" – Ja się tu chyba powieszę – pomyślał. Nie wpadło mu do głowy, że wobec braku ciążenia nawet takie wyjście nie jest możliwe..."



wtorek, 26 czerwca 2012

Koszmarna nadzieja


 - Jeff! Ej, Jeff! – Krzyknęła Anita, jednocześnie szarpiąc go za ramię. Zatrzymał się i podążył wzrokiem za ręką dziewczyny, która wskazywała na niebo. – Leci prosto na nas, nie zdążymy!
Wtedy to zobaczył. Ciemna plama na pomarańczowym niebie, z sekundy na sekundę, robiła się coraz większa. Jeff przetarł dłonią spocone czoło, chwycił Anitę za rękę i zerwał się do biegu. Minie nas. Zdążymy.
Myśli były szybsze od nóg. Bez zbędnego przyglądania się, potrafił ocenić ich szanse na przetrwanie, oscylujące wokół skrajnie niskich wartości.
 - Jeff widziałeś jak ten poprzedni trafił w Iglicę? – Spytała kolejny raz. Jeff nie odpowiedział, wolał skupić się na ucieczce. Jednak nie mógł zapomnieć piekła, które rozpętało się po tym, gdy z nieba zaczęły spadać głazy wielkości domów. Jeden z nich uszkodził siedzibę gubernatora, popularnie nazywaną Iglicą. Anita, która była świadkiem apokalipsy, zamarła w osłupieniu, zanosząc się płaczem, więc Jeff musiał siłą zmusić ją do ucieczki.
Biegli kładką, ponad setkami innych ludzi, którzy szukali schronienia na lądowisku. Tuż przed nimi rozciągały się zabudowania portu kosmicznego, a dokładniej, biuro przepustek, gdzie tłoczyło się kilkanaście osób. Meteoryty uderzały w miasto leżące w kotlinie poniżej, zmieniając je w rozpaloną pustynię, przerytą kraterami najróżniejszej wielkości. Głazy spadały też na pobliskie wzgórza, niszcząc instalacje obrony naziemnej i na samo lądowisko, uszkadzając stojące tam promy i statki.
 - Jeff, on zaraz nas trafi, jest już blisko!
Nie zdążył się odwrócić. Podmuch zrzucił go wprost na głowy tłoczących się przed wejściem ludzi. Meteoryt uderzył nie dalej niż pięćset metrów od niego, wzbijając w niebo wielką chmurę kurzu, ognia i odłamków skalnych.
Człowiek, na którym Jeff wylądował, stracił przytomność, tracąc tym samym szanse na ratunek. Dla rannych nigdy nie ma litości, pomyślał, rozglądając się wokół. Anita zniknęła mu z oczu, a ogólne zamieszanie i wrzawa, dodatkowo potęgowało jego problemy. W ten sposób stanął przed moralnym problemem, czekać na nią, szukać jej, czy samemu się ratować? Wydawało mu się, że czas zwolnił, a ludzie nagle, nie wiedzieć czemu, przestali biec. Jakiś mężczyzna zatrzymał się tuż przed nim, spojrzał mu w oczy, albo na oczy kogoś obok niego, i upadł na ziemię, odsłaniając potylice, w której tkwił rozżarzony kamyk.
Jeff gwałtownie podniósł się z ziemi i ruszył w stronę bramy, którą chwile wcześniej sforsował tłum, domagający się dostępu do ostatnich ocalałych promów. Gdy udało mu się przecisnąć przez zniszczone wrota, powietrze momentalnie wypełniło się gorącym pyłem, parzącym drogi oddechowe. To spotęgowało zamieszanie. Wszelkie wartości, wpajane w obywateli od wieków, zostały zaprzepaszczone, a chaos osiągnął swój punkt kulminacyjny. Ludzie, którzy dotąd tłoczyli się by zbliżyć się do statków, nagle rozbiegli się we wszystkie strony, szukając schronienia przed trującą mieszanką niosącą się z wiatrem. Nie było lepszych czy gorszych, nikt nie interesował się losem pozostałych, nagle, ktoś odmienił tysiące zgromadzonych tu osób i wszyscy stali się egoistami, rybami w sieci, szukającymi ratunku.
Jeff zasłonił dłonią usta i mrużąc oczy, zaczął biec przed siebie na ślepo, aż do jego uszu dotarło wołanie.
 - Czy ktokolwiek umie to pilotować? Potrzebujemy pilota!
Chciał krzyknąć, lecz w gardle miał żywy ogień.
 - Ja! Byłem pilotem! – Usłyszał, ale to nie był jego głos. To ktoś inny przebiegł obok niego, jednocześnie trącając łokciem. Zdążył jedynie pomyśleć, że tam musi być powietrze i jakiś statek, a to oznaczało ratunek. Nie widząc innego wyjścia z sytuacji, ruszył przed siebie, w ślad za głosem. Wpadając na innych ludzi, chwytających się za szyje lub brnących bezradnie przez płonącą mgłę, na wpół nieprzytomny, wyrwał się wreszcie z piekielnej chmury i wypełnił płuca chłodnym powietrzem.
Spojrzał w niebo. Prawdopodobnie ostatni prom wznosił się już kilkadziesiąt metrów ponad jego głową. Wygląda przepięknie na tle pomarańczowego nieba. Jeff nie zdążył nawet nasycić przekrwionych oczu tym widokiem, gdyż kolejny meteoryt rozrył ten obraz swym brunatnym warkoczem i wytrącił statek z kursu.
Eksplozja przygniotła Jeffa do ziemi. Deszcz gorejących odłamków posypał mu się na głowę.

