- Jeff! Ej, Jeff! – Krzyknęła Anita,
jednocześnie szarpiąc go za ramię. Zatrzymał się i podążył wzrokiem za ręką
dziewczyny, która wskazywała na niebo. – Leci prosto na nas, nie zdążymy!
Wtedy
to zobaczył. Ciemna plama na pomarańczowym niebie, z sekundy na sekundę, robiła
się coraz większa. Jeff przetarł dłonią spocone czoło, chwycił Anitę za rękę i
zerwał się do biegu. Minie nas. Zdążymy.
Myśli
były szybsze od nóg. Bez zbędnego przyglądania się, potrafił ocenić ich szanse
na przetrwanie, oscylujące wokół skrajnie niskich wartości.
- Jeff widziałeś jak ten poprzedni trafił w
Iglicę? – Spytała kolejny raz. Jeff nie odpowiedział, wolał skupić się na
ucieczce. Jednak nie mógł zapomnieć piekła, które rozpętało się po tym, gdy z
nieba zaczęły spadać głazy wielkości domów. Jeden z nich uszkodził siedzibę
gubernatora, popularnie nazywaną Iglicą. Anita, która była świadkiem
apokalipsy, zamarła w osłupieniu, zanosząc się płaczem, więc Jeff musiał siłą
zmusić ją do ucieczki.
Biegli
kładką, ponad setkami innych ludzi, którzy szukali schronienia na lądowisku.
Tuż przed nimi rozciągały się zabudowania portu kosmicznego, a dokładniej,
biuro przepustek, gdzie tłoczyło się kilkanaście osób. Meteoryty uderzały w
miasto leżące w kotlinie poniżej, zmieniając je w rozpaloną pustynię, przerytą
kraterami najróżniejszej wielkości. Głazy spadały też na pobliskie wzgórza,
niszcząc instalacje obrony naziemnej i na samo lądowisko, uszkadzając stojące
tam promy i statki.
- Jeff, on zaraz nas trafi, jest już blisko!
Nie
zdążył się odwrócić. Podmuch zrzucił go wprost na głowy tłoczących się przed
wejściem ludzi. Meteoryt uderzył nie dalej niż pięćset metrów od niego,
wzbijając w niebo wielką chmurę kurzu, ognia i odłamków skalnych.
Człowiek,
na którym Jeff wylądował, stracił przytomność, tracąc tym samym szanse na
ratunek. Dla rannych nigdy nie ma litości,
pomyślał, rozglądając się wokół. Anita zniknęła mu z oczu, a ogólne zamieszanie
i wrzawa, dodatkowo potęgowało jego problemy. W ten sposób stanął przed
moralnym problemem, czekać na nią, szukać
jej, czy samemu się ratować? Wydawało mu się, że czas zwolnił, a ludzie
nagle, nie wiedzieć czemu, przestali biec. Jakiś mężczyzna zatrzymał się tuż
przed nim, spojrzał mu w oczy, albo na oczy kogoś obok niego, i upadł na
ziemię, odsłaniając potylice, w której tkwił rozżarzony kamyk.
Jeff
gwałtownie podniósł się z ziemi i ruszył w stronę bramy, którą chwile wcześniej
sforsował tłum, domagający się dostępu do ostatnich ocalałych promów. Gdy udało
mu się przecisnąć przez zniszczone wrota, powietrze momentalnie wypełniło się
gorącym pyłem, parzącym drogi oddechowe. To spotęgowało zamieszanie. Wszelkie
wartości, wpajane w obywateli od wieków, zostały zaprzepaszczone, a chaos
osiągnął swój punkt kulminacyjny. Ludzie, którzy dotąd tłoczyli się by zbliżyć
się do statków, nagle rozbiegli się we wszystkie strony, szukając schronienia
przed trującą mieszanką niosącą się z wiatrem. Nie było lepszych czy gorszych,
nikt nie interesował się losem pozostałych, nagle, ktoś odmienił tysiące
zgromadzonych tu osób i wszyscy stali się egoistami, rybami w sieci,
szukającymi ratunku.
