" – Ja się tu chyba powieszę – pomyślał. Nie wpadło mu do głowy, że wobec braku ciążenia nawet takie wyjście nie jest możliwe..."



czwartek, 8 września 2011

***

Nie miałem pojęcia jak potoczą się kolejne spotkania naszego klubu. Nie wymyśliliśmy sobie nazwy, nie wytoczyliśmy sobie celów, zwyczajnie upiliśmy się i umówiliśmy, że za tydzień widzimy się ponownie. Ku mojemu zaskoczeniu wszyscy stawili się na następnym spotkaniu. Tomasz zatroszczył się o nowe atrakcje. Przed tygodniem nie  zdołaliśmy wnieść do pokoju telewizora, więc zastąpił go zestaw grający składający się z odtwarzacza CD i kilku dużych głośników. Stwierdziłem, że nie powinniśmy upijać się wódką, więc razem z Sandrą przyniosłem kilka butelek wina, a Piotr z Marią zabrali ze sobą fajkę wodną.
 - Wiecie, że szisza jest bardziej szkodliwa niż papieros? – Stwierdził Piotr i zaciągnął się. Węgielek leżący na szczycie fajki rozżarzył się do czerwoności.
 - Serio? Nie wiedziałam.
 - Dlatego jestem zdania, że powinniśmy ją nabić trawką. – Powiedziałem, jednocześnie przeglądając stos płyt. Chciałem wybrać coś spokojnego i melancholijnego. Piotr wypuścił z płuc dym i spytał.
 - A skąd ja ci wezmę tyle trawki?
 - Mało mamy znajomych? Korneliusz by coś miał na pewno. Tomek czy ty masz jakąś spokojną muzykę tutaj? Bo ja widzę sam heavy metal.
 - Puść Slayera. – Rzuciła uradowana Sandra, podczołgała się do mnie i chwyciła płytę, którą trzymałem w dłoni.
 - Nie mam mowy, chcę się odprężyć, a nie wkurwić. Będę musiał przynieść jakieś swoje płyty.
 - Tomek, czemu nie ma z nami Korneliusza? – Spytał Piotr i podał fajkę Marii.
 - Proponowałem mu spotkanie, ale nie chciał przyjść.
Nagle zadzwonił domofon. Tomasz zerwał się na równe nogi i pobiegł w stronę drzwi.
 - O, to pewnie Aleks. – Ucieszyła się Maria i podała fajkę Rudej.
Dziewczyna weszła do mieszkania, szybko zawiesiła kurtkę na wieszaku i usiadła obok Pawła, poprawiając mu tym samym humor. Nie przypuszczałem, że po zeszłotygodniowym „wieczorze powitalnym” miała jeszcze ochotę się z nami zadawać, jednak Tomasz jakimś cudem nakłonił ją na kolejną wizytę.
 - Tramwaj mi uciekł, przepraszam was.
 - Życie jest jak tramwaj. – Rzuciłem w próżnie pierwszą myśl jaka przyszła mi do głowy i włożyłem płytę do odtwarzacza. Muzyka zaczęła płynąć z głośników.
 - Życie to surfing. – Marta szybko podchwyciła moją myśl, odbierając jednocześnie fajkę z rąk Rudej.
 - Życie wpędza nas do grobu. – Odpowiedziałem jej, jednocześnie opierając się o ścianę tuż przy głośniku. Od tamtego momentu bardzo często lubiłem tam siadać i mieć przy sobie rosnący stos płyt. Wtedy też naprawdę poczułem, jakbyśmy odtwarzali obraz zawarty w książce Cortázara, zaczęliśmy układać nasz własny łańcuch skojarzeń, a tydzień wcześniej upiliśmy się tanią wódką. Podobieństwa same rzucały się w oczy.
 - Prawie jak dożywotnia kara śmierci Tuwima. – Zauważyła Sandra, która delikatnie gładziła moją głowę. Bardzo lubiła i ceniła jego twórczość, w przeciwieństwie do Piotra, który ignorował dzieła większości polski pisarzy i poetów. Marta podała fajkę Aleksandrze.
 - To słowa mojej matki.
 - Życie jest zbyt krótkie, aby pisać długie rzeczy. Jakiś Niemiec to powiedział. – Tomasz miał na myśli Alfreda Polgara, dziennikarza rodem z Austrii, żyjącego w pierwszej połowie XX wieku.
