Mam
dostatecznie dużo lat by wiedzieć, że nic w moim życiu nie będzie stateczne i,
że przed niektórymi rzeczami, wydarzeniami czy ludźmi, zwyczajnie nigdy nie
ucieknę. Dlatego postanowiłem zmierzyć się z losem, który umiejscowił mnie na
Krakowskim Przedmieściu w dniu kolejnej manifestacji zwolenników krzyża czy
raczej, jak określa ich delikatnym mianem mój przyjaciel, "bandy
niezadowolonych oszołomów".
W
telewizji to miejsce wydaje się bardziej przestronne, w rzeczywistości to
stosunkowo wąska uliczka, która powiększa się nieznacznie o mały plac przed
Ministerstwem Kultury. Dziś pełno tu protestujących ludzi, którzy, w
większości, są starsi od moich rodziców. Nie czuje się dobrze, co nie jest
niczym dziwnym, skoro wszyscy patrzą na mnie z wyraźną dezaprobatą, jakby chcąc
wybadać tymi spojrzeniami czy popieram ich czy potępiam. Może przeszkadza im
moja koszulka z Che? Czy to oznaka moich poglądów politycznych czy tylko symbol
głupoty współczesnej mody panującej wśród młodzieży? Ciężko zgadnąć skoro stoję
sam pod ścianą narożnej kamienicy i tylko obserwuje sfrustrowanych staruszków.
Jestem
młody i ludzie jakby specjalnie piętnując ten fakt, chcą bym dążył do ugody z
ich systemem wartości, który jest starszy, więc powinien nadal pozostawać w
użytku. Szanuje wartości innych, ale chce też wypracowywać je własnoręcznie w
oparciu o indywidualne doświadczenie jakie zdobędę w trakcie całego życia.
Ile
razy słyszałem, że moje pokolenie niszczy wszystkie wartości, że starsi ludzie
boją się o nas i o to w jakim świecie przyjdzie nam żyć. Ja odpowiadam sobie w
duchu, że przez całą tą nienawiść przelewaną na co dzień, ciągłość naszej
egzystencji nie jest niczym pewnym. Właściwie mam to gdzieś, jak każdy z moich
znajomych. Gdy masz dwadzieścia lat, czasem mniej, nie zadręczasz się wielkim
sprawami, nie przytłacza cię stres, a w najlepszych wypadkach nie dopada cię
nawet głód. W czasach, w których przyszło mi żyć, nie stronię od ironii, subtelnie
pojawiającej się przed moimi oczami tak jak kolejne, coraz starsze twarze.
Jednak nie czynie z niej sposobu na życie, choć logicznym posunięciem byłoby
dostosowanie się do reguł wszechobecnie panującego absurdu.
Mam
wątpliwość co do sensu wszczynania kolejnych protestów, jeśli nie są
traktowane poważnie i nie prowadzą do konkretnych działań. Chyba nie o to
chodzi w życiu by obrażać się na wszystkich dookoła i traktować ich jako
gorszych od siebie bo nie chcą poprzeć naszych pomysłów i wierzą w inne ideały
lub co gorsza w innych bogów. Dowodem na to jak irracjonalne działania
podejmują niektórzy ludzie niech będzie ta głośna batalia o krzyż, który
jeszcze kilka miesięcy temu stał w tym miejscu i przyciągał uwagę całego kraju.
Z początku nas to śmieszyło, poważni ludzie, kłócą się o taki drobiazg i nie
mogą dojść do porozumienia, później, zdenerwowani całą farsą, poszliśmy tam
razem z innymi, młodymi, zmęczonymi i zażenowanymi ludźmi, pokrzyczeć różne,
inne głupoty, chcąc w ten sposób pokazać jak bezsensowną walkę się tam toczy.
Nie pomogło, a wręcz pogłębiło to podziały i frustracje ludzi broniących
krzyża. Smutno to stwierdzić, ale nasz kraj nie jest już, w przeważającej
większości, katolicki.
