W
czasach, gdy byłem jeszcze młodym, naiwnym romantykiem, studiującym pozbawiony
jakiejkolwiek przyszłości kierunek, sądziłem, że miłość może zaistnieć bez
względu na okoliczności, przecież wystarczy tylko wola dwojga ludzi. Ile z
moich poglądów zweryfikowało życie i późniejsze doświadczenia? Tego nie wiem i
nawet nie próbuje się dowiedzieć. Wiem za to, że miałem pewne podstawy na
których mogłem oprzeć swoją wiarę, a była nią pewna para ociekająca spełnionym
uczuciem. Wszyscy zazdrościli im szczęścia i tego, że wzajemnie się uzupełniają,
podtrzymują na duchu w trudnych chwilach i rozumieją własne potrzeby, które
nimi rządzą.
On
miał na imię Piotr, zbierał w sobie pomysły i kontemplował całe noce nad
książką, która, jak zwykł mówić, miała „zamknąć usta tym wszystkim sukinsynom”.
Zazwyczaj, gdy wypił dwa lub trzy kieliszki wódki, rozluźniał się i w tym
stanie mógł przez godzinę opowiadać o jakiś bzdurach, które wymyślił nieznany
nikomu w towarzystwie pisarz czy filozof. Razem z Sandrą podejrzewaliśmy, iż
być może on sam wymyśla te brednie, lecz boi się własnych przemyśleń i
przypisuje je komuś o nazwisku tak pokręconym, że nikt przy zdrowych zmysłach
nie jest wstanie go zapamiętać. Do dziś pamiętam jego szczupłe ramiona i
kościstą twarz, a na niej oczy w kolorze miedzi i gniew gotujący się w nich za
każdym razem, gdy spoglądał na kogoś gorzej urodzonego niż on sam. Jego ojciec
był prezesem jakiegoś dużego przedsiębiorstwa, współczesnym magnatem, jak
zwykłem go określać. Wysłał go na najlepsze studia, miał zostać prawnikiem i
zarabiać ogromne kwoty minimalnym wkładem pracy.
Maria
była zgoła inna. Niska, szczupła, z ciemnymi włosami opadającymi na ramiona i
grzywką skrywającą wyłupiaste oczy. Pochodziła ze stosunkowo biednej rodziny,
którą utrzymywał ojciec, brygadzista w drukarni czasopism. Obrazy malowała o
poranku, twierdząc, że tylko wtedy światło nie drażni jej oczu. Były
niebieskie, kryształowo przejrzyste, często podkrążone lub zwyczajnie zmęczone.
Wtedy nie zdawałem sobie sprawy co może się tlić tuż za nimi, jak wielki ciężar
spada na nią za każdym razem, gdy zbiera w sobie myśli. W towarzystwie mówiła
bardzo nie wiele, więc kontrastowała z zawsze rozgadanym Piotrem, który lubował
się w zdzieraniu sobie głosu przy kolejnych dyskusjach i butelkach wódki.
Poznaliśmy się w Poznaniu za sprawą naszego wspólnego znajomego Marcina, który
podjął studia w Akademii Morskiej w Szczecinie i od tamtego czasu przestał być
kimś ważnym w życiu nas obojga. Później ja przedstawiłem jej Tomasza, a ona mi
Piotra i Sandrę. W taki sposób, w piątkę, pełni nadziei na niesamowite
przeżycia udaliśmy się do jednego z najbardziej wyjątkowych miast w Polsce.
- Wiesz Michał, czasem ci zazdroszczę. –
Stwierdziła pewnego wieczoru, gdy stojąc na balkonie i paląc wspólnie jednego
papierosa, obserwowaliśmy zachmurzone niebo.
- Ty mi zazdrościsz? Niby czego? – Odparłem
zaskoczony, lecz ona nie zareagowała na moje zdziwienie, tylko z błogim
uśmiechem rozkoszowała się smakiem nikotyny.
- Jesteśmy tacy sami.
- Nie wmawiaj sobie. Nie umiem malować.
Roześmiała
się. Z czasem przyszła mi do głowy myśl, że chyba tylko ja jestem jeszcze
wstanie ją rozbawić. Dawniej bywała niestabilna, jak niebezpieczny izotop
ciężkiego pierwiastka, często rozpadała się na drobne części, które potem ktoś
musiał pozbierać i poskładać w całość jak drobną mozaikę. Potrafiła rozpłakać
się z byle powodu, drobne zauroczenie mogła nazwać miłością by kilka dni
później przekuć ją w czystą nienawiść. Początkowo Piotr pozwolił jej przez
jakiś czas czuć się spełnioną, nie krępował jej poczynań, zdając sobie sprawę,
że jedyne o czym marzyła, to możliwość pozostania sobą za wszelką cenę. Jednak
stopniowo jego dominująca natura wzięła nad nim górę i wraz z upływem kolejnych
miesięcy Maria stawała się od niego coraz bardziej zależna.
Tak
bywa, miłość zniewala i sprawia, że bez ukochanej osoby
nasze życie traci sens, a świat kolory, rzeczywistość myli się ze snem, a
wszelkie doznania zdają się być fałszywe. Nie potrafiła żyć samotnie, nie
dlatego, że we dwoje łatwiej pokonuje się życiowe przeszkody, lecz dlatego, że
Piotr zastąpił jej powietrze. Jednak, gdy stopniowo ktoś zabiera ci tlen,
zaczynasz popadać w obłęd i desperacje, chcesz wszystko odmienić i odzyskać nim
na zawsze zniknie.
Przez bardzo długi okres czasu myślałem, że to
idealny wzór związku, jednak wszystko odmieniło się tak nagle, że dziś nie mogę
zrozumieć swoich wcześniejszych refleksji. To zaskakujące, że dopiero z perspektywy
lat, zdołałem pojąć to co działo się z nią przez cały okres naszej znajomości,
to co uchwyciłem mimowolnie i początkowo uznałem za nieistotne, było w
rzeczywistości poszlakami prowadzącymi wprost do odkrycia prawdy dręczącej jej
myśli.
Póki
żyła, była zagadką dla każdego, kogo mijała na brukowanych ulicach Starego Miasta.
Miała wielu znajomych i tylko kilku przyjaciół, jednak z nikim nie potrafiła
być do końca szczera. W tą noc, gdy stwierdziła, że jesteśmy do siebie podobni,
dopowiedziałem sobie, że to czyni z nas najlepszych przyjaciół. Może byłem
naiwny myśląc w ten sposób, ale w ostatecznym rozrachunku, sądzę, że miałem
racje.
Namalowała
w swoim życiu kilkadziesiąt obrazów, w tym jeden, jak sądzę, dla mnie. Nazwała
go „Szelest”. Przedstawiał szarą, niewyraźną postać stojącą w tłumie ludzi
uciekających przed deszczem. Wszystko było w ruchu, prócz mnie, lubującego się
w deszczu poety, który kpiąco patrzył na śpieszących się przechodniów. To był
bardzo smutny obraz, myślę, że dlatego nigdy mi go nie pokazała.
To
nie jest opowieść o Marii, która popełniła samobójstwo, chwilę po wschodzie
wrześniowego słońca, ani o Piotrze, który nie miał odwagi przyjść na jej
pogrzeb. Nie chciałem też długo rozwodzić się nad swoją krótkowzrocznością i
tym, czy miałem sposobność odciągnąć ją od tego zamiaru. Ta historia jest tylko
wstępem, który skromnie nakreśla rzeczywistość jaką zastawałem, budząc się
każdego dnia w Starym Mieście.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Pisz śmiało. Wytykaj błędy, ubliżaj, rzucaj mięsem.