" – Ja się tu chyba powieszę – pomyślał. Nie wpadło mu do głowy, że wobec braku ciążenia nawet takie wyjście nie jest możliwe..."



Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dłuższe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dłuższe. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 października 2011

Mam wątpliwość

Mam dostatecznie dużo lat by wiedzieć, że nic w moim życiu nie będzie stateczne i, że przed niektórymi rzeczami, wydarzeniami czy ludźmi, zwyczajnie nigdy nie ucieknę. Dlatego postanowiłem zmierzyć się z losem, który umiejscowił mnie na Krakowskim Przedmieściu w dniu kolejnej manifestacji zwolenników krzyża czy raczej, jak określa ich delikatnym mianem mój przyjaciel, "bandy niezadowolonych oszołomów".
W telewizji to miejsce wydaje się bardziej przestronne, w rzeczywistości to stosunkowo wąska uliczka, która powiększa się nieznacznie o mały plac przed Ministerstwem Kultury. Dziś pełno tu protestujących ludzi, którzy, w większości, są starsi od moich rodziców. Nie czuje się dobrze, co nie jest niczym dziwnym, skoro wszyscy patrzą na mnie z wyraźną dezaprobatą, jakby chcąc wybadać tymi spojrzeniami czy popieram ich czy potępiam. Może przeszkadza im moja koszulka z Che? Czy to oznaka moich poglądów politycznych czy tylko symbol głupoty współczesnej mody panującej wśród młodzieży? Ciężko zgadnąć skoro stoję sam pod ścianą narożnej kamienicy i tylko obserwuje sfrustrowanych staruszków.
Jestem młody i ludzie jakby specjalnie piętnując ten fakt, chcą bym dążył do ugody z ich systemem wartości, który jest starszy, więc powinien nadal pozostawać w użytku. Szanuje wartości innych, ale chce też wypracowywać je własnoręcznie w oparciu o indywidualne doświadczenie jakie zdobędę w trakcie całego życia.
Ile razy słyszałem, że moje pokolenie niszczy wszystkie wartości, że starsi ludzie boją się o nas i o to w jakim świecie przyjdzie nam żyć. Ja odpowiadam sobie w duchu, że przez całą tą nienawiść przelewaną na co dzień, ciągłość naszej egzystencji nie jest niczym pewnym. Właściwie mam to gdzieś, jak każdy z moich znajomych. Gdy masz dwadzieścia lat, czasem mniej, nie zadręczasz się wielkim sprawami, nie przytłacza cię stres, a w najlepszych wypadkach nie dopada cię nawet głód. W czasach, w których przyszło mi żyć, nie stronię od ironii, subtelnie pojawiającej się przed moimi oczami tak jak kolejne, coraz starsze twarze. Jednak nie czynie z niej sposobu na życie, choć logicznym posunięciem byłoby dostosowanie się do reguł wszechobecnie panującego absurdu.

Mam wątpliwość co do sensu wszczynania kolejnych protestów, jeśli nie są traktowane poważnie i nie prowadzą do konkretnych działań. Chyba nie o to chodzi w życiu by obrażać się na wszystkich dookoła i traktować ich jako gorszych od siebie bo nie chcą poprzeć naszych pomysłów i wierzą w inne ideały lub co gorsza w innych bogów. Dowodem na to jak irracjonalne działania podejmują niektórzy ludzie niech będzie ta głośna batalia o krzyż, który jeszcze kilka miesięcy temu stał w tym miejscu i przyciągał uwagę całego kraju. Z początku nas to śmieszyło, poważni ludzie, kłócą się o taki drobiazg i nie mogą dojść do porozumienia, później, zdenerwowani całą farsą, poszliśmy tam razem z innymi, młodymi, zmęczonymi i zażenowanymi ludźmi, pokrzyczeć różne, inne głupoty, chcąc w ten sposób pokazać jak bezsensowną walkę się tam toczy. Nie pomogło, a wręcz pogłębiło to podziały i frustracje ludzi broniących krzyża. Smutno to stwierdzić, ale nasz kraj nie jest już, w przeważającej większości, katolicki.
Cokolwiek złego dzieje się w kraju, cała wina spada na władzę. Jest to dla mnie zrozumiałe, gdyż to na nich ciąży obowiązek opieki nad państwem i oni ponoszą odpowiedzialność za wszelkie niepowodzenia. Jednak nie rozumiem jak ktoś obwiniający o wszystkie nieszczęścia jedną stronę może jednocześnie sugerować, że druga strona poradziłaby sobie lepiej. Tak się składa, że ja przyglądałem się temu rządowi jak i wszystkim poprzednim i jakoś wcale nie widzę by któryś z nich stał wyraźnie na czele, czy wiódł prym wśród innych, jeśli chodzi o poprawianie jakości życia tej szarej materii kłębiącej się pod Pałacem Prezydenckim.
Mam przed sobą prawdziwą galerię postaci tragicznych. Czterdzieści lat w zawodzie, a emerytura porównywalna z moją pierwsza pensją, którą dostawałem pracując cztery godzinny dziennie na poczcie. Aż chce się wrzasnąć na tych którzy do tego dopuścili. Albo kobieta, która od lat mieszka sama, mąż zmarł na zawał bo karetka nie zdążyła dojechać na czas. Jej córka zdała maturę i natychmiast wyjechała za granice teraz odzywa się tylko na święta. Zresztą ma własne problemy, nie jest zadowolona ze swoich zarobków, a na każdym kroku wytyka się jej pochodzenie.
Matka nauczyła mnie wielu ważnych rzeczy. Przede wszystkim nie wolno mi być egoistą, który obdarowuje innych tylko swoją apatią i w tym widzi najlepsze lekarstwo na szarą mgłę spowijającą miasto. Rzeczywiście ostatnio beton kamienic i bloków stał się dla mnie zbyt uciążliwy, a książki czytane w podróży wydają się być zbyt długimi. Wtedy to widzę, jak mój umysł instynktownie broni się i chowa jak żółw do wnętrza czaszki.
Inni mają chyba podobnie, nie jesteśmy pokoleniem odpowiedzi, my już nawet nie zadajemy pytań, chcemy iść przez życie z dala od polityki, waśni i radia Ojca Dyrektora. Wielu uważa taką postawę za dekadencką, czy wręcz zdradziecką bo podczas gdy my, czyli starsze pokolenie pamiętające PRL, walczyliśmy o wolność słowa i demokrację, wy, czyli ich dzieci, chcą to wszystko zostawić samemu sobie, jest im to obojętne czy wręcz wydaje się wstrętne za każdym razem, gdy się z tym stykają. Lista obaw rośnie w nieskończoność.
Poniekąd pojmuje ich tok rozumowania. Widzę to dobrze na własnym przykładzie bo przecież mnie też wadzi degeneracja mojej młodszej siostry i jej koleżanek. Mam wrażenie, że taką cenę musimy zapłacić za wysoki stopień cywilizacyjnego pędu, ale jednocześnie dopada mnie wątpliwość, czy chcę przyczyniać się do takiego obrotu spraw.