 - Życie jest za krótkie, żeby tracić je na dyskusje o życiu. Lepiej je przeżyć. Woody Allen. Przypomniałeś mi to.
Wszyscy zamilkli na chwile. Fajka trafiła w ręce Pawła, a następnie Tomasza. Maria siedziała znużona, obserwowała mnie, a gdy nasze spojrzenia spotkały się, uraczyła mnie swym skromnym uśmiechem i ciepłym wzrokiem. Po chwili ciszę zaburzył Piotr, któremu najwyraźniej coś się przypomniało.
 - Życie zawsze jest takie zjebane, czy tylko wtedy, kiedy jest się dzieciakiem?
 - Czekaj, to było z jakiegoś filmu…
 - Tak. – Rzekła Maria, chcąc w ten sposób oderwać się od mojego spojrzenia. - Leon zawodowiec.
 - Ha. – Tomasz uśmiechnął się zwycięsko. - Tak myślałem… Powinniśmy go obejrzeć.
 - A śmierć? – Spytała nagle Ruda, wprawiając wszystkich w osłupienie.
 - Co śmierć? – Rzekł wytrącony tą zmianą tematu Piotr, a Tomasz dodał z powagą.
 - Kończy życie…
 - Czyni artystę. – Stwierdziłem. Fajka dotarła do mnie, wypełniłem dymem płuca i podałem ją Sandrze.
 - To takie prawdziwe, że aż przykre.
 - Wiem Mario.
 - Co to za muzyka? – Maria starała się podtrzymać rozmowę, która za chwilę miała i tak przeistoczyć się w dialog Piotra z Marcinem, zwanego już przez nas Pawłem.
 - Lao Che. – Wyręczyła mnie Sandra, błogo opadła na moje ramie upojona dymem.
 - Zaraz będzie fajny moment, który na pewno wam się spodoba. – Przypomniałem sobie słowa piosenki i zrobiłem głośniej. Wszyscy czekali w napięciu, aż Spięty spyta na początku utworu Pawełku jak często się odurzasz?
 - No więc, Pawełku?
Przyciszyłem muzykę by umożliwić rozmowę. Pytany przez chwile zbierał się w sobie by udzielić odpowiedzi, wypił głębszy łyk wina i powiedział.
 - To chyba oczywiste.
 - Wcale nie. Może tylko udajesz, że lubisz pić? – Piotr obrócił się i chwycił butelkę wina by ponownie napełnić swój kubek. Nie mieliśmy odpowiednich kieliszków, więc każdy pił w tym co Tomaszowi udało się znaleźć w szafce.
 - Dlaczego miałbym udawać, że lubię coś robić? – Paweł podsunął mu swoją szklankę. -  Nie widzę w tym sensu.
 - Niektórzy widzą w tym sens… - Powiedziałem, a Piotr odwrócił się w moją stronę sugerując, że mi też przydałaby się dolewka. Wyciągnąłem w jego stronę swój kubek.
 - Kto na przykład?
 - Korneliusz. Jemu chodzi o Kornela, prawda?
 - Tak. – Zgodziłem się z Marią. - Ale szkoda o tym dupku gadać. – Napiłem się, a Sandra dyskretnie musnęła moją dłoń. Uśmiechnąłem się do niej, a ona odwzajemniła uśmiech.
Przestraszyłem się. Miałem serdecznie dosyć miłości, taki układ mi odpowiadał, przyjemność i umiarkowana dawka szczęścia, którą czerpałem z życia, z każdej chwili, wystarczała mi w zupełności. Nie potrzebowałem uczucia, które niewątpliwie lęgło się w niej wraz z moimi uśmiechami i pocałunkami. Przestraszyłem się i postanowiłem, że muszę coś z tym zrobić, jednak, gdy wypiłem jeszcze trochę wina i kilkakrotnie wzburzyłem wodę w fajce, stwierdziłem, że mogę z tym poczekać do poniedziałku.
Reszta spotkania upłynęła pod znakiem dialogu Piotra z Pawłem dotyczącego zalet upijania się i twórczości tworzonej pod wpływem różnych środków.
