" – Ja się tu chyba powieszę – pomyślał. Nie wpadło mu do głowy, że wobec braku ciążenia nawet takie wyjście nie jest możliwe..."



wtorek, 11 listopada 2014

Śniadanie na bogato

Dobra, od jakiegoś czasu czułem, że nie mam nic ciekawego do powiedzenia, więc, najzwyczajniej w świecie, nie otwierałem paszczy. Wydawało mi się, że to nic specjalnego, że każdy twórca ma czasem taki moment, kryzys czy dołek, w którym analizuje swoje działania bardzo krytycznie. Wiadomo, chwila refleksji i zadumy jest jak najbardziej wskazana, jednak niektórzy mają to gdzieś i piszą takie brednie, że odechciewa mi się jeść.

Wiadomo, chwila refleksji i zadumy jest jak najbardziej wskazana, jednak niektórzy mają to gdzieś i piszą takie brednie, że odechciewa mi się jeść.
Spuchłem. Chcesz dokładkę? Nie dziękuję.
Wczoraj usłyszałem o Poli Dwurnik* i jej "berlińskim felietonie". Dostępny do przeczytania TUTAJ. Ale możecie olać tego linka, przeczytajmy to razem, dobra?  Przyznam się, że nie liczyłem na zwalające z nóg opisy i przemyślenia, warte publikacji na łamach ogólnopolskiego portalu, ale jednak, do cholery, nie wierze.
Z Warszawy do Berlina przeprowadziłam się z kilkudziesięciu różnych powodów i każdemu z nich poświęcę jeden felieton. Od którego zacznę? Wiadomo. Ab ovo - od śniadania.
Felieton to, moim zdaniem, tekst, który obraca się wokół jakiejś jednej myśli lub rzeczy. Ma za zadanie zobrazować czytelnikowi punkt widzenia autora na dany problem, sytuację, miejsce czy co tam sobie wymyśli.
Początek zanosi się więc obiecująco. Autorka ma pewne powody by pisać, chce nam o czymś opowiedzieć, pokazać swoją perspektywę. Jedziemy dalej, następny akapit.
Bez niego nie umiem funkcjonować i nie mogłabym żyć w miejscu, w którym po przetańczonej lub przepracowanej nocy i przebudzeniu się w południe nigdzie nie można już zjeść śniadania.
Znam ten ból. Znów poniósł mnie melanż, wyszedłem na jedno piwo w czwartek, a tutaj nagle wtorek. W lodówce pusto, nawet jeśli coś w niej wcześniej było to, albo samo stamtąd wyszło, albo padło łupem współlokatorów.
W stolicy Niemiec serwowanie tego posiłku w drugiej połowie dnia jest standardem, a w Bateau Ivre śniadanie podawane jest do godziny siedemnastej. Stricte berlińska, niedbale chybocząca się pod papierowymi lampionami knajpa o obdrapanych, jasnozielonych ścianach znajduje się w klubowo-barowym zagłębiu północnego Kreuzbergu - na rogu Heinrichplatz i kultowej Oranienstrasse, po której w 1987 roku chodziły anioły w "Niebie nad Berlinem" Wima Wendersa. Do Bateau nie wolno przynosić laptopów i nie działa wi-fi, ale pomimo tego prawie nigdy nie można znaleźć wolnego stolika.
O matko, ale ty jesteś zajebista Pola! Całe życie żyję w tym pierdolonym ciemnogrodzie i do głowy mi nie przyszło, że można wpieprzać śniadanie o piątej popołudniu. Generalnie śniadanie to niesamowita sprawa, a jeszcze lepiej, żeby serwowano je w wypełnionej hipsterami knajpie. No i ta magia miejsca, brak internetu za darmo odstrasza plebs, więc można wygodnie rozsiąść się na antycznym krześle (Ikea, katalog z 1988 roku) i, wcinając białe kiełbaski lub jajecznicę z boczkiem na grubym maśle, pisać wiecznym piórem felietony o tym jak wspaniale jest wyrwać się z ojczystego bagna.

Chyba tyle, jeśli chodzi o ten akapit. Może jeszcze tylko spytam - stricte berlińska knajpa? Byłem w kilku tamtejszych lokalach i za cholerę nie wiem co autorka miała na myśli używając tego zwrotu.
Tak też było w duszne, majowe południe 2010 roku, gdy trafiłam tu zataczając się niczym rower bez koła, prosto z łóżka kolegi, który tej nocy okazał się moim kochankiem. Albo pseudokochankiem, bo miłość po dwóch butelkach wina jest raczej przedłużeniem alkoholowej euforii; mechanicznym, bezmyślnym i beznadziejnym. Oboje o tym wiedzieliśmy i czuliśmy się fatalnie, szarzy na twarzach i utykający na słabszą nogę.
W Polsce, kobieta, pisząca takie rzeczy, z miejsca przypina sobie metkę kurwy. Jednak bądźmy tolerancyjni, w końcu to Berlin! To zachód! Tutaj trzydziestojednoletnia kobieta, artystka, może zataczać się "niczym rower bez koła" (gwoli ścisłości, Pola, rower bez koła nie ujedzie nawet pół metra, ale mniejsza).
Czytałem ostatnio książkę Bukowskiego, gdzie autor dość barwnie opisał swoje alkoholowe przygody. Czasami było niesmacznie, czasami żenująco, a innym razem zabawnie. Każdy odbiera takie rzeczy inaczej, przez co jeszcze trudniej taką retoryką operować. Niestety, moim zdaniem, opisem swojej "przygody", autorka pogrążyła się całkowicie.
Dochodziła pierwsza po południu. Zaczerwienionymi oczami próbowaliśmy wyświetlić sobie wolne miejsce, aż wreszcie padliśmy obok pary młodych Duńczyków, którzy uprzejmie oddali nam połowę solidnego, drewnianego stołu.
To jest... a, lepiej nie komentować. Dalej!
Chwyciłam się jego krawędzi, żeby poczuć masywność drewna i urealnić własną obecność - stary trik zalecany przy napadach paniki. Przed Duńczykami dumnie prężyła się ogromna deska serów i pomyślałam, że dobre śniadanie odwróci nurt złych wydarzeń. Od śniadania zacznie się nowy, lepszy dzień. Będzie to musli z owocami i jogurtem, a towarzyszyć mu będzie prawdziwe, włoskie latte machiatto z gęstą, zwartą pianą. Mój pseudokochanek zamówił piwo (mnie na klin zabrakło śmiałości) oraz talerz wędlin (później powie, że przecież jest wegetarianinem i nie rozumie, dlaczego wcina mięso, gdy jest pijany lub ma kaca). 


