" – Ja się tu chyba powieszę – pomyślał. Nie wpadło mu do głowy, że wobec braku ciążenia nawet takie wyjście nie jest możliwe..."



czwartek, 8 września 2011

*


Trzy następne posty oznaczone[*,**,***,] to spore fragmenty czegoś, nad czym pracowałem, przez ostatnie dwa miesiące. Dla spragnionych lektury...

*
W czasach, gdy byłem jeszcze młodym, naiwnym romantykiem, studiującym pozbawiony jakiejkolwiek przyszłości kierunek, sądziłem, że miłość może zaistnieć bez względu na okoliczności, przecież wystarczy tylko wola dwojga ludzi. Ile z moich poglądów zweryfikowało życie i późniejsze doświadczenia? Tego nie wiem i nawet nie próbuje się dowiedzieć. Wiem za to, że miałem pewne podstawy na których mogłem oprzeć swoją wiarę, a była nią pewna para ociekająca spełnionym uczuciem. Wszyscy zazdrościli im szczęścia i tego, że wzajemnie się uzupełniają, podtrzymują na duchu w trudnych chwilach i rozumieją własne potrzeby, które nimi rządzą.
On miał na imię Piotr, zbierał w sobie pomysły i kontemplował całe noce nad książką, która, jak zwykł mówić, miała „zamknąć usta tym wszystkim sukinsynom”. Zazwyczaj, gdy wypił dwa lub trzy kieliszki wódki, rozluźniał się i w tym stanie mógł przez godzinę opowiadać o jakiś bzdurach, które wymyślił nieznany nikomu w towarzystwie pisarz czy filozof. Razem z Sandrą podejrzewaliśmy, iż być może on sam wymyśla te brednie, lecz boi się własnych przemyśleń i przypisuje je komuś o nazwisku tak pokręconym, że nikt przy zdrowych zmysłach nie jest wstanie go zapamiętać. Do dziś pamiętam jego szczupłe ramiona i kościstą twarz, a na niej oczy w kolorze miedzi i gniew gotujący się w nich za każdym razem, gdy spoglądał na kogoś gorzej urodzonego niż on sam. Jego ojciec był prezesem jakiegoś dużego przedsiębiorstwa, współczesnym magnatem, jak zwykłem go określać. Wysłał go na najlepsze studia, miał zostać prawnikiem i zarabiać ogromne kwoty minimalnym wkładem pracy.
Maria była zgoła inna. Niska, szczupła, z ciemnymi włosami opadającymi na ramiona i grzywką skrywającą wyłupiaste oczy. Pochodziła ze stosunkowo biednej rodziny, którą utrzymywał ojciec, brygadzista w drukarni czasopism. Obrazy malowała o poranku, twierdząc, że tylko wtedy światło nie drażni jej oczu. Były niebieskie, kryształowo przejrzyste, często podkrążone lub zwyczajnie zmęczone. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy co może się tlić tuż za nimi, jak wielki ciężar spada na nią za każdym razem, gdy zbiera w sobie myśli. W towarzystwie mówiła bardzo nie wiele, więc kontrastowała z zawsze rozgadanym Piotrem, który lubował się w zdzieraniu sobie głosu przy kolejnych dyskusjach i butelkach wódki. Poznaliśmy się w Poznaniu za sprawą naszego wspólnego znajomego Marcina, który podjął studia w Akademii Morskiej w Szczecinie i od tamtego czasu przestał być kimś ważnym w życiu nas obojga. Później ja przedstawiłem jej Tomasza, a ona mi Piotra i Sandrę. W taki sposób, w piątkę, pełni nadziei na niesamowite przeżycia udaliśmy się do jednego z najbardziej wyjątkowych miast w Polsce.
 - Wiesz Michał, czasem ci zazdroszczę. – Stwierdziła pewnego wieczoru, gdy stojąc na balkonie i paląc wspólnie jednego papierosa, obserwowaliśmy zachmurzone niebo.