 - Tak, już to widzę. Wystawa w galerii, powiedzmy, twoich obrazów. Podchodzi grupka miłośników sztuki i jeden z nich mówi, coś w stylu, widzę tu duży wpływ jakiegoś tam malarza, a wtedy pojawiasz się ty i mówisz, a gdzie tam, malowałem po dwóch setkach wódki, jeszcze obrzygałem płótno, o tutaj. I pokazujesz mu kant obrazu, gdzie szmatą roztarłeś farbę i wymiociny. I ktoś przyjdzie i powie, że to nowoczesna sztuka.
 - Przejebane. – Ruda podsumowała moją długą, pijacką wypowiedź, która była wynikiem rozdrażnienia nowoczesnymi prądami w sztuce. – Tworzyć tylko po to by być niezrozumianym.
Atmosfera zaczęła się rozluźniać. Tomek z Aleksandrą usiedli z boku i rozmawiali o czymś, co najwyraźniej ich bawiło. Mój przyjaciel od zawsze umiał obchodzić się z kobietami i zdobywać ich serca, jak się okazuje nawet tych najbardziej mu nieprzychylnych. Nie chciał mi zdradzić co zaszło między nimi, gdy już wszyscy wyszli, ale jestem pewien, że wylądowali wtedy w łóżku.
Maria rozmawiała z Rudą i Martą, które nie chciały przysłuchiwać się pijackiemu dialogowi Piotra i Pawła. Ja, wsłuchany w dźwięki kolejnych płyt Lao Che, z butelką wina przy ustach, rozmyślałem o tym jak utrwalić tą chwilę w słowach i jak opisać drobne ciało Sandry wtulone w mój bok
 - Chodź ze mną. – Poprosiła Maria pokazując mi ukradkiem paczkę papierosów. Wstałem powoli odkładając Sandrę na podłogę. Nie obudziła się.
 - Zawsze miała słabą głowę. – Stwierdziła, gdy weszliśmy na balkon przez pokój Tomasza.
 - Wstała dziś o piątej rano. – Podsunęła mi papierosy, wziąłem jednego i odpaliłem. - Miała pociąg z Poznania.
 - Rozumiem. – Maria oparła się o poręcz i zaczęła spoglądać w dół, na ulicę. – Dobrze wam się układa?
 - A co tu dużo mówić, dogadujemy się jakoś, co raczej rzuca się w oczy.
 - No rzuca, rzuca…
 - A Piotrek znalazł sobie chyba dobrego partnera do rozmów.
 - Weź mi nic nie mów.
 - Wkurwił cię?
 - Nie. – Skłamała, skrywając nieprawdę pod uśmiechem. - Wszystko jest w porządku.
 - Brzmi jak sarkazm.
 - Ale to prawda. Nic się nie stało. – Straciłem chęci do wyciągania z niej informacji i postanowiłem dać jej spokój.
 - Dobrze, zaufam ci. Tak robią przyjaciele, prawda?
 - Prawda.
Zza drzwi balkonowych wychyliła się Marta i rzekła.
 - My z Malwiną już spadamy, do zobaczenia.
 - Trzymajcie się. – Odpowiedziałem jej, a Maria pożegnała je uśmiechem, jakby nie mogąc już znaleźć sił na rozmowę.
Wróciliśmy do pokoju. Usiadłem obok Sandry i zacząłem zastanawiać się nad zmianą muzyki, wtedy zwrócił się do mnie Piotr, który nagle przypomniał sobie, że w pokoju siedzi ktoś jeszcze prócz niego i Pawła.
 - Pijesz wódkę z nami?
 - Nie stary, nie mieszam.
 - No w porządku.
Sandry nie pytał, spała nadal jak zabita. Maria odmówiła, mówiąc, że więcej alkoholu już w siebie nie wleje, a gdy chłopcy wyszli do sklepu, stwierdziła, że wraca do domu. Nie zatrzymywałem jej, ani nie obawiałem się o jej powrót, gdyż mieszkała z Piotrem dwie ulice dalej.
 - Jestem zmęczona. Wybaczcie.
 - Spoko. – Tomasz pożegnał ją i zrelaksowany wrócił do Aleksandry. – Jeszcze wina moja droga?
 - Poproszę.
Oczy same mi się zamykały, postanowiłem, że położę się z Sandrą w salonie, na co Tomek radośnie się zgodził.
Później, już wpół przytomny słyszałem rozmowę Pawła i Piotra, wracających ze sklepu. Dywagowali na temat kobiet, ale nie zdołałem zarejestrować poszczególnych zdań, usłyszałem tylko kilka imion.