Obracam się na pięcie i powoli ruszam w stronę domu. Nie pamiętam kiedy ostatnim razem spacerowałem po centrum. Czy naprawdę minęło, aż tyle czasu, czy po prostu zapomniałem nazw ulic i ich rozkładu? Miasto wydaje się dziwne, jakby skaziła je jakaś tajemnicza choroba, która powoli zmusza mieszkańców do szaleństwa, a ja boję się oszaleć.
Skręcam za Pałacem Potockich w wąską uliczkę. Instynktownie szukam jej nazwy, lecz w miejscu po tabliczce została tylko plama na ścianie kamienicy. Wychodzę tą uliczką z miasta wprost na pole pełne dzikich wrzosów. To miejsce w ogóle nie przypomina Ogrodu Saskiego, to nie jest nawet Warszawa.
Przytłacza mnie ogromna dawka świeżości, która napływała wraz z kolejnymi dniami pogodnej jesienni. Wrzosy są trochę niewyraźne, ich lekko brudny kolor, ciągnie się wśród resztek zielonej trawy na przestrzeni wielu setek metrów, aż po horyzont, który stanowi linia drzew i bezkresny las. W powietrzu czuć chłodny zapach wilgotnych roślin, a gdzieniegdzie rosną krzewy odporne na jesienne zmiany barw. Niebo zasnuły chmury, czy raczej, jedna, wielka i płaska chmura, której kolor doskonale określał nasz kraj. Pałac Kultury jest szary, cmentarne mury i płyty nagrobne też, nawet ludzi i ich spojrzenia wypełnia któryś z odcieni grafitu. Nic dziwnego, że tak często bywamy smutni albo wręcz groteskowi.
Nie wiem jak długo, przygnieciony przerażającym milczeniem natury, pozostawałem w odrętwieniu, napawałem się ciszą i powolnie stąpałem po grząskim gruncie lepiącym się do butów. Do głowy przyszedł mi pewien fragment.

Lubię słuchać ciszy przyrody,
Choć nie jest to bezdźwięk, martwota, 
Lecz najsubtelniejsze granie.*

Więc wytężałem swój słuch, chcąc uchwycić te najdrobniejsze drgania istot żywych. Wydaje się, że nie ma ciszy absolutnej, nawet kosmos do nas szepcze strumieniem fal radiowych, nawet skałami we wnętrzu ziemi targają drobne wibracje. Dźwięk wywodzi się z ruchu, a przecież wszystko wokół nas się porusza, choćby najmniejsze cząsteczki, z których zbudowana jest cała rzeczywistość.
Nagle telefon rozrywa to wszystko swymi wibracjami. To Ewa. Znów wpełzłem do jej marzeń i ponownie ona wykryła w swej głowie ten subtelny ruch mych przemęczonych nóg.
Dzwoni do mnie, a ja nie wiem jak mam jej wytłumaczyć, że nasza miłość wobec tych wszystkich problemów wydaje się nic nie znaczyć?
 - Gdzie jesteś? - Pyta jakby niechętnie.
 - Jakoś niedaleko. - Odpowiadam i rozglądam się szukając pośród pola wrzosów tabliczki z nazwą ulicy.
 - Czekam.
Rozłączyła się. Nasze rozmowy telefoniczne, nie wiedzieć czemu, stały się takie automatyczne, zaprogramowane na omawianie konkretnych zagadnień przy użyciu najprostszych słów, jakby na większą wylewność brakowało czasu, a przecież i tak każdego dnia trwonimy go nieustannie. Albo rozmowy przez internet, które zastąpiły konwencjonalne spotkania twarzą w twarz. Czy to kolejny objaw uciekania od problemów w alternatywny świat? A może rozleniwiliśmy się do tego stopnia, że nie potrafimy już wysłać do siebie zwyczajnego listu z zapytaniem o termin spotkania i nie możemy wyczekać tych kilku dni potrzebnych na dotarcie odpowiedzi?

Gdzieś daleko za oknem, w głębi betonowego osiedla, udało mi się usłyszeć skrawki muzyki. Musiałem się skupić by móc ocenić jej wartość, która okazała się znikoma. Zwykły klubowy łomot, kolejny przejaw uwsteczniania się społeczeństwa.
Usłyszałem jak straciła równowagę podczas wychodzenia z wanny i instynktownie złapała się umywalki. Jestem bezczelny, podsłuchuje ludzi by choć przez chwile poznać ich od tej intymnej strony, którą ukrywają przed wszystkimi. Gdy Ewa myje zęby spadają z niej wszystkie maski, gdy jej sąsiad jedzie windą w samotności, nie próbuje być kimś innym, przez krótką chwilę jest naprawdę sobą. Ten krótki moment wytchnienia wciągu całego dnia, gdy jesteśmy zupełnie wolni to jest coś co naprawdę mnie intryguje.
Zanurzając twarz w wilgotne włosy Ewy poczułem beztroskę napływającą mi do oczu. Wszystko rozmyło się w błogim spokoju. Ludzie z pod pałacu, frustraci, których gniew pcha do czynów radykalnych, przestali mnie obchodzić, tak samo jak różnice między pokoleniami. Wyrzuciłem z głowy filozoficzne pytania o każdy, nawet najdrobniejszy, szczegół mojego życia, zapomniałem o nurtujących mnie sprawach i problemach. Wreszcie zrezygnowałem z wypatrywania kierunku, który obrała nasza cywilizacja. Po prostu przestało mi na tym wszystkim zależeć. Wobec wilgotnego zapachu jej włosów, wszystko inne natychmiast wydało się fraszką.

* Fragment wiersza Jerzego Majera

czwartek, 8 września 2011

*


Trzy następne posty oznaczone[*,**,***,] to spore fragmenty czegoś, nad czym pracowałem, przez ostatnie dwa miesiące. Dla spragnionych lektury...