Jeff
zasłonił dłonią usta i mrużąc oczy, zaczął biec przed siebie na ślepo, aż do
jego uszu dotarło wołanie.
- Czy ktokolwiek umie to pilotować?
Potrzebujemy pilota!
Chciał
krzyknąć, lecz w gardle miał żywy ogień.
- Ja! Byłem pilotem! – Usłyszał, ale to nie
był jego głos. To ktoś inny przebiegł obok niego, jednocześnie trącając
łokciem. Zdążył jedynie pomyśleć, że tam musi być powietrze i jakiś statek, a
to oznaczało ratunek. Nie widząc innego wyjścia z sytuacji, ruszył przed
siebie, w ślad za głosem. Wpadając na innych ludzi, chwytających się za szyje
lub brnących bezradnie przez płonącą mgłę, na wpół nieprzytomny, wyrwał się
wreszcie z piekielnej chmury i wypełnił płuca chłodnym powietrzem.
Spojrzał
w niebo. Prawdopodobnie ostatni prom wznosił się już kilkadziesiąt metrów ponad
jego głową. Wygląda przepięknie na tle
pomarańczowego nieba. Jeff nie zdążył nawet nasycić przekrwionych oczu tym
widokiem, gdyż kolejny meteoryt rozrył ten obraz swym brunatnym warkoczem i
wytrącił statek z kursu.
Eksplozja
przygniotła Jeffa do ziemi. Deszcz gorejących odłamków posypał mu się na głowę.
*
Kapsuła z
nieśmiertelnej stali nagle ożyła. Aparatura podtrzymująca funkcje życiowe,
dotąd martwa, nagle weszła w tryb rozruchu. Komputer pokładowy przełączył się
na normalny tryb pracy i rozpoczął procedurę wybudzania załogi, jednocześnie
wydając polecenia pozostałym podzespołom odpowiedzialnym za inne, drobne
elementy, niewielkiej, metalowej trumny dryfującej w przestrzeni kosmicznej.
Najpierw
otworzył lewe oko i poczuł mrowienie w podniebieniu. Uniósł prawą powiekę i
zawahał się czy udało mu się to zrobić. Dopiero, gdy jego oczy przyzwyczaiły
się do nowych warunków, zauważył delikatne, czerwone światełko pulsujące nie
dalej niż metr przed nim. Było na wyciągnięcie ręki, więc spróbował je sięgnąć.
Jednak mięśnie nie podążyły w ślad za myślami. Poczuł dreszcz, który
przemieścił się wzdłuż kręgosłupa. Znajome
uczucie. To była jego pierwsza, całkowicie świadoma myśl.
Już po
chwili czuł dreszcze w kończynach, a mięśnie szyi i barków zaczęły reagować na
jego pierwsze, niezdarne ruchy. Gdyby nie przenikliwy ból głowy i uczucie
potwornego zmęczenia, można by powiedzieć, że był jak nowonarodzony.
Zostało mi jeszcze sześć żyć, jeśli wierzyć starym przesądom. Pomyślał i
wyciągnął przed siebie język, zginając go szybko na kilka różnych sposobów.
Następnie odchrząknął, połknął ślinę i nieśmiało spróbował powiedzieć.
- Ko... pu… er… eh.
- Gotowy. – Automatyczny głos maszyny nie mógł
wydać się bardziej martwy.
- Sta…ss…?
- Hibernacja przerwana po pięćdziesięciu
trzech tysiącach sześciuset dziewięćdziesięciu jeden dniach.
Westchnął i
spróbował sobie przypomnieć ile dni trwał jeden ziemski rok. Jednocześnie
zaczął powoli podnosić i prostować rękę by móc dosięgnąć czerwonego światła,
pulsującego subtelnie tuż przed nim.