*

Kapsuła z nieśmiertelnej stali nagle ożyła. Aparatura podtrzymująca funkcje życiowe, dotąd martwa, nagle weszła w tryb rozruchu. Komputer pokładowy przełączył się na normalny tryb pracy i rozpoczął procedurę wybudzania załogi, jednocześnie wydając polecenia pozostałym podzespołom odpowiedzialnym za inne, drobne elementy, niewielkiej, metalowej trumny dryfującej w przestrzeni kosmicznej.
Najpierw otworzył lewe oko i poczuł mrowienie w podniebieniu. Uniósł prawą powiekę i zawahał się czy udało mu się to zrobić. Dopiero, gdy jego oczy przyzwyczaiły się do nowych warunków, zauważył delikatne, czerwone światełko pulsujące nie dalej niż metr przed nim. Było na wyciągnięcie ręki, więc spróbował je sięgnąć. Jednak mięśnie nie podążyły w ślad za myślami. Poczuł dreszcz, który przemieścił się wzdłuż kręgosłupa. Znajome uczucie. To była jego pierwsza, całkowicie świadoma myśl.
Już po chwili czuł dreszcze w kończynach, a mięśnie szyi i barków zaczęły reagować na jego pierwsze, niezdarne ruchy. Gdyby nie przenikliwy ból głowy i uczucie potwornego zmęczenia, można by powiedzieć, że był jak nowonarodzony.
Zostało mi jeszcze sześć żyć, jeśli wierzyć starym przesądom. Pomyślał i wyciągnął przed siebie język, zginając go szybko na kilka różnych sposobów. Następnie odchrząknął, połknął ślinę i nieśmiało spróbował powiedzieć.
 - Ko... pu… er… eh.
 - Gotowy. – Automatyczny głos maszyny nie mógł wydać się bardziej martwy.
 - Sta…ss…?
 - Hibernacja przerwana po pięćdziesięciu trzech tysiącach sześciuset dziewięćdziesięciu jeden dniach.
Westchnął i spróbował sobie przypomnieć ile dni trwał jeden ziemski rok. Jednocześnie zaczął powoli podnosić i prostować rękę by móc dosięgnąć czerwonego światła, pulsującego subtelnie tuż przed nim.
 - Chole… arghhh… - Zaklął, gdy ramię opadło powrotem na swoje miejsce niczym metalowy pręt. Po krótkiej chwili odpoczynku, zdał sobie sprawę z tego jak długo spał.
 - Krótka… kur… wa… drzemka… No… niech… ja cię tylko dorwę!
Komputer ocknął się nagle, z niezrozumiałego dla żywych istot, zamyślenia i zaczął coś dukać mechanicznym głosem.
 - Przeciążenie dwa i sześćdziesiąt trzy, wektor obrotu…
 - Zamknij się i wy… uść… mnie. – Maszyna nie chciała słuchać i kontynuowała swój szczegółowy raport ze stu pięćdziesięciu lat dryfowania w przestrzeni kosmicznej oddzielającej jedną planetę od drugiej.
 - ...NL piętnaście, satelita Nolen w układzie…
 - Komputer… - Krzyknął donośnie. Jego głos powielił się we wnętrzu hibernatora. - Hamowanie do parametru zero. Już!
 - Odmawiam. – Odparła maszyna, prawie opryskliwie. – Napęd uszkodzony.