*
W czasach, gdy byłem jeszcze młodym, naiwnym romantykiem, studiującym pozbawiony jakiejkolwiek przyszłości kierunek, sądziłem, że miłość może zaistnieć bez względu na okoliczności, przecież wystarczy tylko wola dwojga ludzi. Ile z moich poglądów zweryfikowało życie i późniejsze doświadczenia? Tego nie wiem i nawet nie próbuje się dowiedzieć. Wiem za to, że miałem pewne podstawy na których mogłem oprzeć swoją wiarę, a była nią pewna para ociekająca spełnionym uczuciem. Wszyscy zazdrościli im szczęścia i tego, że wzajemnie się uzupełniają, podtrzymują na duchu w trudnych chwilach i rozumieją własne potrzeby, które nimi rządzą.
On miał na imię Piotr, zbierał w sobie pomysły i kontemplował całe noce nad książką, która, jak zwykł mówić, miała „zamknąć usta tym wszystkim sukinsynom”. Zazwyczaj, gdy wypił dwa lub trzy kieliszki wódki, rozluźniał się i w tym stanie mógł przez godzinę opowiadać o jakiś bzdurach, które wymyślił nieznany nikomu w towarzystwie pisarz czy filozof. Razem z Sandrą podejrzewaliśmy, iż być może on sam wymyśla te brednie, lecz boi się własnych przemyśleń i przypisuje je komuś o nazwisku tak pokręconym, że nikt przy zdrowych zmysłach nie jest wstanie go zapamiętać. Do dziś pamiętam jego szczupłe ramiona i kościstą twarz, a na niej oczy w kolorze miedzi i gniew gotujący się w nich za każdym razem, gdy spoglądał na kogoś gorzej urodzonego niż on sam. Jego ojciec był prezesem jakiegoś dużego przedsiębiorstwa, współczesnym magnatem, jak zwykłem go określać. Wysłał go na najlepsze studia, miał zostać prawnikiem i zarabiać ogromne kwoty minimalnym wkładem pracy.
Maria była zgoła inna. Niska, szczupła, z ciemnymi włosami opadającymi na ramiona i grzywką skrywającą wyłupiaste oczy. Pochodziła ze stosunkowo biednej rodziny, którą utrzymywał ojciec, brygadzista w drukarni czasopism. Obrazy malowała o poranku, twierdząc, że tylko wtedy światło nie drażni jej oczu. Były niebieskie, kryształowo przejrzyste, często podkrążone lub zwyczajnie zmęczone. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy co może się tlić tuż za nimi, jak wielki ciężar spada na nią za każdym razem, gdy zbiera w sobie myśli. W towarzystwie mówiła bardzo nie wiele, więc kontrastowała z zawsze rozgadanym Piotrem, który lubował się w zdzieraniu sobie głosu przy kolejnych dyskusjach i butelkach wódki. Poznaliśmy się w Poznaniu za sprawą naszego wspólnego znajomego Marcina, który podjął studia w Akademii Morskiej w Szczecinie i od tamtego czasu przestał być kimś ważnym w życiu nas obojga. Później ja przedstawiłem jej Tomasza, a ona mi Piotra i Sandrę. W taki sposób, w piątkę, pełni nadziei na niesamowite przeżycia udaliśmy się do jednego z najbardziej wyjątkowych miast w Polsce.
 - Wiesz Michał, czasem ci zazdroszczę. – Stwierdziła pewnego wieczoru, gdy stojąc na balkonie i paląc wspólnie jednego papierosa, obserwowaliśmy zachmurzone niebo.
 - Ty mi zazdrościsz? Niby czego? – Odparłem zaskoczony, lecz ona nie zareagowała na moje zdziwienie, tylko z błogim uśmiechem rozkoszowała się smakiem nikotyny.
 - Jesteśmy tacy sami.
 - Nie wmawiaj sobie. Nie umiem malować.
Roześmiała się. Z czasem przyszła mi do głowy myśl, że chyba tylko ja jestem jeszcze wstanie ją rozbawić. Dawniej bywała niestabilna, jak niebezpieczny izotop ciężkiego pierwiastka, często rozpadała się na drobne części, które potem ktoś musiał pozbierać i poskładać w całość jak drobną mozaikę. Potrafiła rozpłakać się z byle powodu, drobne zauroczenie mogła nazwać miłością by kilka dni później przekuć ją w czystą nienawiść. Początkowo Piotr pozwolił jej przez jakiś czas czuć się spełnioną, nie krępował jej poczynań, zdając sobie sprawę, że jedyne o czym marzyła, to możliwość pozostania sobą za wszelką cenę. Jednak stopniowo jego dominująca natura wzięła nad nim górę i wraz z upływem kolejnych miesięcy Maria stawała się od niego coraz bardziej zależna.
Tak bywa, miłość zniewala i sprawia, że bez ukochanej osoby nasze życie traci sens, a świat kolory, rzeczywistość myli się ze snem, a wszelkie doznania zdają się być fałszywe. Nie potrafiła żyć samotnie, nie dlatego, że we dwoje łatwiej pokonuje się życiowe przeszkody, lecz dlatego, że Piotr zastąpił jej powietrze. Jednak, gdy stopniowo ktoś zabiera ci tlen, zaczynasz popadać w obłęd i desperacje, chcesz wszystko odmienić i odzyskać nim na zawsze zniknie.
Przez bardzo długi okres czasu myślałem, że to idealny wzór związku, jednak wszystko odmieniło się tak nagle, że dziś nie mogę zrozumieć swoich wcześniejszych refleksji. To zaskakujące, że dopiero z perspektywy lat, zdołałem pojąć to co działo się z nią przez cały okres naszej znajomości, to co uchwyciłem mimowolnie i początkowo uznałem za nieistotne, było w rzeczywistości poszlakami prowadzącymi wprost do odkrycia prawdy dręczącej jej myśli.
Póki żyła, była zagadką dla każdego, kogo mijała na brukowanych ulicach Starego Miasta. Miała wielu znajomych i tylko kilku przyjaciół, jednak z nikim nie potrafiła być do końca szczera. W tą noc, gdy stwierdziła, że jesteśmy do siebie podobni, dopowiedziałem sobie, że to czyni z nas najlepszych przyjaciół. Może byłem naiwny myśląc w ten sposób, ale w ostatecznym rozrachunku, sądzę, że miałem racje.
Namalowała w swoim życiu kilkadziesiąt obrazów, w tym jeden, jak sądzę, dla mnie. Nazwała go „Szelest”. Przedstawiał szarą, niewyraźną postać stojącą w tłumie ludzi uciekających przed deszczem. Wszystko było w ruchu, prócz mnie, lubującego się w deszczu poety, który kpiąco patrzył na śpieszących się przechodniów. To był bardzo smutny obraz, myślę, że dlatego nigdy mi go nie pokazała.
To nie jest opowieść o Marii, która popełniła samobójstwo, chwilę po wschodzie wrześniowego słońca, ani o Piotrze, który nie miał odwagi przyjść na jej pogrzeb. Nie chciałem też długo rozwodzić się nad swoją krótkowzrocznością i tym, czy miałem sposobność odciągnąć ją od tego zamiaru. Ta historia jest tylko wstępem, który skromnie nakreśla rzeczywistość jaką zastawałem, budząc się każdego dnia w Starym Mieście.

