" – Ja się tu chyba powieszę – pomyślał. Nie wpadło mu do głowy, że wobec braku ciążenia nawet takie wyjście nie jest możliwe..."



środa, 26 października 2011

Mam wątpliwość

Mam dostatecznie dużo lat by wiedzieć, że nic w moim życiu nie będzie stateczne i, że przed niektórymi rzeczami, wydarzeniami czy ludźmi, zwyczajnie nigdy nie ucieknę. Dlatego postanowiłem zmierzyć się z losem, który umiejscowił mnie na Krakowskim Przedmieściu w dniu kolejnej manifestacji zwolenników krzyża czy raczej, jak określa ich delikatnym mianem mój przyjaciel, "bandy niezadowolonych oszołomów".
W telewizji to miejsce wydaje się bardziej przestronne, w rzeczywistości to stosunkowo wąska uliczka, która powiększa się nieznacznie o mały plac przed Ministerstwem Kultury. Dziś pełno tu protestujących ludzi, którzy, w większości, są starsi od moich rodziców. Nie czuje się dobrze, co nie jest niczym dziwnym, skoro wszyscy patrzą na mnie z wyraźną dezaprobatą, jakby chcąc wybadać tymi spojrzeniami czy popieram ich czy potępiam. Może przeszkadza im moja koszulka z Che? Czy to oznaka moich poglądów politycznych czy tylko symbol głupoty współczesnej mody panującej wśród młodzieży? Ciężko zgadnąć skoro stoję sam pod ścianą narożnej kamienicy i tylko obserwuje sfrustrowanych staruszków.
Jestem młody i ludzie jakby specjalnie piętnując ten fakt, chcą bym dążył do ugody z ich systemem wartości, który jest starszy, więc powinien nadal pozostawać w użytku. Szanuje wartości innych, ale chce też wypracowywać je własnoręcznie w oparciu o indywidualne doświadczenie jakie zdobędę w trakcie całego życia.
Ile razy słyszałem, że moje pokolenie niszczy wszystkie wartości, że starsi ludzie boją się o nas i o to w jakim świecie przyjdzie nam żyć. Ja odpowiadam sobie w duchu, że przez całą tą nienawiść przelewaną na co dzień, ciągłość naszej egzystencji nie jest niczym pewnym. Właściwie mam to gdzieś, jak każdy z moich znajomych. Gdy masz dwadzieścia lat, czasem mniej, nie zadręczasz się wielkim sprawami, nie przytłacza cię stres, a w najlepszych wypadkach nie dopada cię nawet głód. W czasach, w których przyszło mi żyć, nie stronię od ironii, subtelnie pojawiającej się przed moimi oczami tak jak kolejne, coraz starsze twarze. Jednak nie czynie z niej sposobu na życie, choć logicznym posunięciem byłoby dostosowanie się do reguł wszechobecnie panującego absurdu.

