo. Spojrzałem na Justynę, która rozpłakała się Filipowi na ramieniu. Pomyślałem, że kobiety mają lepiej, wyrażanie emocji przychodzi im łatwiej, nie muszą się nimi krępować. Mężczyzna zawsze musi zachować twarz, niezależnie od sytuacji. Jednak jako facet jestem nieobiektywny, mogę mówić tylko za siebie. Poza tym płacz zawsze przychodził mi ciężko, moja matka stwierdziła, że wylałem wszystkie łzy, gdy leżałem jeszcze w kołysce jako niemowlę. Z pewnością tkwiło w tym ziarnko prawdy, skoro nie potrafiłem zapłakać w takiej chwili jak ta.
Marcin poczerwieniał i rozejrzał się nerwowo, zapewne szukając wsparcia w mojej osobie. Wyraz jego twarzy dał mi dowód na to, że on znalazł inne rozwiązanie niż ja i Justyna. Gniew wydaje mi się prostszy niż rozpacz. Może jest to wynikiem złudnego poczucia podejmowania jakiegoś działania, jakiejś akcji, która jest błyskawiczną reakcją na zaistniałą sytuację. Bo po co stać i użalać się nad złym losem, skoro można coś zrobić, zamienić w jakiś sposób emocje na akcje, wyrzucić je z siebie raz, a dobrze? Przecież to takie niemądre, przesączać swój smutek przez oczy by wylewał się z nas w postaci kilku kropel.
Czułem dreszcze szarpiące moimi kolanami. Marcin podszedł do mnie i tylko jego silna dłoń uratowała mnie przed upadkiem w błoto. Spytał czy dobrze się czuję. Pokręciłem głową i zwróciłem swój wzrok na czarną płachtę leżącą kilka metrów dalej. Czy to poczucie winy czy strach? Przecież część winy na pewno spadnie na mnie, ale nie powinno mnie to w jakiś sposób teraz martwić, więc co się ze mną dzieje?

Całą drogę powrotną tylko Marcin się odzywał. Nie wsłuchiwałem się w jego gniew. Zaczerwienione oczy Justyny wbijały się we mnie niczym ostra krawędź noża tnąca moją twarz. Przez głowę przeszła mi myśl, że może chce obarczyć mnie odpowiedzialnością za tę tragedię. Przełknąłem ślinę i starłem pot krzątający się na moim czole. Zwróciłem się do Marcina by zamilkł na chwilę i pozwolił mi pomyśleć. Policjanci powiedzieli nam, że wkrótce zjawią się u nas by odpowiedzieć na nasze pytania i porozmawiać z rodzicami dziewczynki, którzy mają przyjechać w południe.
Gdy dobiliśmy do brzegu zatrzymałem swych przyjaciół i przekazałem im swoje pomysły. Stwierdziłem, że dzieci powinny wrócić do domów jeszcze dzisiaj i obarczyłem Justynę i Filipa zadaniem przetransportowania ich do miasta, gdzie rodzice mogliby odebrać swoje pociechy. Marcina poprosiłem by zajął się rodzicami Magdy, przekazał im jej rzeczy i postarał się zapanować nad swoimi i ich emocjami. Gdy wszyscy przytaknęli, ruszyliśmy do obozu na śniadanie.
W stołówce wrzało. Była za pięć siódma, ale nikomu to nie przeszkadzało i wszyscy głośno rozmawiali na temat tajemniczego zniknięcia. Poprosiłem by wszyscy umilkli i usiadłem na swoim miejscu. Nie mogłem znaleźć w sobie sił by rozpaczać czy powiedzieć kilka słów, które zakończyłyby wszelkie dywagacje i jednoznacznie ukróciły plotki. Wtedy podszedł do mnie Marcin i powiedział wszystkim głośno, że obóz zostaje zawieszony, a wszyscy obozowicze dziś wieczorem wracają do domów. Salę wypełnił głośny zawód i niedowierzanie. Chwilę później wybuchły głośne dyskusje i rozmowy, usłyszałem kilka przekleństw, a na twarzach malowało się ogólne niezadowolenie. To zrozumiałe, środek wakacji i my mamy wracać do miasta? Dlaczego akurat wtedy, gdy dopisała pogoda?