Nie, ja już tego nie wytrzymam. Podparł się na łokciach i z całej siły uderzył w czerwone światło głową. Wieko hibernatora odskoczyło na kilkanaście centymetrów, wydając z siebie przeciągliwe westchnienie, zupełnie jakby od ponad stu lat marzyło tylko o tym by się uwolnić.
Widząc, że maszyna nie ma zamiaru go wypuścić, postanowił użyć wszystek sił. Podkulił nogi, unosząc kolana i mocniej zaparł się łokciami, a następnie naparł na półprzezroczystą szybę całym ciałem. Wieko ustąpiło pod jego naporem i po kilku sekundach, wylądował półnagi na podłodze. Nie pobył tam jednak zbyt długo, gdyż komputer doznał nagłego olśnienia i uruchomił niesprawny napęd.
Procedura hamowania rzuciła nim gwałtownie o przeciwległą ścianę, trochę powyżej panelu kontrolnego kapsuły.
 - Ku… aaaaaaa… - Nie zdołał wydusić z siebie żadnej obelgi pod adresem maszyn, które tak brutalnie zabawiają się jego kosztem, gdyż przeciążenie wcisnęło jego język w głąb czaszki. Wnętrze kapsuły zaczęło gwałtownie drżeć, a wszystko, co tylko mogło, zaczęło świecić, migać lub wirować w setce krwistych odcieni.
Tak, to zdecydowanie najlepsza metoda poskramiania ludzkich zapędów w dziedzinie wulgarnego słownictwa.
Po kilku minutach nieznośnego naporu, wielkiej, niewidzialnej masy, która z całych sił pragnęła zmiażdżyć mu klatkę piersiową, przyspieszenie zaczęło się zmniejszać, umożliwiając mu oderwanie się od ściany i stanięcie na własnych nogach. Nim jednak zdołała się wyprostować, jego metalowa trumna przestała przyspieszać i zaczął dryfować w powietrzu.
Rozluźnił swoje ciało. Westchnął i spróbował przypomnieć sobie jakieś szczegóły z przed jego osobistej, małej epoki lodowcowej.
 - Jak ja mam w ogóle na imię?
 - Brak danych.
 - Co się stało?
 - Uszkodzono główny rdzeń procesora. Pamięć została zresetowana.
 Cudownie. Cóż jeszcze mnie czeka?
Potarł dłońmi twarz, starając się odnaleźć znajome kształty. W głowie miał kilka pourywanych wspomnień, które, mówiąc oględnie, nie pasowały do siebie. Pamiętał człowieka, który kazał mu wejść do kapsuły ratunkowej. Wysoki, z pociągłą twarzą i pulchnym nosem. Był praktycznie pozbawiony włosów na głowie, za to sporo miał ich na brodzie. Tylko, kto to był? Nie pamiętam imienia, stopnia, ani nawet funkcji. To mógłby być każdy.
W jego wspomnieniach pozostały szczegóły, których nie mógł zrozumieć i połączyć ze sobą, zupełnie jakby kilka różnych snów przytrafiło mu się jednej nocy, a on próbował z nich ułożyć jedną, spójną historię.
Pamiętał kilkaset osób bezskutecznie próbujących dostać się do hangaru startowego. Ich ciała zlały się w jedną, bezmyślną i wrzeszczącą, masę, która domagała się otwarcia wrót. W pamięci utkwił mu strach, paraliżujący kończyny i mózg oraz płacz dziecka, którego nie mógł znać, ale z jakiegoś powodu czuł, że było mu ono naprawdę bliskie.