- Chole… arghhh… - Zaklął, gdy ramię opadło
powrotem na swoje miejsce niczym metalowy pręt. Po krótkiej chwili odpoczynku,
zdał sobie sprawę z tego jak długo spał.
- Krótka… kur… wa… drzemka… No… niech… ja cię
tylko dorwę!
Komputer
ocknął się nagle, z niezrozumiałego dla żywych istot, zamyślenia i zaczął coś
dukać mechanicznym głosem.
- Przeciążenie dwa i sześćdziesiąt trzy,
wektor obrotu…
- Zamknij się i wy… uść… mnie. – Maszyna nie
chciała słuchać i kontynuowała swój szczegółowy raport ze stu pięćdziesięciu
lat dryfowania w przestrzeni kosmicznej oddzielającej jedną planetę od drugiej.
- ...NL piętnaście, satelita Nolen w układzie…
- Komputer… - Krzyknął donośnie. Jego głos
powielił się we wnętrzu hibernatora. - Hamowanie do parametru zero. Już!
- Odmawiam. – Odparła maszyna, prawie
opryskliwie. – Napęd uszkodzony.
Nie, ja już tego nie wytrzymam. Podparł się
na łokciach i z całej siły uderzył w czerwone światło głową. Wieko hibernatora
odskoczyło na kilkanaście centymetrów, wydając z siebie przeciągliwe
westchnienie, zupełnie jakby od ponad stu lat marzyło tylko o tym by się
uwolnić.
Widząc, że
maszyna nie ma zamiaru go wypuścić, postanowił użyć wszystek sił. Podkulił
nogi, unosząc kolana i mocniej zaparł się łokciami, a następnie naparł na
półprzezroczystą szybę całym ciałem. Wieko ustąpiło pod jego naporem i po kilku
sekundach, wylądował półnagi na podłodze. Nie pobył tam jednak zbyt długo, gdyż
komputer doznał nagłego olśnienia i uruchomił niesprawny napęd.
Procedura
hamowania rzuciła nim gwałtownie o przeciwległą ścianę, trochę powyżej panelu
kontrolnego kapsuły.
- Ku… aaaaaaa… - Nie zdołał wydusić z siebie
żadnej obelgi pod adresem maszyn, które tak brutalnie zabawiają się jego
kosztem, gdyż przeciążenie wcisnęło jego język w głąb czaszki. Wnętrze kapsuły
zaczęło gwałtownie drżeć, a wszystko, co tylko mogło, zaczęło świecić, migać
lub wirować w setce krwistych odcieni.
Tak, to zdecydowanie najlepsza metoda poskramiania
ludzkich zapędów w dziedzinie wulgarnego słownictwa.
Po kilku
minutach nieznośnego naporu, wielkiej, niewidzialnej masy, która z całych sił
pragnęła zmiażdżyć mu klatkę piersiową, przyspieszenie zaczęło się zmniejszać,
umożliwiając mu oderwanie się od ściany i stanięcie na własnych nogach. Nim
jednak zdołała się wyprostować, jego metalowa trumna przestała przyspieszać i
zaczął dryfować w powietrzu.
Rozluźnił swoje
ciało. Westchnął i spróbował przypomnieć sobie jakieś szczegóły z przed jego
osobistej, małej epoki lodowcowej.
- Jak ja mam w ogóle na imię?
- Brak danych.
- Co się stało?
- Uszkodzono główny rdzeń procesora. Pamięć
została zresetowana.
Cudownie. Cóż
jeszcze mnie czeka?
Potarł
dłońmi twarz, starając się odnaleźć znajome kształty. W głowie miał kilka
pourywanych wspomnień, które, mówiąc oględnie, nie pasowały do siebie. Pamiętał
człowieka, który kazał mu wejść do kapsuły ratunkowej. Wysoki, z pociągłą
twarzą i pulchnym nosem. Był praktycznie pozbawiony włosów na głowie, za to
sporo miał ich na brodzie. Tylko, kto to
był? Nie pamiętam imienia, stopnia, ani nawet funkcji. To mógłby być każdy.
