Zamieszkałem
w pradawnej części Gdańska. Tutaj młode twarze prawie zawsze są
przejazdem lub przypadkiem, gdy piątkowy nurt zabawy zniesie ich
gdzieś na bok. Miejsce to usłane jest ludźmi, którzy w większości
osiedlili się tutaj zaraz po wojnie i pamiętają jak wiele czasu
zajęło odgruzowywanie tego miasta i przywracanie normalności,
której widno od zawsze majaczyło gdzieś na horyzoncie.
Minąłem
tego pana kilkukrotnie w drodze do pracy czy na zakupy. Siedział w
swym wózku, w berecie, podobnym do tych, jakie noszą kombatanci.
Nie miał nóg. To przykuło moją uwagę i sprawiło, że w mym
sercu pojawił się ogromny ładunek współczucia.
Nie
wiedziałem gdzie mieszka, nie znałem historii jego życia, choć
miałem wielką ochotę wypytać go o wszystko. Może rzeczywiście
był kombatantem, może dzięki niemu wolno mi dziś pisać te słowa
w swym ojczystym języku?
Te
oraz setki innych myśli przeszło mi przez głowę w ciągu
kolejnych dni. Zastanawiało mnie, że pomimo tego, iż jego ruchy są
znacznie ograniczone, dość często widuję go pomiędzy
kamienicami, jak powoli przemyka po betonowych płytach, patrząc na
powoli rozkwitającą naturę.
To
nie był typ człowieka, który przegrał z czasem, którego pokonała
jego ułomność. Było mi go żal, to oczywiste, ale z drugiej
strony powoli nabierałem przekonania, że, w jakiś pokrętnych
sposób, ten człowiek jest szczęśliwy.
Pewnego
dnia dostrzegłem go poprzez uchylone wrota jednego z garaży.
Czyścił starannie swój mały, czerwony samochód. Widok był
bolesny, ale i wspaniały. Mimo wieku i ograniczeń, sam dbał o
auto.
Tydzień
później zobaczyłem jak wjeżdża nim do garażu. Samodzielnie.
Zamarłem na chwilę z rozwartymi ustami i podziwiałem ten manewr.
Był na zakupach, bo z bagażnika wystawał jakiś kwiat doniczkowy
oraz ucho większej torby.
Podszedłem
bliżej i dyskretniej zajrzałem do wnętrza. Nieskomplikowany system
dźwigni zapewne służył do obsługi pedałów, więc, tak jak
przypuszczałem, ów pan przystosował samochód do swoich potrzeb.
Odchodząc, podziwiałem cały proces wystawienia wózka i przesiadki
na niego z fotela kierowcy.
W
duchu wrzeszczałem na siebie, notorycznego lenia, który za wszelką
cenę szuka wymówek by uniknąć wysiłku. "Patrz, jak należy
dźwigać codzienność. Do samego końca."
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Pisz śmiało. Wytykaj błędy, ubliżaj, rzucaj mięsem.