Nie
miałem pojęcia jak potoczą się kolejne spotkania naszego klubu. Nie
wymyśliliśmy sobie nazwy, nie wytoczyliśmy sobie celów, zwyczajnie upiliśmy się
i umówiliśmy, że za tydzień widzimy się ponownie. Ku mojemu zaskoczeniu wszyscy
stawili się na następnym spotkaniu. Tomasz zatroszczył się o nowe atrakcje.
Przed tygodniem nie zdołaliśmy wnieść do
pokoju telewizora, więc zastąpił go zestaw grający składający się z odtwarzacza
CD i kilku dużych głośników. Stwierdziłem, że nie powinniśmy upijać się wódką,
więc razem z Sandrą przyniosłem kilka butelek wina, a Piotr z Marią zabrali ze
sobą fajkę wodną.
- Wiecie, że szisza jest bardziej szkodliwa
niż papieros? – Stwierdził Piotr i zaciągnął się. Węgielek leżący na szczycie
fajki rozżarzył się do czerwoności.
- Serio? Nie wiedziałam.
- Dlatego jestem zdania, że powinniśmy ją
nabić trawką. – Powiedziałem, jednocześnie przeglądając stos płyt. Chciałem
wybrać coś spokojnego i melancholijnego. Piotr wypuścił z płuc dym i spytał.
- A skąd ja ci wezmę tyle trawki?
- Mało mamy znajomych? Korneliusz by coś miał
na pewno. Tomek czy ty masz jakąś spokojną muzykę tutaj? Bo ja widzę sam heavy
metal.
- Puść Slayera. – Rzuciła uradowana Sandra,
podczołgała się do mnie i chwyciła płytę, którą trzymałem w dłoni.
- Nie mam mowy, chcę się odprężyć, a nie
wkurwić. Będę musiał przynieść jakieś swoje płyty.
- Tomek, czemu nie ma z nami Korneliusza? –
Spytał Piotr i podał fajkę Marii.
- Proponowałem mu spotkanie, ale nie chciał
przyjść.
Nagle
zadzwonił domofon. Tomasz zerwał się na równe nogi i pobiegł w stronę drzwi.
- O, to pewnie Aleks. – Ucieszyła się Maria i
podała fajkę Rudej.
Dziewczyna
weszła do mieszkania, szybko zawiesiła kurtkę na wieszaku i usiadła obok Pawła,
poprawiając mu tym samym humor. Nie przypuszczałem, że po zeszłotygodniowym „wieczorze
powitalnym” miała jeszcze ochotę się z nami zadawać, jednak Tomasz jakimś cudem
nakłonił ją na kolejną wizytę.
- Tramwaj mi uciekł, przepraszam was.
- Życie jest jak tramwaj. – Rzuciłem w próżnie
pierwszą myśl jaka przyszła mi do głowy i włożyłem płytę do odtwarzacza. Muzyka
zaczęła płynąć z głośników.
- Życie to surfing. – Marta szybko podchwyciła
moją myśl, odbierając jednocześnie fajkę z rąk Rudej.
- Życie wpędza nas do grobu. – Odpowiedziałem
jej, jednocześnie opierając się o ścianę tuż przy głośniku. Od tamtego momentu
bardzo często lubiłem tam siadać i mieć przy sobie rosnący stos płyt. Wtedy też
naprawdę poczułem, jakbyśmy odtwarzali obraz zawarty w książce Cortázara,
zaczęliśmy układać nasz własny łańcuch skojarzeń, a tydzień wcześniej upiliśmy
się tanią wódką. Podobieństwa same rzucały się w oczy.
- Prawie jak dożywotnia kara śmierci Tuwima. –
Zauważyła Sandra, która delikatnie gładziła moją głowę. Bardzo lubiła i ceniła
jego twórczość, w przeciwieństwie do Piotra, który ignorował dzieła większości
polski pisarzy i poetów. Marta podała fajkę Aleksandrze.
- To słowa mojej matki.
- Życie jest zbyt krótkie, aby pisać długie
rzeczy. Jakiś Niemiec to powiedział. – Tomasz miał na myśli Alfreda Polgara,
dziennikarza rodem z Austrii, żyjącego w pierwszej połowie XX wieku.
- Życie jest za krótkie, żeby tracić je na
dyskusje o życiu. Lepiej je przeżyć. Woody Allen. Przypomniałeś mi to.