**


Nie łączyło nas wiele. Wszyscy lubili alkohol, w każdej postaci, byleby był wystarczająco dobry by można go było pić w dużych ilościach i nie tracić przy tym zapału do rozmowy. Zgodziliśmy się też co do tego, że interesuje nas wszelka kinematografia, od amerykańskich, ociekających ogromnymi funduszami, superprodukcji, do niskobudżetowych filmów krótkometrażowych, które powstawały w przydomowym garażu albo innym, ustronnym miejscu. Każdy z nas czytał jakąś książkę, o której nikt inny nie miał pojęcia albo znał kilka niesamowitych historii i anegdot, które usłyszał od rodziny lub znajomych.
Często zwykliśmy rozmawiać o literaturze, ale nie będę przytaczał tutaj tych niekończących się dyskusji, które najczęściej toczyły się między Piotrem, a niejakim Marcinem. Chyba właśnie przez to, że tworzyli tak zgraną i oddaną sobie parę, przylgnęło do niego imię Paweł. Miał do tego niesamowity talent, mógł godzinami mówić od rzeczy, opowiadać bzdury, czy wręcz kłamać, robić wszystko by zwrócić na siebie uwagę dziewczyn, których w klubie było o połowę więcej niż chłopaków, niestety wszystkie były zajęte lub brzydkie. Jednak dla Pawła nie stanowiło to żadnej przeszkody, a wręcz przeciwnie, gdy rzucało mu się kłody pod nogi, on potrafił całkiem zgrabnie tańczyć na nich i nie połamać sobie przy tym ani jednej kości. Kiedyś, podczas przeciągającej się niemiłosiernie rozmowy o książkach, pokusił się nawet o stwierdzenie, że są one „najbardziej wyszukaną płaszczyzną porozumienia intelektualnego”. Nie byłem pewny, czy rozumiał sens własnych słów, czy może rzucał ich skomplikowaną wiązanką by ukazać nam, niewątpliwie na co dzień głęboko skrywaną, elokwencje. Z całego klubu lubił go tylko Piotr, reszta starała się znosić coraz bardziej irytujący język i przesadną, często niewłaściwą dociekliwość, która najczęściej uwydatniała się w rozmowach z dziewczynami.
 - On chyba przychodzi tu tylko po to by z nim pogadać.
Spostrzeżenie Sandry utkwiło mi w głowie jako zdanie podsumowujące moje myśli i obserwacje. Cieszę się, że wtedy wolałem usiąść z boku, tuż przy głośnikach i delektować się wibracjami zadymionego powietrza, niż wdawać się w spory o niczym, wywoływać kłótnie i czerpać z tego chorą satysfakcję.
Tak jak mówiłem, nie łączyło nas wiele, jednak komuś wcale to nie przeszkadzało, a nawet stanowiło swego rodzaju zachętę do działania. Mój przyjaciel Tomasz, określający siebie „skrzywionym poetą z przygaszonym zapałem” miał talent. Niestety, zawiódł się, gdy dowiedział się, że nie chodzi mi wcale o to jak zgrabnym językiem posługuje się w swojej namiastce twórczości, a raczej o zdolności zjednywania sobie ludzi o najróżniejszych charakterach.
Pamiętam dzień, gdy poinformował mnie o swoich planach..
 - Czytałeś Grę w klasy?
 - To pytanie retoryczne? – Odparłem zaskoczony. Myślałem, że ma ochotę pożartować z mej wrodzonej niechęci do lektur, jednak on rozwiał moje wątpliwości.
 - Pytam poważnie. Słuchaj mam pomysł. Chcę skrzyknąć kilka osób, wiesz znajomych, na takie wieczorki przy winie i dobrej muzyce.
 - Rozumiem. Idea dobra, tylko jak znam życie, w naszym wykonaniu okaże się totalnym niewypałem.
 - No tak, zapomniałem, że rozmawiam z największym optymistą w całym tym pierdolonym mieście. Tak czy siak, Sandra jest chętna, już z nią o tym rozmawiałem, przyjdź do mnie w piątek.
 - Sandra? – Postawił mnie pod ścianą. Dobrze wiedział, że wciąż chodziła mi po głowie. Po dłuższej chwili wahania, postanowiłem mu ulec. – Niech ci będzie. Przyjdę.
Mój przyjaciel Tomasz. Niewielu ludzi mogę w ten sposób tytułować bo tylko garstka szaleńców ma odwagę zadawać się ze mną dłużej niż kilka chwil. Co sprawiało, że Tomasz miał chęć przebywać z kimś takim jak ja, pić wódkę i czytać moje wiersze? Podejrzewam, że zrozumiał, iż potrzebny jest mu pewien wzór do którego mógłby dążyć i sądził, że ja wskażę mu tą właściwą osobę. Oczywiście z początku myślałem w sposób egoistyczny i wmawiałem mu, że powinien wzorować się na mnie. Dopiero po wielu latach obaj poszliśmy po rozum do głowy, potrzeba było czasu i wielu ciężki chwil by pojąć, że tak naprawdę tu nie chodzi o naśladowanie kogokolwiek, lecz o walkę z samym sobą, przezwyciężanie słabości własnej duszy i ciała oraz zręczne omijanie ludzi pragnących wykorzystać twoją dobrą wolę.
Tomasz mieszkał na poddaszu kamienicy przy ulicy Karmelickiej. Miał do dyspozycji całe mieszkanie, które wcześniej należało do jego ciotki, czy też babci, choć w niektórych wersjach historii o pochodzeniu jego lokum pojawiała się też kuzynka matki. W każdym bądź razie oglądałem je zaraz po tym jak się tam wprowadził i dobrze pamiętam ten duży, niezagospodarowany pokój, w którym trzymał kilka stosów książek, rower i stertę gratów, której nie byłem wstanie bliżej zidentyfikować. Drzwi prowadzące do niego były stare, wielokrotnie malowane, do tego stopnia, że ich biały kolor łuszczył się niemiłosiernie. Podłoga z drewna przywodziła mi na myśl sterty palet jakie widywałem w firmie mojego ojca. Pogryziona przez korniki, była zapewne ich rajem, dopóki następny właściciel nie postawił położyć nowego parkietu. Tomasz opróżnił pokój, nieestetyczne podłoże zamaskował starym dywanem i kilkoma kocami, rozłożył też poduszki, także, gdy wszedłem tam po raz drugi w swoim życiu byłem mile zaskoczony. Na ścianach wisiało kilkanaście plakatów z różnych filmów, które dostał od Eweliny pracującej w kinie, okno przesłaniały firanki założone, ledwie chwile wcześniej, przez Aleksandrę. Jedynie słabo żarząca się żarówka, wisząca na przykrótkim kablu pozostała bez zmian.
 - A te stare drzwi pomaluje Maria, już mi obiecała. – Wskazał mi kawał starej deski osadzony na dwóch zardzewiałych zawiasach.
 - Maria?
 - Tak, powinni zaraz być.
Nasze pierwsze spotkanie było raczej śmieszne. Nie udało nam się wnieść telewizora do pokoju, więc postanowiliśmy usiąść i przy pomocy odrobiny wódki, poznać się trochę bliżej. Oczywiście skończyliśmy nad ranem, a ja pierwszy raz od wielu miesięcy obudziłem się w nie swoim łóżku i byłem tym faktem mocno zdruzgotany.
 - Jestem Aleksandra, miło mi was poznać. – Rzekła zielonooka Aleksandra. Nigdy Ola. Broń boże! Jeśli ktokolwiek nazwał by ją inaczej, to prawdopodobnie zabiłaby go bez najmniejszego zahamowania. Zresztą, brak oporów był jej cechą charakterystyczną, kochała się w muzyce i niejednym chłopcu. Chutliwość Aleks, podobnie jak czarujące spojrzenie i smukłe nogi, odbierała zmysły Pawłowi i niezliczonym zastępom jemu podobnych, niewyżytych studentów, którzy szukali łatwych okazji i kilkuminutowej namiętności.
 - Marta. Na zdrowie! – Przedstawiła się donośnym i radosnym głosem, dziewczyna z Nikonem uwieszonym na szyi, przytykając przy tym kieliszek do ust.
Sandra stwierdziła kiedyś, że zdjęcia Marty wyglądają lepiej od niej samej. Miała w tym sporo racji. Pochodziła z Lubelszczyzny, cechowała się dość pulchną twarzą i kręconymi, rzadkimi włosami w kolorze przeciętnego brązu. Fotografia pasjonowała ją do tego stopnia, że planowała podjąć specjalistyczne studia w tej dziedzinie, jednak w chwili, gdy wstąpiła do klubu los umieścił ją na wydziale prawa.
W gronie klubowiczów znalazła się też rudowłosa dziewczyna o imieniu Malwina. Co jest dość oczywiste, szybko przylgnęło do niej przezwisko Ruda. Rysowała piękne portrety i studiowała zarządzanie, jednak okłamała nas wszystkich, mówiąc, że uczęszcza na grafikę. Wtedy nikogo jakoś specjalnie nie obchodziła ta kwestia, dopiero przypadkowo poznana dziewczyna z grafiki zaprzeczyła jakoby znała Malwinę, ale było to już wiele miesięcy po tym, jak nasz klub przestał istnieć.