Cokolwiek
złego dzieje się w kraju, cała wina spada na władzę. Jest to dla mnie
zrozumiałe, gdyż to na nich ciąży obowiązek opieki nad państwem i oni ponoszą
odpowiedzialność za wszelkie niepowodzenia. Jednak nie rozumiem jak ktoś
obwiniający o wszystkie nieszczęścia jedną stronę może jednocześnie sugerować,
że druga strona poradziłaby sobie lepiej. Tak się składa, że ja przyglądałem
się temu rządowi jak i wszystkim poprzednim i jakoś wcale nie widzę by któryś z
nich stał wyraźnie na czele, czy wiódł prym wśród innych, jeśli chodzi o
poprawianie jakości życia tej szarej materii kłębiącej się pod Pałacem
Prezydenckim.
Mam
przed sobą prawdziwą galerię postaci tragicznych. Czterdzieści lat w zawodzie,
a emerytura porównywalna z moją pierwsza pensją, którą dostawałem pracując
cztery godzinny dziennie na poczcie. Aż chce się wrzasnąć na tych którzy
do tego dopuścili. Albo kobieta, która od lat mieszka sama, mąż zmarł na zawał
bo karetka nie zdążyła dojechać na czas. Jej córka zdała maturę i natychmiast
wyjechała za granice teraz odzywa się tylko na święta. Zresztą ma własne
problemy, nie jest zadowolona ze swoich zarobków, a na każdym kroku wytyka
się jej pochodzenie.
Matka
nauczyła mnie wielu ważnych rzeczy. Przede wszystkim nie wolno mi być egoistą,
który obdarowuje innych tylko swoją apatią i w tym widzi najlepsze lekarstwo na
szarą mgłę spowijającą miasto. Rzeczywiście ostatnio beton kamienic i bloków
stał się dla mnie zbyt uciążliwy, a książki czytane w podróży wydają się być
zbyt długimi. Wtedy to widzę, jak mój umysł instynktownie broni się i chowa jak
żółw do wnętrza czaszki.
Inni
mają chyba podobnie, nie jesteśmy pokoleniem odpowiedzi, my już nawet nie
zadajemy pytań, chcemy iść przez życie z dala od polityki, waśni i radia Ojca
Dyrektora. Wielu uważa taką postawę za dekadencką, czy wręcz zdradziecką bo
podczas gdy my, czyli starsze pokolenie pamiętające PRL, walczyliśmy o wolność
słowa i demokrację, wy, czyli ich dzieci, chcą to wszystko zostawić samemu
sobie, jest im to obojętne czy wręcz wydaje się wstrętne za każdym razem, gdy
się z tym stykają. Lista obaw rośnie w nieskończoność.
Poniekąd
pojmuje ich tok rozumowania. Widzę to dobrze na własnym przykładzie bo przecież
mnie też wadzi degeneracja mojej młodszej siostry i jej koleżanek. Mam wrażenie,
że taką cenę musimy zapłacić za wysoki stopień cywilizacyjnego pędu, ale
jednocześnie dopada mnie wątpliwość, czy chcę przyczyniać się do takiego obrotu
spraw.
Obracam
się na pięcie i powoli ruszam w stronę domu. Nie pamiętam kiedy ostatnim razem
spacerowałem po centrum. Czy naprawdę minęło, aż tyle czasu, czy po prostu zapomniałem
nazw ulic i ich rozkładu? Miasto wydaje się dziwne, jakby skaziła je jakaś
tajemnicza choroba, która powoli zmusza mieszkańców do szaleństwa, a ja boję
się oszaleć.
Skręcam
za Pałacem Potockich w wąską uliczkę. Instynktownie szukam jej nazwy, lecz w
miejscu po tabliczce została tylko plama na ścianie kamienicy. Wychodzę tą
uliczką z miasta wprost na pole pełne dzikich wrzosów. To miejsce w ogóle nie
przypomina Ogrodu Saskiego, to nie jest nawet Warszawa.
Przytłacza
mnie ogromna dawka świeżości, która napływała wraz z kolejnymi dniami pogodnej
jesienni. Wrzosy są trochę niewyraźne, ich lekko brudny kolor, ciągnie się
wśród resztek zielonej trawy na przestrzeni wielu setek metrów, aż po horyzont,
który stanowi linia drzew i bezkresny las. W powietrzu czuć chłodny zapach
wilgotnych roślin, a gdzieniegdzie rosną krzewy odporne na jesienne zmiany barw.
Niebo zasnuły chmury, czy raczej, jedna, wielka i płaska chmura, której kolor
doskonale określał nasz kraj. Pałac Kultury jest szary, cmentarne mury i płyty
nagrobne też, nawet ludzi i ich spojrzenia wypełnia któryś z odcieni grafitu.
