" – Ja się tu chyba powieszę – pomyślał. Nie wpadło mu do głowy, że wobec braku ciążenia nawet takie wyjście nie jest możliwe..."



poniedziałek, 19 maja 2014

Dźwigając codzieność

Zamieszkałem w pradawnej części Gdańska. Tutaj młode twarze prawie zawsze są przejazdem lub przypadkiem, gdy piątkowy nurt zabawy zniesie ich gdzieś na bok. Miejsce to usłane jest ludźmi, którzy w większości osiedlili się tutaj zaraz po wojnie i pamiętają jak wiele czasu zajęło odgruzowywanie tego miasta i przywracanie normalności, której widno od zawsze majaczyło gdzieś na horyzoncie.
Minąłem tego pana kilkukrotnie w drodze do pracy czy na zakupy. Siedział w swym wózku, w berecie, podobnym do tych, jakie noszą kombatanci. Nie miał nóg. To przykuło moją uwagę i sprawiło, że w mym sercu pojawił się ogromny ładunek współczucia.
Nie wiedziałem gdzie mieszka, nie znałem historii jego życia, choć miałem wielką ochotę wypytać go o wszystko. Może rzeczywiście był kombatantem, może dzięki niemu wolno mi dziś pisać te słowa w swym ojczystym języku?
Te oraz setki innych myśli przeszło mi przez głowę w ciągu kolejnych dni. Zastanawiało mnie, że pomimo tego, iż jego ruchy są znacznie ograniczone, dość często widuję go pomiędzy kamienicami, jak powoli przemyka po betonowych płytach, patrząc na powoli rozkwitającą naturę.
To nie był typ człowieka, który przegrał z czasem, którego pokonała jego ułomność. Było mi go żal, to oczywiste, ale z drugiej strony powoli nabierałem przekonania, że, w jakiś pokrętnych sposób, ten człowiek jest szczęśliwy.
Pewnego dnia dostrzegłem go poprzez uchylone wrota jednego z garaży. Czyścił starannie swój mały, czerwony samochód. Widok był bolesny, ale i wspaniały. Mimo wieku i ograniczeń, sam dbał o auto.
Tydzień później zobaczyłem jak wjeżdża nim do garażu. Samodzielnie. Zamarłem na chwilę z rozwartymi ustami i podziwiałem ten manewr. Był na zakupach, bo z bagażnika wystawał jakiś kwiat doniczkowy oraz ucho większej torby.
Podszedłem bliżej i dyskretniej zajrzałem do wnętrza. Nieskomplikowany system dźwigni zapewne służył do obsługi pedałów, więc, tak jak przypuszczałem, ów pan przystosował samochód do swoich potrzeb. Odchodząc, podziwiałem cały proces wystawienia wózka i przesiadki na niego z fotela kierowcy. 
W duchu wrzeszczałem na siebie, notorycznego lenia, który za wszelką cenę szuka wymówek by uniknąć wysiłku. "Patrz, jak należy dźwigać codzienność. Do samego końca."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pisz śmiało. Wytykaj błędy, ubliżaj, rzucaj mięsem.