 - Jednak spałem tutaj. Cudownie. – Stwierdził pół przytomny Paweł, gdy obudziłem go rano chcąc dowiedzieć się gdzie zniknął Tomek. Leżał na podłodze w klubie, przykryty kurtką, w otoczeniu pustych butelek po winie. Nie wiedział, gdzie jest gospodarz i ogólnie mało co pamiętał z imprezy. Gdy już rozczarował mnie stopniem swej niewiedzy, postanowił przewrócić się na drugi bok i spać dalej jakby nic się nie działo.
 - Pewnie poszedł do sklepu. – Usiadłem obok Sandry i przetarłem dłonią twarz.
 - Czekamy na niego?
 - Nie ma po co. Chodź, odprowadzę cię.
 - A może ja odprowadzę ciebie?
Wstała i wyciągnęła do mnie rękę. Chwyciłem ją i wyszliśmy na brukowane, pachnące deszczem, ulice Starego Miasta.
W tamtym czasie wynajmowałem pokój na Żeglarskiej u pewnej miłej, starszej pani, która uważała, że bardzo przypominam jej wnuka, znanego adwokata. Nie bardzo interesowały mnie długie wywody nad ewentualnymi podobieństwami, ale musiałem ich wysłuchiwać by staruszce nie zrobiło się smutno i żeby nie podwyższyła mi czynszu do przesadnej cenny. Uważała mnie za miłego, młodego człowieka i chyba dzięki temu, że robiłem dobre wrażenie i zawsze byłem dla niej sympatyczny, przymykała oko na Sandrę nocującą sporadycznie w moim łóżku.
Mam szczęście do ludzi, dobieram sobie dobrych znajomych i umiem rozmawiać z każdym, nie zależnie od tego jaki poziom sobą reprezentuje. Zapewne ten drobny talent przyczynił się do tego, że przetrwałem na swych wymarzonych studiach w Starym Mieście i nie byłem zmuszony porzucać ich jak setka moich, mniej zdecydowanych, kolegów. Gdybym nie umiał wykorzystać kontaktów jakie udało mi się nawiązać z przypadkowo poznanymi osobami, pewnie nigdy nie zaproponowano by mi ciekawej pracy, która pozwoliłaby na odrobinę niezależności finansowej od ojca. Choć nie byłem tak komunikatywny i przekonujący jak Tomasz, potrafiłem zjednać sobie innych i chyba właśnie to miało znaczący wpływ na moje życie towarzyskie.
Nie kochaliśmy się długo. Sandra szybko opadła z sił, więc postanowiliśmy poleżeć na łóżku w bezruchu i pooddychać zimnym, październikowym powietrzem. Lada chwila miał spaść śnieg, więc uchyliłem okna w swoim pokoju by wpuścić do niego resztki jesiennej pogody.
 - Czuję jak coś szumi mi w głowie. – Leżała półnaga, przeciągając się raz po raz leniwie i wzdychając bezsilnie. Spoglądała na mnie. Stałem do niej bokiem, oparty o ścianę i patrzyłem przez okno na ludzi skoncentrowanych w obrębie przystanku autobusowego.
 - To topole za oknem. I rzeka.
 - Kocham twoje łóżko, jego cudowny zapach i ten szum rzeki za oknem. Kocham cię.
Końcówki moich palców zdrętwiały, potarłem je, tłumacząc sobie, że to od zimna wtaczającego się przez szparę w oknie. Dopiero po chwili dotarło do mnie co usłyszałem i odwróciłem się by na nią spojrzeć. Miała przymknięte powieki, wydawało się, że zasnęła, więc powiedziałem szeptem.
 - Nie wmawiaj sobie.
 - Zamknij okno. – Odwróciła się do mnie plecami. Pomyślałem, że rozczarowałem ją swoją odpowiedzią, ale jednocześnie byłem dumny z tego, że nie próbowałem jej oszukać. - Zimno mi.
Zamknąłem okno i położyłem się obok niej. Przysunęła się do mnie delikatnie, a ja okryłem nas kołdrą
 - Ja ciebie też. – Pocałowałem ją w ucho, a ona obdarowała mnie łagodnym uśmiechem, który uśmierzyłby nawet największy ból.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pisz śmiało. Wytykaj błędy, ubliżaj, rzucaj mięsem.