Przez ostatnie dwa dni spałem może z godzinę, opierając głowę o blat stołu w stołówce. Większość czasu spędziłem w łodzi, pływałem razem z policjantami i wskazywałem im miejsca, w których mogłaby wejść do wody. Dorastałem nad tym jeziorem, mój rodzinny dom stał cztery kilometry od brzegu, więc znałem każde miejsce, w którym można było się kąpać. Wszyscy szukali jakiś śladów. Najpierw Justyna znalazła jej koszulkę, która wisiała na małej gałęzi, kilkaset metrów od obozu. Chwilę później reszta jej ubrania odnalazła się pośród zarośli. Brakowało jej bielizny co podsunęło nam myśl, że poszła popływać i tej teorii trzymaliśmy się do momentu, gdy policja przedstawiła nam szczegółowy opis tego co mogło się wydarzyć. Już od samego początku wątpliwości podsuwał nam fakt, że jej ubranie leżało kilkaset metrów od brzegu i drugie tyle od obozu. W tej okolicy jest łagodne zejście ze skarpy na której stał obóz, więc tłumaczyłem sobie, że właśnie dlatego wybrała tę drogę. To wydało mi się sensowne i logiczne.
Policja pojawiła się w południe, poprzedzając przyjazd rodziców Magdy. Justyna i Ewa zabrały dzieci nad brzeg by mogły wykąpać się raz jeszcze, natomiast ja razem z Marcinem i Filipem, przyjąłem czterech funkcjonariuszy w cywilu.
Panowie śledczy, bo taki ich sobie nazwałem, nie przebierali w słowach i wyłożyli nam natychmiast to co przyszło im do głowy. Kilka chwil spędzonych na miejscu zdarzenia i powierzchowne oględziny zwłok, pozwoliły im stwierdzić, iż Magda została kilkukrotnie dźgnięta nożem i wrzucona do jeziora. Kilka poszlak wskazywało też na gwałt, ale by zyskać całkowitą pewność, należało przeprowadzić bardziej szczegółowe badania, a te wymagały czasu.
Marcin stał niewzruszony i dopytywał o szczegóły, które, z równym niewzruszeniem, ujawniał jeden ze śledczych. Mi ponownie drżały kolana, a Filip wyglądał na nieobecnego, atakując swoimi ciemnymi oczami blat stołu. Poruszałem nerwowo dłonią, próbując osuszyć ją z potu, i zastanawiałem się co powinienem zrobić, jak zareagować na nowe fakty, które lawinowo napływały do mojej głowy. Przez sekundę, może dwie, tliła się we mnie myśl by odrzucić wersje zdarzeń prezentowaną mi przez policjantów i samemu pobiec na miejsce zdarzenia. Tylko co ja bym tam zdziałał? Nie mogłem też wykluczyć, że ponownie uległbym emocjom, które za pierwszym razem rzuciły mnie na kolana.
Nie mogąc znieść własnych myśli, spytałem wreszcie czy policja podejrzewa już kto mógłby przyczynić się do jej śmierci. Przez chwilę wydawało mi się, że w przyzwoity sposób wyraziłem swoje myśli, jednak spojrzenie jakim obdarzyli mnie wszyscy zebrani, zasugerowało mi, że moja wypowiedź nie została zrozumiana. Powtórzyłem więc, a Marcin wspomógł mnie, podchwycając moją myśl i przekuwając ją we własne słowa.
Panowie śledczy wyrazili się jasno. To musiał być ktoś z obozu, ktoś kogo znała i komu ufała. Pogląd ten oparli na fakcie, iż jej ubranie znajdowało się w dość dużej odległości od obozu, z którego mało kto odważyłby się wyjść samotnie, szczególnie w środku nocy.Poza tym zwłoki odnaleziono po drugiej stronie jeziora, w pobliżu trudnodostępnego brzegu, który wykluczał pieszą wędrówkę wprost z obozu, więc sprawca musiał w jakiś sposób wykorzystać jedną z naszych łodzi.
Nagle do głowy wpadł mi szczegół, który z jakiegoś powodu wcześniej przeoczyłem. Rower wodny, na którym dzieci wybierały się na przejażdżki po jeziorze był zacumowany kilka metrów bliżej pomostu niż zwykle. Ale klucze do kłódki przy cumie mieli tylko opiekunowie, więc w jaki sposób, któryś z moich podopiecznych mógłby wykorzystać rower wodny do przewiezienia Magdy na drugi koniec jeziora?