Ruda nie była brzydka, a raczej zamknięta w sobie, czasem wręcz odpychała od siebie innych przez co mało kto zwracał na nią uwagę. Mówiła niewiele, jeśli komukolwiek udało się wyciągnąć z niej choćby kilka zdań odnoszących się do pogody, można było uznać to za spory sukces i śmiało wpisywać do życiorysu złotą czcionką. Często spoglądałem na nią, jakby próbując swym ciekawskim wzrokiem przeniknąć jej sine powieki i odgadnąć myśli tłamszone od lat, piętrzące się na krawędzi rzęs, gdzie pozostawały w nieustannej gotowości do zamiany w gęste łzy. Każdy to odczuwał i poniekąd bał się tego, że była taka nieobecna, ciągle gdzieś zapatrzona. Bardzo rzadko widywałem ją w trakcie rysowania, jednak wiele mówiono mi o jej talencie, którego niewielką próbkę mogłem zobaczyć pewnego grudniowego wieczoru w klubie, gdy zostawiła na widoku swój szkicownik. Z początku nie zdałem sobie sprawy kogo lub co przestawiają szkice wykonane z wręcz mechaniczną precyzją. Jednak, wraz z kolejnymi stronami, odkryłem prawdę, która zaskoczyła mnie do tego stopnia, że prawie upuściłem jej notes. Z niespotykaną namiętnością i wytrwałością szkicowała moją twarz, oczy, kilkakrotnie starała się uchwycić ułożenie każdego kosmyka na moim czole. Odłożyłem jej zeszyt wstrząśnięty i zmieszany bardziej niż drink agenta wywiadu jej królewskiej mości. Postanowiłem, że nie odezwę się do niej pierwszy, jeśli naprawdę coś do mnie czuje, sama musi się przełamać i odnaleźć w sobie tą odwagę. Od tamtego momentu postrzegałem ją jako dziwaczkę, która od czasu do czasu wykazywała się jakimiś rozsądnymi poglądami i specjalnie nie przejmowałem się tym co ona może sobie myśleć o mnie i Sandrze.
 - Tu jest tak niesamowicie. Zawsze chciałam mieć poddasze, taki stary strych, gdzie mogłabym skryć się razem ze znajomymi i kontemplować nad życiem.
Tak, to słowa Sandry. Łatwo to zauważyć, bo jak dotąd, żaden z bohaterów nie wygłosił tak długiej i złożonej wypowiedzi jak ona, poza tym, na każdym kroku akcentowałem jej zdanie na temat konkretnej osoby. To ważne, gdyż łóżko w którym obudziłem się następnego ranka należało właśnie do niej.
 - Nie, tylko nie ty. – Westchnęła przybita faktem, że moja spustoszona przez alkohol twarz była pierwszym obrazem zarejestrowanym przez jej leniwe, ciemnoniebieskie oczy.
 - Też się cieszę, że cię widzę.
 - Czy my…? – Odchyliła niepewnie kołdrę.
 - Na to wygląda.
 - Ech… - Przeciągnęła się, drgnęła i z wyraźną rozpaczą spojrzała na sufit. – Cholera, teraz to już się nie będziesz chciał odczepić.
 - Taka moja czepialska natura. Ale z tego co pamiętam to ty sama mnie tu zaciągałaś.
 - O! I teraz mi wytłumacz. – Obróciła się na bok, zwracając ku mnie swoją bladą twarz. Pod swój gładki policzek podłożyła lewą dłoń i zaczęła penetrować moje myśli przenikliwym wzrokiem.  – Nie znam żadnego faceta, który miałby opory przed zostaniem na noc u dziewczyny, która mu się podoba. Co cię powstrzymywało?
Nie odpowiedziałem jej od razu, lecz z uśmiechem przyglądałem się jak ciekawość powoli zjada jej ciało. Poruszyła się kilka razy, pomyślałem, że może jej być niewygodnie, więc przesunąłem się na sam skraj łóżka.
 - Może mi się nie podobasz?
 - Żartujesz sobie? Chcesz z tą wylecieć na samych gaciach? – Sandra szturchnęła mnie swoją prawą ręką chcąc w ten sposób żartobliwie mnie skarcić, nie sądziła jednak, że ma w sobie dość siły by zachwiać moją równowagę i zepchnąć mnie z łóżka. Gdy upadłem z hukiem na podłogę, zerwała się nagle by sprawdzić czy nic mi się nie stało. Sekundę później oboje śmialiśmy się, aż rozbolały nas głowy, brzuchy i bóg wie co jeszcze.
 - Jesteś niemożliwy! Głupku, a jakbyś sobie coś złamał? – Stwierdziła, gdy udało się jej opanować śmiech.
 - Mój lekarz zdążył się już do tego przyzwyczaić. – Wstałem z podłogi i dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę, że jestem nagi. Sandra uśmiechnęła się szeroko i odwróciła głowę, lecz nadal spoglądała na mnie kątem oka.
 - Dalej pozbieraj się i wracaj do łóżka idziemy spać. W ogóle, która jest godzina?
Musiałem dwukrotnie upewniać się czy dobrze odczytałem godzinę, gdyż ból napierający na moje skronie nie pozwalał mi się skoncentrować.
 - Po jedenastej jest. – Odłożyłem telefon i wróciłem do łóżka. Po chwili, gdy ułożyliśmy się wygodnie tuż obok siebie, spytałem porażony. - Dziś sobota nie?
 - Tak mi się wydaje. No chyba nie spaliśmy dwa dni, co? Bo ja nie wiem co wtedy zrobimy…
 - To wtedy wpierdolę Tomkowi za lipną wódkę.
Uśmiechnęła się i spojrzała na mnie. Po chwili pocałowała delikatnie moje usta. Pierwszy raz we własnych myślach zaobserwowałem dziwne uczucie, podobne do niedowierzania lub niepewności co do tego co rzeczywiste, a co wyśnione w oparach tanich alkoholi i drogich papierosów. Przypomniałem sobie swoje myśli z przed kilku godzin, gdy próbowałem powstrzymać rozwój wypadków toczący się w jednym, konkretnym kierunku. Ostrzegałem sam siebie, że jeśli dojdzie do tego, do czego doszło, nie będę potrafił wyrwać się z jej sideł, że znów popełnię ten sam błąd, prowadzący do nieuchronnego kalectwa mych emocji. I jak zwykle, miałem racje, jednak zabrakło mi odwagi by od razu przyznać się do tego przed samym sobą.
 - Dlaczego to zrobiłaś?
Jej twarz ułożyła się w grymas sugerujący słodką niewiedzę, charakterystyczną dla ludzi odurzonych jakimś narkotykiem, najczęściej miłością.
 - Po prostu to zrobiłam. Nie mogę? Dziewczyny też mają potrzeby.
 - Jeśli uważasz, że całowanie moich ust to przyjemność to proszę bardzo, czyń to dowolną ilość razy.
 - Mój boże! – Złapała się za głowę, uśmiechnęła się i spojrzała ponownie na sufit. – Ja myślałam, że ty mówisz o tym co zaszło w nocy.
 - Tej, po pijaku się nie liczy, nie pamiętasz?
 - Rzeczywiście… - Spoważniała na chwilę i przygryzła dolną wargę. Od razu zdałem sobie sprawę, że coś knuje, że w jej głowie rodzi się jakiś nikczemny plan. Wreszcie spytała podejrzliwie. – Jesteś trzeźwy?
 - Łeb mnie boli jak cholera, więc chyba tak, ale co to ma do rzeczy?
 - Ja też jestem trzeźwa…
 - O nie! Nie! – Nagle mnie olśniło. – Nie mam siły.
 - Ty tu nie masz nic do gadania!
No i rzeczywiście nie miałem już więcej sposobności do prowadzenia rozmowy, gdyż moje usta zostały zakneblowane jej językiem, czy raczej najbardziej zwinnym i nienasyconym mięśniem z jakim miałem do czynienia w cały swoim życiu.
 - Przespałeś się z Sandrą? – Tym pytaniem Tomasz zastąpił zwyczajowy zwrot grzecznościowy, którego używa się na powitanie w tej części Europy. Nie chciałem odpowiadać mu wprost, więc wzruszyłem ramionami.
 - Co? Nie wiesz czy się z nią przespałeś? Stary, aż tak źle z tobą nie było.
 - Za to ty nieźle się wstawiłeś.
 - Ja byłem trzeźwy. – Zaparł się niczym święty Piotr przepytywany przez rzymskich strażników.
 - Tomek, Aleks cię mało nie zabiła, bo powiedziałeś jej cytuję „droga Olu dlaczego masz pusty kieliszek”. Już nie wspomnę o tym, że ona wcześniej chyba z trzy razy rzygała.
 - No dobra. Może wypiłem ciut za dużo.
Nie chciałem go dołować obrazem morza wódki, które wlał w siebie i drugiego, głębszego akwenu, na który składał się alkohol wlany w pozostałych klubowiczów pod jego przymusem, więc po prostu zamilkłem.