 - Ty mi zazdrościsz? Niby czego? – Odparłem zaskoczony, lecz ona nie zareagowała na moje zdziwienie, tylko z błogim uśmiechem rozkoszowała się smakiem nikotyny.
 - Jesteśmy tacy sami.
 - Nie wmawiaj sobie. Nie umiem malować.
Roześmiała się. Z czasem przyszła mi do głowy myśl, że chyba tylko ja jestem jeszcze wstanie ją rozbawić. Dawniej bywała niestabilna, jak niebezpieczny izotop ciężkiego pierwiastka, często rozpadała się na drobne części, które potem ktoś musiał pozbierać i poskładać w całość jak drobną mozaikę. Potrafiła rozpłakać się z byle powodu, drobne zauroczenie mogła nazwać miłością by kilka dni później przekuć ją w czystą nienawiść. Początkowo Piotr pozwolił jej przez jakiś czas czuć się spełnioną, nie krępował jej poczynań, zdając sobie sprawę, że jedyne o czym marzyła, to możliwość pozostania sobą za wszelką cenę. Jednak stopniowo jego dominująca natura wzięła nad nim górę i wraz z upływem kolejnych miesięcy Maria stawała się od niego coraz bardziej zależna.
Tak bywa, miłość zniewala i sprawia, że bez ukochanej osoby nasze życie traci sens, a świat kolory, rzeczywistość myli się ze snem, a wszelkie doznania zdają się być fałszywe. Nie potrafiła żyć samotnie, nie dlatego, że we dwoje łatwiej pokonuje się życiowe przeszkody, lecz dlatego, że Piotr zastąpił jej powietrze. Jednak, gdy stopniowo ktoś zabiera ci tlen, zaczynasz popadać w obłęd i desperacje, chcesz wszystko odmienić i odzyskać nim na zawsze zniknie.
Przez bardzo długi okres czasu myślałem, że to idealny wzór związku, jednak wszystko odmieniło się tak nagle, że dziś nie mogę zrozumieć swoich wcześniejszych refleksji. To zaskakujące, że dopiero z perspektywy lat, zdołałem pojąć to co działo się z nią przez cały okres naszej znajomości, to co uchwyciłem mimowolnie i początkowo uznałem za nieistotne, było w rzeczywistości poszlakami prowadzącymi wprost do odkrycia prawdy dręczącej jej myśli.
Póki żyła, była zagadką dla każdego, kogo mijała na brukowanych ulicach Starego Miasta. Miała wielu znajomych i tylko kilku przyjaciół, jednak z nikim nie potrafiła być do końca szczera. W tą noc, gdy stwierdziła, że jesteśmy do siebie podobni, dopowiedziałem sobie, że to czyni z nas najlepszych przyjaciół. Może byłem naiwny myśląc w ten sposób, ale w ostatecznym rozrachunku, sądzę, że miałem racje.
Namalowała w swoim życiu kilkadziesiąt obrazów, w tym jeden, jak sądzę, dla mnie. Nazwała go „Szelest”. Przedstawiał szarą, niewyraźną postać stojącą w tłumie ludzi uciekających przed deszczem. Wszystko było w ruchu, prócz mnie, lubującego się w deszczu poety, który kpiąco patrzył na śpieszących się przechodniów. To był bardzo smutny obraz, myślę, że dlatego nigdy mi go nie pokazała.
To nie jest opowieść o Marii, która popełniła samobójstwo, chwilę po wschodzie wrześniowego słońca, ani o Piotrze, który nie miał odwagi przyjść na jej pogrzeb. Nie chciałem też długo rozwodzić się nad swoją krótkowzrocznością i tym, czy miałem sposobność odciągnąć ją od tego zamiaru. Ta historia jest tylko wstępem, który skromnie nakreśla rzeczywistość jaką zastawałem, budząc się każdego dnia w Starym Mieście.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pisz śmiało. Wytykaj błędy, ubliżaj, rzucaj mięsem.