Usiadł przy kokpicie i spojrzał na parametry lotu. Nie znalazł w nich niczego niepokojącego, jedynie ślady po awarii napędu i uszkodzeniu głównego procesora.
 - Dlaczego mnie obudziłeś?
 - Warunek pierwszy został wykonany. Najbliższa, bezpieczna kolonia, księżyc Nolan.
 - Udało ci się uzyskać kontakt z kimkolwiek?
 - Nie.
Nagle obraz ludzi tłoczących się w korytarzu nabrał zupełnie nowego znaczenia. Oni już nie żyją. Wszyscy tam zginęli. Znów usłyszał rozpaczliwie głośny, dziecięcy płacz, który nagle przeszedł w nieustający ryk.
Dobra. Uratowałem się z zagłady statku, ale nie pamiętam jego nazwy. Wiem, że były na nim kobiety i dzieci, ale także żołnierze, co raczej się nie zdarza. Coś tu nie pasuje, coś musiałem przeoczyć, jakiś ważny szczegół uleciał z mojej głowy. Z zamyślenia wyrwał go jeden z wyświetlaczy, żarzący się na czerwono.
 - Jakieś obiekty na kursie?
 - Tak. Za pięć okresów start procedury dokowania.
Wytrzeszczył oczy zdumiony i przysunął głowę do wyświetlacza. Duży, ciemny kształt przesłaniał prawie całe aktywne pole sensorów, pozostawiając niewielką ilość białego tła. Obiekt, który ujrzał w niczym nie przypominało stacji kosmicznej, ani nawet statku.
 - Procedura dokowania? Do czego dokujemy?
 - Struktura sygnału wykazuje ponad pięćdziesięcioprocentową zgodność z kodem standardowym. Wysokie prawdopodobieństwo, że jest to struktura zbudowana przez ludzi.
 - Przerwij dokowanie. – Nie mógł swego życia kolejny raz zwierzyć przypadkowi. Poza tym nie ufał maszynie, która potraktowała go brutalnymi siłami przeciążeń zaraz po przebudzeniu.
 - Odmawiam. Polecenie zdalne. Brak autoryzacji.
Zdrętwiały mu palce. Nawet nie próbował walczyć lub kłócić się z komputerem, który i tak nie miał na to żadnego wpływu. Zdalne polecenie, więc jest tam ktoś żywy, kto to polecenie wydał. Uśmiechnął się, lecz nadal ze wszystkich stron atakowała go trwoga i niepewność.
Siedząc przed kokpitem we wnętrzu niewielkiej, metalowej trumny, czekał, aż procedura się zakończy. Rozmyślając nad swoją obecną sytuacją, doszedł do wniosku, że miał niesamowicie dużo szczęścia. Sto pięćdziesiąt lat dryfowania w przestrzeni i żyję. Ciekawe czy komuś jeszcze się udało.



Ciąg dalszy nastąpi...

1 komentarz:

  1. Co to jest sto pięćdziesiąt lat...Ludzkość dryfuje...No dobrze, nie wiem jaka część ludzi dryfuje, a jaka żyje.
    serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Pisz śmiało. Wytykaj błędy, ubliżaj, rzucaj mięsem.