Mam wątpliwość co do sensu wszczynania kolejnych protestów, jeśli nie są traktowane poważnie i nie prowadzą do konkretnych działań. Chyba nie o to chodzi w życiu by obrażać się na wszystkich dookoła i traktować ich jako gorszych od siebie bo nie chcą poprzeć naszych pomysłów i wierzą w inne ideały lub co gorsza w innych bogów. Dowodem na to jak irracjonalne działania podejmują niektórzy ludzie niech będzie ta głośna batalia o krzyż, który jeszcze kilka miesięcy temu stał w tym miejscu i przyciągał uwagę całego kraju. Z początku nas to śmieszyło, poważni ludzie, kłócą się o taki drobiazg i nie mogą dojść do porozumienia, później, zdenerwowani całą farsą, poszliśmy tam razem z innymi, młodymi, zmęczonymi i zażenowanymi ludźmi, pokrzyczeć różne, inne głupoty, chcąc w ten sposób pokazać jak bezsensowną walkę się tam toczy. Nie pomogło, a wręcz pogłębiło to podziały i frustracje ludzi broniących krzyża. Smutno to stwierdzić, ale nasz kraj nie jest już, w przeważającej większości, katolicki.
Cokolwiek złego dzieje się w kraju, cała wina spada na władzę. Jest to dla mnie zrozumiałe, gdyż to na nich ciąży obowiązek opieki nad państwem i oni ponoszą odpowiedzialność za wszelkie niepowodzenia. Jednak nie rozumiem jak ktoś obwiniający o wszystkie nieszczęścia jedną stronę może jednocześnie sugerować, że druga strona poradziłaby sobie lepiej. Tak się składa, że ja przyglądałem się temu rządowi jak i wszystkim poprzednim i jakoś wcale nie widzę by któryś z nich stał wyraźnie na czele, czy wiódł prym wśród innych, jeśli chodzi o poprawianie jakości życia tej szarej materii kłębiącej się pod Pałacem Prezydenckim.
Mam przed sobą prawdziwą galerię postaci tragicznych. Czterdzieści lat w zawodzie, a emerytura porównywalna z moją pierwsza pensją, którą dostawałem pracując cztery godzinny dziennie na poczcie. Aż chce się wrzasnąć na tych którzy do tego dopuścili. Albo kobieta, która od lat mieszka sama, mąż zmarł na zawał bo karetka nie zdążyła dojechać na czas. Jej córka zdała maturę i natychmiast wyjechała za granice teraz odzywa się tylko na święta. Zresztą ma własne problemy, nie jest zadowolona ze swoich zarobków, a na każdym kroku wytyka się jej pochodzenie.
Matka nauczyła mnie wielu ważnych rzeczy. Przede wszystkim nie wolno mi być egoistą, który obdarowuje innych tylko swoją apatią i w tym widzi najlepsze lekarstwo na szarą mgłę spowijającą miasto. Rzeczywiście ostatnio beton kamienic i bloków stał się dla mnie zbyt uciążliwy, a książki czytane w podróży wydają się być zbyt długimi. Wtedy to widzę, jak mój umysł instynktownie broni się i chowa jak żółw do wnętrza czaszki.
Inni mają chyba podobnie, nie jesteśmy pokoleniem odpowiedzi, my już nawet nie zadajemy pytań, chcemy iść przez życie z dala od polityki, waśni i radia Ojca Dyrektora. Wielu uważa taką postawę za dekadencką, czy wręcz zdradziecką bo podczas gdy my, czyli starsze pokolenie pamiętające PRL, walczyliśmy o wolność słowa i demokrację, wy, czyli ich dzieci, chcą to wszystko zostawić samemu sobie, jest im to obojętne czy wręcz wydaje się wstrętne za każdym razem, gdy się z tym stykają. Lista obaw rośnie w nieskończoność.
Poniekąd pojmuje ich tok rozumowania. Widzę to dobrze na własnym przykładzie bo przecież mnie też wadzi degeneracja mojej młodszej siostry i jej koleżanek. Mam wrażenie, że taką cenę musimy zapłacić za wysoki stopień cywilizacyjnego pędu, ale jednocześnie dopada mnie wątpliwość, czy chcę przyczyniać się do takiego obrotu spraw.

Obracam się na pięcie i powoli ruszam w stronę domu. Nie pamiętam kiedy ostatnim razem spacerowałem po centrum. Czy naprawdę minęło, aż tyle czasu, czy po prostu zapomniałem nazw ulic i ich rozkładu? Miasto wydaje się dziwne, jakby skaziła je jakaś tajemnicza choroba, która powoli zmusza mieszkańców do szaleństwa, a ja boję się oszaleć.
Skręcam za Pałacem Potockich w wąską uliczkę. Instynktownie szukam jej nazwy, lecz w miejscu po tabliczce została tylko plama na ścianie kamienicy. Wychodzę tą uliczką z miasta wprost na pole pełne dzikich wrzosów. To miejsce w ogóle nie przypomina Ogrodu Saskiego, to nie jest nawet Warszawa.
Przytłacza mnie ogromna dawka świeżości, która napływała wraz z kolejnymi dniami pogodnej jesienni. Wrzosy są trochę niewyraźne, ich lekko brudny kolor, ciągnie się wśród resztek zielonej trawy na przestrzeni wielu setek metrów, aż po horyzont, który stanowi linia drzew i bezkresny las. W powietrzu czuć chłodny zapach wilgotnych roślin, a gdzieniegdzie rosną krzewy odporne na jesienne zmiany barw. Niebo zasnuły chmury, czy raczej, jedna, wielka i płaska chmura, której kolor doskonale określał nasz kraj. Pałac Kultury jest szary, cmentarne mury i płyty nagrobne też, nawet ludzi i ich spojrzenia wypełnia któryś z odcieni grafitu. Nic dziwnego, że tak często bywamy smutni albo wręcz groteskowi.
Nie wiem jak długo, przygnieciony przerażającym milczeniem natury, pozostawałem w odrętwieniu, napawałem się ciszą i powolnie stąpałem po grząskim gruncie lepiącym się do butów. Do głowy przyszedł mi pewien fragment.