Wszyscy
zamilkli na chwile. Fajka trafiła w ręce Pawła, a następnie Tomasza. Maria
siedziała znużona, obserwowała mnie, a gdy nasze spojrzenia spotkały się,
uraczyła mnie swym skromnym uśmiechem i ciepłym wzrokiem. Po chwili ciszę
zaburzył Piotr, któremu najwyraźniej coś się przypomniało.
- Życie zawsze jest takie zjebane, czy tylko
wtedy, kiedy jest się dzieciakiem?
- Czekaj, to było z jakiegoś filmu…
- Tak. – Rzekła Maria, chcąc w ten sposób
oderwać się od mojego spojrzenia. - Leon
zawodowiec.
- Ha. – Tomasz uśmiechnął się zwycięsko. - Tak
myślałem… Powinniśmy go obejrzeć.
- A śmierć? – Spytała nagle Ruda, wprawiając
wszystkich w osłupienie.
- Co śmierć? – Rzekł wytrącony tą zmianą
tematu Piotr, a Tomasz dodał z powagą.
- Kończy życie…
- Czyni artystę. – Stwierdziłem. Fajka dotarła
do mnie, wypełniłem dymem płuca i podałem ją Sandrze.
- To takie prawdziwe, że aż przykre.
- Wiem Mario.
- Co to za muzyka? – Maria starała się
podtrzymać rozmowę, która za chwilę miała i tak przeistoczyć się w dialog
Piotra z Marcinem, zwanego już przez nas Pawłem.
- Lao Che. – Wyręczyła mnie Sandra, błogo
opadła na moje ramie upojona dymem.
- Zaraz będzie fajny moment, który na pewno
wam się spodoba. – Przypomniałem sobie słowa piosenki i zrobiłem głośniej.
Wszyscy czekali w napięciu, aż Spięty spyta na początku utworu Pawełku jak często się odurzasz?
- No więc, Pawełku?
Przyciszyłem
muzykę by umożliwić rozmowę. Pytany przez chwile zbierał się w sobie by
udzielić odpowiedzi, wypił głębszy łyk wina i powiedział.
- To chyba oczywiste.
- Wcale nie. Może tylko udajesz, że lubisz
pić? – Piotr obrócił się i chwycił butelkę wina by ponownie napełnić swój
kubek. Nie mieliśmy odpowiednich kieliszków, więc każdy pił w tym co Tomaszowi
udało się znaleźć w szafce.
- Dlaczego miałbym udawać, że lubię coś robić?
– Paweł podsunął mu swoją szklankę. -
Nie widzę w tym sensu.
- Niektórzy widzą w tym sens… - Powiedziałem,
a Piotr odwrócił się w moją stronę sugerując, że mi też przydałaby się dolewka.
Wyciągnąłem w jego stronę swój kubek.
- Kto na przykład?
- Korneliusz. Jemu chodzi o Kornela, prawda?
- Tak. – Zgodziłem się z Marią. - Ale szkoda o
tym dupku gadać. – Napiłem się, a Sandra dyskretnie musnęła moją dłoń.
Uśmiechnąłem się do niej, a ona odwzajemniła uśmiech.
Przestraszyłem
się. Miałem serdecznie dosyć miłości, taki układ mi odpowiadał, przyjemność i
umiarkowana dawka szczęścia, którą czerpałem z życia, z każdej chwili, wystarczała
mi w zupełności. Nie potrzebowałem uczucia, które niewątpliwie lęgło się w niej
wraz z moimi uśmiechami i pocałunkami. Przestraszyłem się i postanowiłem, że
muszę coś z tym zrobić, jednak, gdy wypiłem jeszcze trochę wina i kilkakrotnie
wzburzyłem wodę w fajce, stwierdziłem, że mogę z tym poczekać do poniedziałku.
Reszta
spotkania upłynęła pod znakiem dialogu Piotra z Pawłem dotyczącego zalet
upijania się i twórczości tworzonej pod wpływem różnych środków.
- Tak, już to widzę. Wystawa w galerii,
powiedzmy, twoich obrazów. Podchodzi grupka miłośników sztuki i jeden z nich
mówi, coś w stylu, widzę tu duży wpływ jakiegoś tam malarza, a wtedy pojawiasz
się ty i mówisz, a gdzie tam, malowałem po dwóch setkach wódki, jeszcze
obrzygałem płótno, o tutaj. I pokazujesz mu kant obrazu, gdzie szmatą roztarłeś
farbę i wymiociny. I ktoś przyjdzie i powie, że to nowoczesna sztuka.