Nic dziwnego, że tak często bywamy smutni albo wręcz groteskowi.
Nie
wiem jak długo, przygnieciony przerażającym milczeniem natury, pozostawałem w
odrętwieniu, napawałem się ciszą i powolnie stąpałem po grząskim gruncie
lepiącym się do butów. Do głowy przyszedł mi pewien fragment.
Lubię słuchać ciszy przyrody,
Choć nie jest to bezdźwięk, martwota,
Lecz najsubtelniejsze granie.*
Więc
wytężałem swój słuch, chcąc uchwycić te najdrobniejsze drgania istot żywych.
Wydaje się, że nie ma ciszy absolutnej, nawet kosmos do nas szepcze strumieniem
fal radiowych, nawet skałami we wnętrzu ziemi targają drobne wibracje. Dźwięk
wywodzi się z ruchu, a przecież wszystko wokół nas się porusza, choćby
najmniejsze cząsteczki, z których zbudowana jest cała rzeczywistość.
Nagle
telefon rozrywa to wszystko swymi wibracjami. To Ewa. Znów wpełzłem do jej
marzeń i ponownie ona wykryła w swej głowie ten subtelny ruch mych
przemęczonych nóg.
Dzwoni
do mnie, a ja nie wiem jak mam jej wytłumaczyć, że nasza miłość wobec tych
wszystkich problemów wydaje się nic nie znaczyć?
-
Gdzie jesteś? - Pyta jakby niechętnie.
-
Jakoś niedaleko. - Odpowiadam i rozglądam się szukając pośród pola wrzosów
tabliczki z nazwą ulicy.
- Czekam.
Rozłączyła
się. Nasze rozmowy telefoniczne, nie wiedzieć czemu, stały się takie
automatyczne, zaprogramowane na omawianie konkretnych zagadnień przy użyciu
najprostszych słów, jakby na większą wylewność brakowało czasu, a przecież i
tak każdego dnia trwonimy go nieustannie. Albo rozmowy przez internet, które
zastąpiły konwencjonalne spotkania twarzą w twarz. Czy to kolejny objaw
uciekania od problemów w alternatywny świat? A może rozleniwiliśmy się do tego
stopnia, że nie potrafimy już wysłać do siebie zwyczajnego listu z zapytaniem o
termin spotkania i nie możemy wyczekać tych kilku dni potrzebnych na dotarcie
odpowiedzi?
Gdzieś
daleko za oknem, w głębi betonowego osiedla, udało mi się usłyszeć skrawki
muzyki. Musiałem się skupić by móc ocenić jej wartość, która okazała się
znikoma. Zwykły klubowy łomot, kolejny przejaw uwsteczniania się społeczeństwa.
Usłyszałem
jak straciła równowagę podczas wychodzenia z wanny i instynktownie złapała się
umywalki. Jestem bezczelny, podsłuchuje ludzi by choć przez chwile poznać ich
od tej intymnej strony, którą ukrywają przed wszystkimi. Gdy Ewa myje zęby
spadają z niej wszystkie maski, gdy jej sąsiad jedzie windą w samotności, nie
próbuje być kimś innym, przez krótką chwilę jest naprawdę sobą. Ten krótki
moment wytchnienia wciągu całego dnia, gdy jesteśmy zupełnie wolni to jest coś
co naprawdę mnie intryguje.
Zanurzając
twarz w wilgotne włosy Ewy poczułem beztroskę napływającą mi do oczu. Wszystko
rozmyło się w błogim spokoju. Ludzie z pod pałacu, frustraci, których gniew
pcha do czynów radykalnych, przestali mnie obchodzić, tak samo jak różnice
między pokoleniami. Wyrzuciłem z głowy filozoficzne pytania o każdy, nawet najdrobniejszy,
szczegół mojego życia, zapomniałem o nurtujących mnie sprawach i problemach.
Wreszcie zrezygnowałem z wypatrywania kierunku, który obrała nasza cywilizacja.
Po prostu przestało mi na tym wszystkim zależeć. Wobec wilgotnego zapachu jej włosów,
wszystko inne natychmiast wydało się fraszką.
*
Fragment wiersza Jerzego Majera