W związku z podejrzeniami, śledczy zabronili nam odsyłać dzieci do domów i poprosili byśmy zebrali wszystkich w obozie by mogli przesłuchać każdego z obozowiczów. Dzieci, opiekunów i kucharzy. Wytarłem ręce w spodnie, wstałem i chciałem w jakiś sposób wyrazić swój sprzeciw, lecz zachwiałem się na nogach i opadłem z powrotem na swoje miejsce. Filip klepnął mnie w ramię i spytał czy dobrze się czuję. Pokręciłem tylko głową i odparłem, że jestem zmęczony. Większość mięśni mojego ciała była do tego stopnia nasączona bólem, że sama czynność oddychania, zmuszała mnie do potwornego wysiłku. Moje ciało desperacko domagało się snu, a panowie śledczy, uzupełniając się nawzajem i nie przejmując moją niedyspozycją, ciągnęli dalej swój wywód, podając kolejne powody dla których wszyscy obecni w obozie w chwili zniknięcia Magdy, muszą w nim pozostać do czasu znalezienia sprawcy tej tragedii. Jeden z policjantów użył słowa tragedia, ale brzmiało to tak, jakby poparzyło go ono w język. Szybko i niedbale wypluł je ze swoich ust. Wtedy zrozumiałem, że jest to dla nich po prostu kolejny dzień w pracy, a dla nas, być może, ostatni. Przywykli do takich historii bo przecież człowiek jest istotą, która doskonale adaptuje się do warunków, w których egzystuje.
Kilkadziesiąt minut po wyjściu śledczych i powrocie dzieci z nad brzegu jeziora, w obozie pojawiły się radiowozy i rozpoczęły się przygotowania do przesłuchania. Mundurowi zajęli stołówkę i zaczęli przestawiać w niej stoły. Jako zwierzchnik opiekunów i swoisty kierownik obozu, byłem pierwszy w kolejce do przesłuchania, jednak mój przyjaciel Marcin, przekonał śledczych, że potrzebuję kilku chwil odpoczynku, więc przesunięto mnie na sam koniec.

Powinienem bombardować się setkami pytań i szukać w pamięci śladów, które mogłyby zdradzić mi chociaż jedną przyczynę takiego toku zdarzeń. Jednak zasnąłem natychmiast po tym, gdy moja twarz dotknęła łóżka. Nie zapamiętałem żadnego z obrazów, które mi się wtedy przyśniły, ale zaraz po przebudzeniu czułem, że był to koszmar. Otrząsnąłem się, przemyłem wodą twarz i zszedłem do stołówki, gdzie siedziało kilku, zupełnie mi obcych, mężczyzn. Dwóch z nich miało na sobie mundur, a pozostali przypominali lub byli śledczymi, z którymi rozmawiałem wcześniej. Rozmawiali z Filipem, a gdy mnie spostrzegli, szybko naradzili się między sobą i podziękowali mojemu przyjacielowi, jednocześnie kiwając na mnie ręką. Poprosili bym podszedł i usiadł.
Pierwszym i, jak się później okazało, jedynym, który zaczął zadawać mi pytania był mężczyzna w wieku mojego najstarszego brata, o jasnych, krótkich włosach. Pomyślałem, że Marcinowi jego wygląd mógł skojarzyć się z oficerem gestapo, którego zapewne widział w jakimś filmie o wojnie. Dla mnie był on pustą twarzą, która zadała mi proste pytanie – czy ktoś inny prócz mnie wiedział jak dostać się na pomost mojego dziadka?
Zacisnąłem delikatnie palce i rzuciłem słabym głosem, że to niemożliwe by ktokolwiek dostał się w to miejsce od strony lądu, do tego w środku nocy, gdyż droga jest kręta i zdradliwa bo otaczają ją tereny podmokłe.