W jego
wspomnieniach pozostały szczegóły, których nie mógł zrozumieć i połączyć ze
sobą, zupełnie jakby kilka różnych snów przytrafiło mu się jednej nocy, a on
próbował z nich ułożyć jedną, spójną historię.
Pamiętał kilkaset
osób bezskutecznie próbujących dostać się do hangaru startowego. Ich ciała
zlały się w jedną, bezmyślną i wrzeszczącą, masę, która domagała się otwarcia
wrót. W pamięci utkwił mu strach, paraliżujący kończyny i mózg oraz płacz
dziecka, którego nie mógł znać, ale z jakiegoś powodu czuł, że było mu ono
naprawdę bliskie.
Usiadł przy
kokpicie i spojrzał na parametry lotu. Nie znalazł w nich niczego
niepokojącego, jedynie ślady po awarii napędu i uszkodzeniu głównego procesora.
- Dlaczego mnie obudziłeś?
- Warunek pierwszy został wykonany. Najbliższa,
bezpieczna kolonia, księżyc Nolan.
- Udało ci się uzyskać kontakt z kimkolwiek?
- Nie.
Nagle obraz
ludzi tłoczących się w korytarzu nabrał zupełnie nowego znaczenia. Oni już nie żyją. Wszyscy tam zginęli. Znów
usłyszał rozpaczliwie głośny, dziecięcy płacz, który nagle przeszedł w
nieustający ryk.
Dobra. Uratowałem się z zagłady statku, ale nie
pamiętam jego nazwy. Wiem, że były na nim kobiety i dzieci, ale także
żołnierze, co raczej się nie zdarza. Coś tu nie pasuje, coś musiałem przeoczyć,
jakiś ważny szczegół uleciał z mojej głowy. Z zamyślenia wyrwał go jeden
z wyświetlaczy, żarzący się na czerwono.
- Jakieś obiekty na kursie?
- Tak. Za pięć okresów start procedury
dokowania.
Wytrzeszczył
oczy zdumiony i przysunął głowę do wyświetlacza. Duży, ciemny kształt
przesłaniał prawie całe aktywne pole sensorów, pozostawiając niewielką ilość
białego tła. Obiekt, który ujrzał w niczym nie przypominało stacji kosmicznej,
ani nawet statku.
- Procedura dokowania? Do czego dokujemy?
- Struktura sygnału wykazuje ponad
pięćdziesięcioprocentową zgodność z kodem standardowym. Wysokie
prawdopodobieństwo, że jest to struktura zbudowana przez ludzi.
- Przerwij dokowanie. – Nie mógł swego życia
kolejny raz zwierzyć przypadkowi. Poza tym nie ufał maszynie, która
potraktowała go brutalnymi siłami przeciążeń zaraz po przebudzeniu.
- Odmawiam. Polecenie zdalne. Brak
autoryzacji.
Zdrętwiały
mu palce. Nawet nie próbował walczyć lub kłócić się z komputerem, który i tak
nie miał na to żadnego wpływu. Zdalne
polecenie, więc jest tam ktoś żywy, kto to polecenie wydał. Uśmiechnął się,
lecz nadal ze wszystkich stron atakowała go trwoga i niepewność.
Siedząc
przed kokpitem we wnętrzu niewielkiej, metalowej trumny, czekał, aż procedura
się zakończy. Rozmyślając nad swoją obecną sytuacją, doszedł do wniosku, że
miał niesamowicie dużo szczęścia. Sto
pięćdziesiąt lat dryfowania w przestrzeni i żyję. Ciekawe czy komuś jeszcze się
udało.
Ciąg dalszy nastąpi...
Co to jest sto pięćdziesiąt lat...Ludzkość dryfuje...No dobrze, nie wiem jaka część ludzi dryfuje, a jaka żyje.
OdpowiedzUsuńserdecznie pozdrawiam.