- Przejebane. – Ruda podsumowała moją długą,
pijacką wypowiedź, która była wynikiem rozdrażnienia nowoczesnymi prądami w
sztuce. – Tworzyć tylko po to by być niezrozumianym.
Atmosfera
zaczęła się rozluźniać. Tomek z Aleksandrą usiedli z boku i rozmawiali o czymś,
co najwyraźniej ich bawiło. Mój przyjaciel od zawsze umiał obchodzić się z
kobietami i zdobywać ich serca, jak się okazuje nawet tych najbardziej mu
nieprzychylnych. Nie chciał mi zdradzić co zaszło między nimi, gdy już wszyscy
wyszli, ale jestem pewien, że wylądowali wtedy w łóżku.
Maria
rozmawiała z Rudą i Martą, które nie chciały przysłuchiwać się pijackiemu dialogowi
Piotra i Pawła. Ja, wsłuchany w dźwięki kolejnych płyt Lao Che, z butelką wina
przy ustach, rozmyślałem o tym jak utrwalić tą chwilę w słowach i jak opisać
drobne ciało Sandry wtulone w mój bok
- Chodź ze mną. – Poprosiła Maria pokazując mi
ukradkiem paczkę papierosów. Wstałem powoli odkładając Sandrę na podłogę. Nie
obudziła się.
- Zawsze miała słabą głowę. – Stwierdziła, gdy
weszliśmy na balkon przez pokój Tomasza.
- Wstała dziś o piątej rano. – Podsunęła mi
papierosy, wziąłem jednego i odpaliłem. - Miała pociąg z Poznania.
- Rozumiem. – Maria oparła się o poręcz i
zaczęła spoglądać w dół, na ulicę. – Dobrze wam się układa?
- A co tu dużo mówić, dogadujemy się jakoś, co
raczej rzuca się w oczy.
- No rzuca, rzuca…
- A Piotrek znalazł sobie chyba dobrego
partnera do rozmów.
- Weź mi nic nie mów.
- Wkurwił cię?
- Nie. – Skłamała, skrywając nieprawdę pod
uśmiechem. - Wszystko jest w porządku.
- Brzmi jak sarkazm.
- Ale to prawda. Nic się nie stało. –
Straciłem chęci do wyciągania z niej informacji i postanowiłem dać jej spokój.
- Dobrze, zaufam ci. Tak robią przyjaciele,
prawda?
- Prawda.
Zza
drzwi balkonowych wychyliła się Marta i rzekła.
- My z Malwiną już spadamy, do zobaczenia.
- Trzymajcie się. – Odpowiedziałem jej, a
Maria pożegnała je uśmiechem, jakby nie mogąc już znaleźć sił na rozmowę.
Wróciliśmy
do pokoju. Usiadłem obok Sandry i zacząłem zastanawiać się nad zmianą muzyki, wtedy
zwrócił się do mnie Piotr, który nagle przypomniał sobie, że w pokoju siedzi
ktoś jeszcze prócz niego i Pawła.
- Pijesz wódkę z nami?
- Nie stary, nie mieszam.
- No w porządku.
Sandry
nie pytał, spała nadal jak zabita. Maria odmówiła, mówiąc, że więcej alkoholu
już w siebie nie wleje, a gdy chłopcy wyszli do sklepu, stwierdziła, że wraca
do domu. Nie zatrzymywałem jej, ani nie obawiałem się o jej powrót, gdyż
mieszkała z Piotrem dwie ulice dalej.
- Jestem zmęczona. Wybaczcie.
- Spoko. – Tomasz pożegnał ją i zrelaksowany
wrócił do Aleksandry. – Jeszcze wina moja droga?
- Poproszę.
Oczy
same mi się zamykały, postanowiłem, że położę się z Sandrą w salonie, na co
Tomek radośnie się zgodził.
Później,
już wpół przytomny słyszałem rozmowę Pawła i Piotra, wracających ze sklepu.
Dywagowali na temat kobiet, ale nie zdołałem zarejestrować poszczególnych zdań,
usłyszałem tylko kilka imion.