Śledczy spytał mnie o to co robiłem w wieczór, gdy zniknęła Magda. Odparłem więc, że po kolacji, gdy dzieci położyły się już spać, wróciłem do swojego pokoju i po jakimś czasie zasnąłem. Po mojej odpowiedzi policjanci zamilkli na chwilę, dwóch z nich naradziło się za plecami tego, który mnie przepytywał, choć zrobili to w tak jawny sposób, że zacząłem się zastanawiać, czy nie tkwię w samym środku jakiegoś tandetnego serialu kryminalistycznego. Wreszcie jasnowłosy mężczyzna przerwał milczenie i powiedział, że jedna z opiekunek widziała mnie tamtej nocy, jak schodziłem schodami nad brzeg jeziora.
Zaskoczyło mnie to stwierdzenie. Przez krótką chwilę, wydawało mi się, że to nie możliwe by ktokolwiek widział mnie na zewnątrz, ale mój mózg szybko załatał ubytek. Byłem zmieszany i wyczerpany, ale szybko odparłem, że pewnie widziała jak wracam się po swój zeszyt, który zostawiłem przy ognisku.
Policjant pokiwał głową ze zrozumieniem i szepnął coś do swojego kolegi siedzącego po jego prawej stronie. W tym samym czasie stołówkę wypełnił dźwięk telefonu. Dwóch policjantów wyszło na zewnątrz, zapewne by dowiedzieć się więc od swoich kolegów pracujących w terenie. Tymczasem, śledczy zadał mi kolejne pytanie. Czy któryś z obozowiczów mógł ukraść klucze od kłódki do roweru wodnego? Dodał również, że moi koledzy i koleżanki, sugerują, że ktoś wykorzystał go do przewiezienia Magdy na drugi koniec jeziora.
Stwierdziłem półgłosem, że ma to sens, szczególnie, jeśli ktoś zakradł się do pokoju opiekunów w chwili, gdy wszyscy zebrali się przy ognisku, gdy grałem na gitarze. Pomyślałem, że moje podejrzenia stają się coraz bardziej prawdopodobne. Co do sposobu w jaki dokonano tej zbrodni, nie miałem wątpliwości, gorzej było ze wskazaniem osoby odpowiedzialnej za taki przebieg zdarzeń. Nikt nie przychodził mi do głowy.
Nagle do stołówki weszło z powrotem dwóch policjantów, których od przesłuchania odciągnął telefon. Podeszli do stołu, przy którym siedziała reszta i powiedzieli, na tyle głośno bym usłyszał, że mają podejrzanego, który przyznał się do winy.

Nikt nie zadawał mi już pytań, w kilku słowach poproszono bym udał się do reszty obozowiczów i przekazał im nowinę. Ulżyło mi, gdy wyszedłem na zewnątrz i, ominąwszy zamieszanie panujące wokół stołówki, udałem się w stronę drewnianych domków, w których zazwyczaj sypiali moi podopieczni, a gdzie teraz siedziała Ewa i kilkadziesiąt dzieciaków, których rodzice jeszcze nie odebrali. Usiadłem obok i przyjrzałem się niedowierzaniu, wyraźnie wymalowanemu na ich młodych twarzach. Większość wypłakała już wszystkie łzy i z otępieniem patrzyła jak radiowozy, jeden po drugim, opuszczają teren obozu. Wśród dzieciaków rozległ się bliżej nieokreślony pomruk, ni to zadowolenia, ni to rozpaczy. Nie było w tym nic dziwnego, nikt nie wiedział co się dokładnie stało, a przesłuchanie dodatkowo spotęgowało niepewność.
Ewa, gdy tylko spostrzegła moją obecność, podeszła bliżej i zaczęła wypytywać o przebieg mojego przesłuchania. Odparłem jej niechętnie, że policja ma podejrzanego i właśnie po niego jadą. Wieści błyskawicznie rozeszły się po obozie i równie szybko narosła wokół mnie ogólna wrzawa. Wszyscy zaczęli ze sobą rozmawiać, jedni analizowali jakieś nieprawdopodobne poszlaki sugerujące najbardziej nieprawdopodobny przebieg zdarzeń, inni żalili się swoim kolegą, że przez tą całą aferę muszą wracać do domów wcześniej. Wkrótce w pobliżu pojawił się Marcin i po tym jak zrozumiał, że wiem nie wiele więcej niż on, kazał mi wrócić do łóżka bo wyglądałem, mówiąc oględnie, jak trup. Gdy wchodziłem po schodach, w mojej kieszeni dzwoniły klucze.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pisz śmiało. Wytykaj błędy, ubliżaj, rzucaj mięsem.