***

Nie miałem pojęcia jak potoczą się kolejne spotkania naszego klubu. Nie wymyśliliśmy sobie nazwy, nie wytoczyliśmy sobie celów, zwyczajnie upiliśmy się i umówiliśmy, że za tydzień widzimy się ponownie. Ku mojemu zaskoczeniu wszyscy stawili się na następnym spotkaniu. Tomasz zatroszczył się o nowe atrakcje. Przed tygodniem nie  zdołaliśmy wnieść do pokoju telewizora, więc zastąpił go zestaw grający składający się z odtwarzacza CD i kilku dużych głośników. Stwierdziłem, że nie powinniśmy upijać się wódką, więc razem z Sandrą przyniosłem kilka butelek wina, a Piotr z Marią zabrali ze sobą fajkę wodną.
 - Wiecie, że szisza jest bardziej szkodliwa niż papieros? – Stwierdził Piotr i zaciągnął się. Węgielek leżący na szczycie fajki rozżarzył się do czerwoności.
 - Serio? Nie wiedziałam.
 - Dlatego jestem zdania, że powinniśmy ją nabić trawką. – Powiedziałem, jednocześnie przeglądając stos płyt. Chciałem wybrać coś spokojnego i melancholijnego. Piotr wypuścił z płuc dym i spytał.
 - A skąd ja ci wezmę tyle trawki?
 - Mało mamy znajomych? Korneliusz by coś miał na pewno. Tomek czy ty masz jakąś spokojną muzykę tutaj? Bo ja widzę sam heavy metal.
 - Puść Slayera. – Rzuciła uradowana Sandra, podczołgała się do mnie i chwyciła płytę, którą trzymałem w dłoni.
 - Nie mam mowy, chcę się odprężyć, a nie wkurwić. Będę musiał przynieść jakieś swoje płyty.
 - Tomek, czemu nie ma z nami Korneliusza? – Spytał Piotr i podał fajkę Marii.
 - Proponowałem mu spotkanie, ale nie chciał przyjść.
Nagle zadzwonił domofon. Tomasz zerwał się na równe nogi i pobiegł w stronę drzwi.
 - O, to pewnie Aleks. – Ucieszyła się Maria i podała fajkę Rudej.
Dziewczyna weszła do mieszkania, szybko zawiesiła kurtkę na wieszaku i usiadła obok Pawła, poprawiając mu tym samym humor. Nie przypuszczałem, że po zeszłotygodniowym „wieczorze powitalnym” miała jeszcze ochotę się z nami zadawać, jednak Tomasz jakimś cudem nakłonił ją na kolejną wizytę.
 - Tramwaj mi uciekł, przepraszam was.
 - Życie jest jak tramwaj. – Rzuciłem w próżnie pierwszą myśl jaka przyszła mi do głowy i włożyłem płytę do odtwarzacza. Muzyka zaczęła płynąć z głośników.
 - Życie to surfing. – Marta szybko podchwyciła moją myśl, odbierając jednocześnie fajkę z rąk Rudej.
 - Życie wpędza nas do grobu. – Odpowiedziałem jej, jednocześnie opierając się o ścianę tuż przy głośniku. Od tamtego momentu bardzo często lubiłem tam siadać i mieć przy sobie rosnący stos płyt. Wtedy też naprawdę poczułem, jakbyśmy odtwarzali obraz zawarty w książce Cortázara, zaczęliśmy układać nasz własny łańcuch skojarzeń, a tydzień wcześniej upiliśmy się tanią wódką. Podobieństwa same rzucały się w oczy.
 - Prawie jak dożywotnia kara śmierci Tuwima. – Zauważyła Sandra, która delikatnie gładziła moją głowę. Bardzo lubiła i ceniła jego twórczość, w przeciwieństwie do Piotra, który ignorował dzieła większości polski pisarzy i poetów. Marta podała fajkę Aleksandrze.
 - To słowa mojej matki.
 - Życie jest zbyt krótkie, aby pisać długie rzeczy. Jakiś Niemiec to powiedział. – Tomasz miał na myśli Alfreda Polgara, dziennikarza rodem z Austrii, żyjącego w pierwszej połowie XX wieku.
 - Życie jest za krótkie, żeby tracić je na dyskusje o życiu. Lepiej je przeżyć. Woody Allen. Przypomniałeś mi to.
Wszyscy zamilkli na chwile. Fajka trafiła w ręce Pawła, a następnie Tomasza. Maria siedziała znużona, obserwowała mnie, a gdy nasze spojrzenia spotkały się, uraczyła mnie swym skromnym uśmiechem i ciepłym wzrokiem. Po chwili ciszę zaburzył Piotr, któremu najwyraźniej coś się przypomniało.
 - Życie zawsze jest takie zjebane, czy tylko wtedy, kiedy jest się dzieciakiem?
 - Czekaj, to było z jakiegoś filmu…
 - Tak. – Rzekła Maria, chcąc w ten sposób oderwać się od mojego spojrzenia. - Leon zawodowiec.
 - Ha. – Tomasz uśmiechnął się zwycięsko. - Tak myślałem… Powinniśmy go obejrzeć.
 - A śmierć? – Spytała nagle Ruda, wprawiając wszystkich w osłupienie.
 - Co śmierć? – Rzekł wytrącony tą zmianą tematu Piotr, a Tomasz dodał z powagą.
 - Kończy życie…
 - Czyni artystę. – Stwierdziłem. Fajka dotarła do mnie, wypełniłem dymem płuca i podałem ją Sandrze.
 - To takie prawdziwe, że aż przykre.
 - Wiem Mario.
 - Co to za muzyka? – Maria starała się podtrzymać rozmowę, która za chwilę miała i tak przeistoczyć się w dialog Piotra z Marcinem, zwanego już przez nas Pawłem.
 - Lao Che. – Wyręczyła mnie Sandra, błogo opadła na moje ramie upojona dymem.
 - Zaraz będzie fajny moment, który na pewno wam się spodoba. – Przypomniałem sobie słowa piosenki i zrobiłem głośniej. Wszyscy czekali w napięciu, aż Spięty spyta na początku utworu Pawełku jak często się odurzasz?
 - No więc, Pawełku?
Przyciszyłem muzykę by umożliwić rozmowę. Pytany przez chwile zbierał się w sobie by udzielić odpowiedzi, wypił głębszy łyk wina i powiedział.