Lubię słuchać ciszy przyrody,
Choć nie jest to bezdźwięk, martwota, 
Lecz najsubtelniejsze granie.*

Więc wytężałem swój słuch, chcąc uchwycić te najdrobniejsze drgania istot żywych. Wydaje się, że nie ma ciszy absolutnej, nawet kosmos do nas szepcze strumieniem fal radiowych, nawet skałami we wnętrzu ziemi targają drobne wibracje. Dźwięk wywodzi się z ruchu, a przecież wszystko wokół nas się porusza, choćby najmniejsze cząsteczki, z których zbudowana jest cała rzeczywistość.
Nagle telefon rozrywa to wszystko swymi wibracjami. To Ewa. Znów wpełzłem do jej marzeń i ponownie ona wykryła w swej głowie ten subtelny ruch mych przemęczonych nóg.
Dzwoni do mnie, a ja nie wiem jak mam jej wytłumaczyć, że nasza miłość wobec tych wszystkich problemów wydaje się nic nie znaczyć?
 - Gdzie jesteś? - Pyta jakby niechętnie.
 - Jakoś niedaleko. - Odpowiadam i rozglądam się szukając pośród pola wrzosów tabliczki z nazwą ulicy.
 - Czekam.
Rozłączyła się. Nasze rozmowy telefoniczne, nie wiedzieć czemu, stały się takie automatyczne, zaprogramowane na omawianie konkretnych zagadnień przy użyciu najprostszych słów, jakby na większą wylewność brakowało czasu, a przecież i tak każdego dnia trwonimy go nieustannie. Albo rozmowy przez internet, które zastąpiły konwencjonalne spotkania twarzą w twarz. Czy to kolejny objaw uciekania od problemów w alternatywny świat? A może rozleniwiliśmy się do tego stopnia, że nie potrafimy już wysłać do siebie zwyczajnego listu z zapytaniem o termin spotkania i nie możemy wyczekać tych kilku dni potrzebnych na dotarcie odpowiedzi?

Gdzieś daleko za oknem, w głębi betonowego osiedla, udało mi się usłyszeć skrawki muzyki. Musiałem się skupić by móc ocenić jej wartość, która okazała się znikoma. Zwykły klubowy łomot, kolejny przejaw uwsteczniania się społeczeństwa.
Usłyszałem jak straciła równowagę podczas wychodzenia z wanny i instynktownie złapała się umywalki. Jestem bezczelny, podsłuchuje ludzi by choć przez chwile poznać ich od tej intymnej strony, którą ukrywają przed wszystkimi. Gdy Ewa myje zęby spadają z niej wszystkie maski, gdy jej sąsiad jedzie windą w samotności, nie próbuje być kimś innym, przez krótką chwilę jest naprawdę sobą. Ten krótki moment wytchnienia wciągu całego dnia, gdy jesteśmy zupełnie wolni to jest coś co naprawdę mnie intryguje.
Zanurzając twarz w wilgotne włosy Ewy poczułem beztroskę napływającą mi do oczu. Wszystko rozmyło się w błogim spokoju. Ludzie z pod pałacu, frustraci, których gniew pcha do czynów radykalnych, przestali mnie obchodzić, tak samo jak różnice między pokoleniami. Wyrzuciłem z głowy filozoficzne pytania o każdy, nawet najdrobniejszy, szczegół mojego życia, zapomniałem o nurtujących mnie sprawach i problemach. Wreszcie zrezygnowałem z wypatrywania kierunku, który obrała nasza cywilizacja. Po prostu przestało mi na tym wszystkim zależeć. Wobec wilgotnego zapachu jej włosów, wszystko inne natychmiast wydało się fraszką.

* Fragment wiersza Jerzego Majera

1 komentarz:

  1. Dzięki takim tekstom moje rozczarowanie i niechęć do ludzi nikną na moment. Oby Was było jak najwięcej. Bądźcie obecni, bądźcie słyszalni. Wbrew pozorom, to jest Wasz czas.

    OdpowiedzUsuń

Pisz śmiało. Wytykaj błędy, ubliżaj, rzucaj mięsem.