Dostałem ataku śmiechu, przeplatanego z zażenowaniem. Cóż za śmiała decyzja - MUSLI! Tak, autorka najpierw sprytnie buduje napięcie, mówi o panice i złych wydarzeniach, o Duńczykach, czyhających za stosem serów i nagle BUM. Musli i latte.
Brawo. Jesteś lepsza niż wszyscy, co zostali w tym kraju, by w nim gnić. Jesteś cudowna, jesteś moją bohaterką, właśnie otworzyły mi się oczy i już wiem, że od teraz będę czytał tylko Twoje teksty. Zbuduję Ci nawet ołtarzyk w naszej ciasnej kawalerce.
Wiedzieliśmy, co robimy. Wkrótce w czeluść naszego poimprezowego rozstroju wjechał lunapark - ogromny talerz kolorowych owoców, śmiejących się do nas szeroko znad białego jak śnieg jogurtu i chrupkiego musli oraz wesoło kręcąca się na nóżce okrągła taca zachwalająca błyszczące, różowe wędliny pachnące ziołami. Od razu zabłysły nam oczy i zapomnieliśmy o przeszłości, jak przystało na wprawnych członków konsumpcyjno-klubowej wspólnoty. Ananas, kiwi, winogrona, jabłka, granat, orzechy, szynka parmeńska, salami i płatki kukurydziane szczelnie wypełniały wszystkie opustoszałe w nas miejsca, niczym słodkie cukierki buzie zapłakanych dzieci. Łapczywie połykaliśmy dary śniadania i nie zauważyliśmy momentu, kiedy nieprzyzwoicie trzeźwa duńska para opuściła nasz stolik. Pozostawiła siedem lekko tylko nadkrojonych francuskich serów, jak siedem nie całkiem popełnionych grzechów. Spojrzeliśmy po sobie i bez cienia wątpliwości sięgnęliśmy po nie swoje dobra, podobnie jak noc wcześniej zgodnie wpadliśmy sobie w ramiona.
Idę się wyrzygać, możecie doczytać do końca beze mnie.
More is more, do złupionych serów zamówiliśmy wino i sałatę oraz kolejną kawę. W milczeniu i bezczasie pozwalaliśmy smakom panować po horyzont i dopiero kiedy poczuliśmy nagłą, obezwładniającą senność, zorientowaliśmy się, że minęło sześć godzin. Czym prędzej zapłaciliśmy i uciekliśmy do domu. Przez cały ten czas nikt nas nie pośpieszał, nie przynosił rachunku, nie proponował lanczu ani kolacji i nie pytał, czy mamy rezerwację na wieczór. W Berlinie długo się tańczy i długo się śpi, a po długiej nocy je się długie śniadanie.
To koniec. Krzyczę z bólu, jednocześnie dławiąc się herbatą, którą wlewam w siebie, by ugasić te przeklęte uczucie. Może ktoś jest wstanie spać, po lekturze tego tekstu, ale ja jestem pewien, że dziś w nocy nie zasnę. Jedyne co pozostanie w moich myślach to obraz dojrzałej kobiety, która, w jakże dojrzały sposób, postanowiła się zabawić.
Po przeczytaniu tego... Tak właściwie to nawet nie wiem co to było. Trudno to nazwać felietonem. Jest to raczej opis wyżerki, mającej na celu złagodzenie kaca. Zresztą, mam takie wrażenie, że to co autorka tak przepięknie nam opowiedziała, w rzeczywistości mogłoby się wydarzyć wszędzie, nawet w tym gnijącym kraju.

Szanowna autorko! W Gdańsku też długo się tańczy, a sypia jeszcze dłużej. Może nie zawsze jemy długie śniadania, ale nie mamy potrzeby spieszyć się w trakcie posiłków. W Polsce też można się najebać, czasami nawet bardziej niż w Niemczech, gdzie prawo zabrania sprzedaży alkoholu w weekend.
Wreszcie, mężczyzn, skłonnych do pójścia z tobą do łóżka, jest tutaj na pęczki, nawet nie trzeba daleko szukać (choć jak tak sobie czytam słowa, którymi zostałem przez Ciebie uraczony, to zaczynam powątpiewać, czy znaleźliby się jacyś chętni...).

W bonusie dorzucam TO. Lektura dla bardziej wytrwałych, skłonnych poznać z bliska panią Polę. Jeszcze tego nie czytałem (nie mam nawet pewności, że dotyczy to tej samej osoby), ale myślę, że jak już nieco ochłonę, zabiorę się również za to.

*Autorka jest córką Edwarda Dwurnika, ale oczywiście nie ma to większego znaczenia ;-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pisz śmiało. Wytykaj błędy, ubliżaj, rzucaj mięsem.