 - To chyba oczywiste.
 - Wcale nie. Może tylko udajesz, że lubisz pić? – Piotr obrócił się i chwycił butelkę wina by ponownie napełnić swój kubek. Nie mieliśmy odpowiednich kieliszków, więc każdy pił w tym co Tomaszowi udało się znaleźć w szafce.
 - Dlaczego miałbym udawać, że lubię coś robić? – Paweł podsunął mu swoją szklankę. -  Nie widzę w tym sensu.
 - Niektórzy widzą w tym sens… - Powiedziałem, a Piotr odwrócił się w moją stronę sugerując, że mi też przydałaby się dolewka. Wyciągnąłem w jego stronę swój kubek.
 - Kto na przykład?
 - Korneliusz. Jemu chodzi o Kornela, prawda?
 - Tak. – Zgodziłem się z Marią. - Ale szkoda o tym dupku gadać. – Napiłem się, a Sandra dyskretnie musnęła moją dłoń. Uśmiechnąłem się do niej, a ona odwzajemniła uśmiech.
Przestraszyłem się. Miałem serdecznie dosyć miłości, taki układ mi odpowiadał, przyjemność i umiarkowana dawka szczęścia, którą czerpałem z życia, z każdej chwili, wystarczała mi w zupełności. Nie potrzebowałem uczucia, które niewątpliwie lęgło się w niej wraz z moimi uśmiechami i pocałunkami. Przestraszyłem się i postanowiłem, że muszę coś z tym zrobić, jednak, gdy wypiłem jeszcze trochę wina i kilkakrotnie wzburzyłem wodę w fajce, stwierdziłem, że mogę z tym poczekać do poniedziałku.
Reszta spotkania upłynęła pod znakiem dialogu Piotra z Pawłem dotyczącego zalet upijania się i twórczości tworzonej pod wpływem różnych środków.
 - Tak, już to widzę. Wystawa w galerii, powiedzmy, twoich obrazów. Podchodzi grupka miłośników sztuki i jeden z nich mówi, coś w stylu, widzę tu duży wpływ jakiegoś tam malarza, a wtedy pojawiasz się ty i mówisz, a gdzie tam, malowałem po dwóch setkach wódki, jeszcze obrzygałem płótno, o tutaj. I pokazujesz mu kant obrazu, gdzie szmatą roztarłeś farbę i wymiociny. I ktoś przyjdzie i powie, że to nowoczesna sztuka.
 - Przejebane. – Ruda podsumowała moją długą, pijacką wypowiedź, która była wynikiem rozdrażnienia nowoczesnymi prądami w sztuce. – Tworzyć tylko po to by być niezrozumianym.
Atmosfera zaczęła się rozluźniać. Tomek z Aleksandrą usiedli z boku i rozmawiali o czymś, co najwyraźniej ich bawiło. Mój przyjaciel od zawsze umiał obchodzić się z kobietami i zdobywać ich serca, jak się okazuje nawet tych najbardziej mu nieprzychylnych. Nie chciał mi zdradzić co zaszło między nimi, gdy już wszyscy wyszli, ale jestem pewien, że wylądowali wtedy w łóżku.
Maria rozmawiała z Rudą i Martą, które nie chciały przysłuchiwać się pijackiemu dialogowi Piotra i Pawła. Ja, wsłuchany w dźwięki kolejnych płyt Lao Che, z butelką wina przy ustach, rozmyślałem o tym jak utrwalić tą chwilę w słowach i jak opisać drobne ciało Sandry wtulone w mój bok
 - Chodź ze mną. – Poprosiła Maria pokazując mi ukradkiem paczkę papierosów. Wstałem powoli odkładając Sandrę na podłogę. Nie obudziła się.
 - Zawsze miała słabą głowę. – Stwierdziła, gdy weszliśmy na balkon przez pokój Tomasza.
 - Wstała dziś o piątej rano. – Podsunęła mi papierosy, wziąłem jednego i odpaliłem. - Miała pociąg z Poznania.
 - Rozumiem. – Maria oparła się o poręcz i zaczęła spoglądać w dół, na ulicę. – Dobrze wam się układa?
 - A co tu dużo mówić, dogadujemy się jakoś, co raczej rzuca się w oczy.
 - No rzuca, rzuca…
 - A Piotrek znalazł sobie chyba dobrego partnera do rozmów.
 - Weź mi nic nie mów.
 - Wkurwił cię?
 - Nie. – Skłamała, skrywając nieprawdę pod uśmiechem. - Wszystko jest w porządku.
 - Brzmi jak sarkazm.
 - Ale to prawda. Nic się nie stało. – Straciłem chęci do wyciągania z niej informacji i postanowiłem dać jej spokój.
 - Dobrze, zaufam ci. Tak robią przyjaciele, prawda?
 - Prawda.
Zza drzwi balkonowych wychyliła się Marta i rzekła.
 - My z Malwiną już spadamy, do zobaczenia.
 - Trzymajcie się. – Odpowiedziałem jej, a Maria pożegnała je uśmiechem, jakby nie mogąc już znaleźć sił na rozmowę.
Wróciliśmy do pokoju. Usiadłem obok Sandry i zacząłem zastanawiać się nad zmianą muzyki, wtedy zwrócił się do mnie Piotr, który nagle przypomniał sobie, że w pokoju siedzi ktoś jeszcze prócz niego i Pawła.
 - Pijesz wódkę z nami?
 - Nie stary, nie mieszam.
 - No w porządku.
Sandry nie pytał, spała nadal jak zabita. Maria odmówiła, mówiąc, że więcej alkoholu już w siebie nie wleje, a gdy chłopcy wyszli do sklepu, stwierdziła, że wraca do domu. Nie zatrzymywałem jej, ani nie obawiałem się o jej powrót, gdyż mieszkała z Piotrem dwie ulice dalej.
 - Jestem zmęczona. Wybaczcie.
 - Spoko. – Tomasz pożegnał ją i zrelaksowany wrócił do Aleksandry. – Jeszcze wina moja droga?
 - Poproszę.
Oczy same mi się zamykały, postanowiłem, że położę się z Sandrą w salonie, na co Tomek radośnie się zgodził.
Później, już wpół przytomny słyszałem rozmowę Pawła i Piotra, wracających ze sklepu. Dywagowali na temat kobiet, ale nie zdołałem zarejestrować poszczególnych zdań, usłyszałem tylko kilka imion.