- Jednak spałem tutaj. Cudownie. – Stwierdził
pół przytomny Paweł, gdy obudziłem go rano chcąc dowiedzieć się gdzie zniknął
Tomek. Leżał na podłodze w klubie, przykryty kurtką, w otoczeniu pustych
butelek po winie. Nie wiedział, gdzie jest gospodarz i ogólnie mało co pamiętał
z imprezy. Gdy już rozczarował mnie stopniem swej niewiedzy, postanowił przewrócić
się na drugi bok i spać dalej jakby nic się nie działo.
- Pewnie poszedł do sklepu. – Usiadłem obok
Sandry i przetarłem dłonią twarz.
- Czekamy na niego?
- Nie ma po co. Chodź, odprowadzę cię.
- A może ja odprowadzę ciebie?
Wstała
i wyciągnęła do mnie rękę. Chwyciłem ją i wyszliśmy na brukowane, pachnące
deszczem, ulice Starego Miasta.
W
tamtym czasie wynajmowałem pokój na Żeglarskiej u pewnej miłej, starszej pani,
która uważała, że bardzo przypominam jej wnuka, znanego adwokata. Nie bardzo
interesowały mnie długie wywody nad ewentualnymi podobieństwami, ale musiałem
ich wysłuchiwać by staruszce nie zrobiło się smutno i żeby nie podwyższyła mi
czynszu do przesadnej cenny. Uważała mnie za miłego, młodego człowieka i chyba
dzięki temu, że robiłem dobre wrażenie i zawsze byłem dla niej sympatyczny,
przymykała oko na Sandrę nocującą sporadycznie w moim łóżku.
Mam
szczęście do ludzi, dobieram sobie dobrych znajomych i umiem rozmawiać z
każdym, nie zależnie od tego jaki poziom sobą reprezentuje. Zapewne ten drobny
talent przyczynił się do tego, że przetrwałem na swych wymarzonych studiach w
Starym Mieście i nie byłem zmuszony porzucać ich jak setka moich, mniej
zdecydowanych, kolegów. Gdybym nie umiał wykorzystać kontaktów jakie udało mi
się nawiązać z przypadkowo poznanymi osobami, pewnie nigdy nie zaproponowano by
mi ciekawej pracy, która pozwoliłaby na odrobinę niezależności finansowej od
ojca. Choć nie byłem tak komunikatywny i przekonujący jak Tomasz, potrafiłem zjednać
sobie innych i chyba właśnie to miało znaczący wpływ na moje życie towarzyskie.
Nie
kochaliśmy się długo. Sandra szybko opadła z sił, więc postanowiliśmy poleżeć
na łóżku w bezruchu i pooddychać zimnym, październikowym powietrzem. Lada
chwila miał spaść śnieg, więc uchyliłem okna w swoim pokoju by wpuścić do niego
resztki jesiennej pogody.
- Czuję jak coś szumi mi w głowie. – Leżała
półnaga, przeciągając się raz po raz leniwie i wzdychając bezsilnie. Spoglądała
na mnie. Stałem do niej bokiem, oparty o ścianę i patrzyłem przez okno na ludzi
skoncentrowanych w obrębie przystanku autobusowego.
- To topole za oknem. I rzeka.
- Kocham twoje łóżko, jego cudowny zapach i
ten szum rzeki za oknem. Kocham cię.
Końcówki
moich palców zdrętwiały, potarłem je, tłumacząc sobie, że to od zimna
wtaczającego się przez szparę w oknie. Dopiero po chwili dotarło do mnie co
usłyszałem i odwróciłem się by na nią spojrzeć. Miała przymknięte powieki,
wydawało się, że zasnęła, więc powiedziałem szeptem.
- Nie wmawiaj sobie.
- Zamknij okno. – Odwróciła się do mnie
plecami. Pomyślałem, że rozczarowałem ją swoją odpowiedzią, ale jednocześnie
byłem dumny z tego, że nie próbowałem jej oszukać. - Zimno mi.
Zamknąłem
okno i położyłem się obok niej. Przysunęła się do mnie delikatnie, a ja okryłem
nas kołdrą
- Ja ciebie też. – Pocałowałem ją w ucho, a
ona obdarowała mnie łagodnym uśmiechem, który uśmierzyłby nawet największy ból.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Pisz śmiało. Wytykaj błędy, ubliżaj, rzucaj mięsem.