 - Jednak spałem tutaj. Cudownie. – Stwierdził pół przytomny Paweł, gdy obudziłem go rano chcąc dowiedzieć się gdzie zniknął Tomek. Leżał na podłodze w klubie, przykryty kurtką, w otoczeniu pustych butelek po winie. Nie wiedział, gdzie jest gospodarz i ogólnie mało co pamiętał z imprezy. Gdy już rozczarował mnie stopniem swej niewiedzy, postanowił przewrócić się na drugi bok i spać dalej jakby nic się nie działo.
 - Pewnie poszedł do sklepu. – Usiadłem obok Sandry i przetarłem dłonią twarz.
 - Czekamy na niego?
 - Nie ma po co. Chodź, odprowadzę cię.
 - A może ja odprowadzę ciebie?
Wstała i wyciągnęła do mnie rękę. Chwyciłem ją i wyszliśmy na brukowane, pachnące deszczem, ulice Starego Miasta.
W tamtym czasie wynajmowałem pokój na Żeglarskiej u pewnej miłej, starszej pani, która uważała, że bardzo przypominam jej wnuka, znanego adwokata. Nie bardzo interesowały mnie długie wywody nad ewentualnymi podobieństwami, ale musiałem ich wysłuchiwać by staruszce nie zrobiło się smutno i żeby nie podwyższyła mi czynszu do przesadnej cenny. Uważała mnie za miłego, młodego człowieka i chyba dzięki temu, że robiłem dobre wrażenie i zawsze byłem dla niej sympatyczny, przymykała oko na Sandrę nocującą sporadycznie w moim łóżku.
Mam szczęście do ludzi, dobieram sobie dobrych znajomych i umiem rozmawiać z każdym, nie zależnie od tego jaki poziom sobą reprezentuje. Zapewne ten drobny talent przyczynił się do tego, że przetrwałem na swych wymarzonych studiach w Starym Mieście i nie byłem zmuszony porzucać ich jak setka moich, mniej zdecydowanych, kolegów. Gdybym nie umiał wykorzystać kontaktów jakie udało mi się nawiązać z przypadkowo poznanymi osobami, pewnie nigdy nie zaproponowano by mi ciekawej pracy, która pozwoliłaby na odrobinę niezależności finansowej od ojca. Choć nie byłem tak komunikatywny i przekonujący jak Tomasz, potrafiłem zjednać sobie innych i chyba właśnie to miało znaczący wpływ na moje życie towarzyskie.
Nie kochaliśmy się długo. Sandra szybko opadła z sił, więc postanowiliśmy poleżeć na łóżku w bezruchu i pooddychać zimnym, październikowym powietrzem. Lada chwila miał spaść śnieg, więc uchyliłem okna w swoim pokoju by wpuścić do niego resztki jesiennej pogody.
 - Czuję jak coś szumi mi w głowie. – Leżała półnaga, przeciągając się raz po raz leniwie i wzdychając bezsilnie. Spoglądała na mnie. Stałem do niej bokiem, oparty o ścianę i patrzyłem przez okno na ludzi skoncentrowanych w obrębie przystanku autobusowego.
 - To topole za oknem. I rzeka.
 - Kocham twoje łóżko, jego cudowny zapach i ten szum rzeki za oknem. Kocham cię.
Końcówki moich palców zdrętwiały, potarłem je, tłumacząc sobie, że to od zimna wtaczającego się przez szparę w oknie. Dopiero po chwili dotarło do mnie co usłyszałem i odwróciłem się by na nią spojrzeć. Miała przymknięte powieki, wydawało się, że zasnęła, więc powiedziałem szeptem.
 - Nie wmawiaj sobie.
 - Zamknij okno. – Odwróciła się do mnie plecami. Pomyślałem, że rozczarowałem ją swoją odpowiedzią, ale jednocześnie byłem dumny z tego, że nie próbowałem jej oszukać. - Zimno mi.
Zamknąłem okno i położyłem się obok niej. Przysunęła się do mnie delikatnie, a ja okryłem nas kołdrą
 - Ja ciebie też. – Pocałowałem ją w ucho, a ona obdarowała mnie łagodnym uśmiechem, który uśmierzyłby nawet największy ból.