Wiatr delikatnie wymiatał piasek z pomiędzy jego włosów. Bałtycki bezkres nadawał pęd myślom, dostrajał je do właściwej częstotliwości. To była ostatnia ostoja spokoju, którą odwiedzał zbyt często zaniedbując przez to obowiązki.
„Jak wielu ludzi potrafi spojrzeć w ten sposób na zachód słońca?”
Zadał sobie to proste pytanie bo doskonale znał odpowiedź. Plaża była pełna spacerowiczów, kilka osób robiło sobie zdjęcia na tle żarzącej się pomarańczowym światłem gwiazdy.
- Mogę panu zrobić zdjęcie?
- Jasne. – Spojrzał na jej twarz skrytą w setkach włosów, którymi bawił się wiatr.
Wiedział i to było jego przekleństwem, wystarczyło jedno spojrzenie, jedna myśl by on posiadł wiedze o wszystkim.
- Trochę mocno wieje. Nie mogę dobrze wykadrować…
Naglę bryza zmieniła kierunek i siłę. Teraz piasek powoli toczył się w stronę wody. Odwrócił się i uśmiechnął, a ona odwzajemniła jego gest.
- Wyjdą świetne. Uwierz mi.
Usiadła obok niego, wspólnie śledzili poczynania słońca.
- Mieszkasz tutaj? Już, któryś raz widzę jak tutaj siedzisz.
- Mieszkam w Koszalinie. Zwyczajnie bardzo lubię to miejsce.
- Jakieś miłe wspomnienia?
- Powiedzmy. Studiujesz w Gdańsku?
- Tak. Skąd wiedziałeś?
- Zgadłem.
Gdzieś w pobliżu granicy Chin i Birmy znów zadrżała ziemia grzebiąc jej mieszkańców.
Chwycił w garść odrobinę piasku. Poczuł jak między palcami przesypują się kolejne ludzkie dusze.
- A ty co tutaj robisz?
„Cztery, pięć, sześć…” – Liczył w myślach ziarenka opadające swobodnie na ziemie.
- Przyjechałam do ciotki na ferie.
- Pewnie sądziłaś, że będzie chłodniej.
„… dziewięć, jedenaście…”
- Ostatnio wiele rzeczy dzieje się tak nieprzewidywalnie, że przestałam już przykładać wagę do rozmyślania o takich rzeczach.
- I słusznie.
„Dwanaście, trzynaście… tak wielu…”
Zamilkli oczekując krytycznego momentu, gdy tarcza słoneczna dotknie horyzontu. Dziewczyna westchnęła rozmarzona:
- Boże jak tu pięknie…
- Wiem. Nie musisz mi dziękować.
Chciała spojrzeć na niego by swym pytającym wzrokiem wymusić wyjaśnienie tych słów jednak wokół niej nikogo nie było. Siedziała sama, a słońce powoli wspinało się po niebie w otoczeniu waniliowych chmur.
Z wielkiego obłoku pyłu wyłoniło się kilku ratowników biegnący z noszami na których leżała młoda Chinka z pokaleczoną głową i rozciętym lewym udem. W jej oczach nie dostrzegł przyszłości i poczuł się okropnie ze świadomością, że znów zaniedbał swoje obowiązki i, że nie potrafi zmienić jej losu. Doskonale zdawał sobie sprawę ze swojej bezsilności jednak brał na siebie brzemię odpowiedzialności, które w ostatecznym rozrachunku zawsze spada na niego.
Wszedł między ruiny wśród, których aż roiło się od ratowników i żołnierzy, którzy próbowali odnaleźć rannych. Był taki jakim widzieli go inni, nie mógł kreować siebie samodzielnie
Tak wielu nie potrafiło pojąć dlaczego jest bezsilny. Tak wielu znienawidziło go za obojętność z jaką traktował wszystkich dookoła lub zwyczajnie wyrzekło się wiary w jego istnienie z racji braku jakichkolwiek działań. Nie był wszechmocny czy wszechobecny, mieszkał na przedmieściach Koszalina, a nie jak wielu sądziło gdzieś ponad ich głowami. Wszystkie atrybuty przypisywane jemu tak naprawdę należały się jego przodkom, których był wcieleniem wybranym losowo.
„Muszę być w tym najgorszy od wieków.”
Przykucnął nad plastikowym workiem ze zwłokami starszego mężczyzny i przez chwilę pomodlił się za jego duszę, która wstała i wyszła z ciała. Wskazał jej wzrokiem drogę prowadzącą na zachód, na miejsce spotkania słońca z horyzontem i życia z przeznaczeniem. Pozbierał z ziemi porozrzucany wszędzie dookoła ból, którego wszystkie istoty pozbywały się w momencie śmierci. Wiele drobiazgów ciągnących jego wnętrze w dół było nikomu niepotrzebnymi uczuciami rodzącymi się w przeciągu całego istnienia. Wszyscy je posiadali i ignorowali bo zdawało się im, że tak będzie dużo łatwiej pochwycić szczęście.
„Ludzkie poczynania niewiele się różnią od poczynań zwykłej bakterii. Może odrobinę urozmaicone przez inteligencje i miliony lat ewolucji, sprowadzają się do śmiertelnej pogoni za czymś czego nawet nie potrafią dobrze nazwać czy określić. Wolna wola tworzy i wypacza człowieczeństwo.”
Ponownie poczuł, że nie ma zamiaru przebywać w miejscu przepełnionym tragedią. Zapragnął usiąść na poręczy swego balkonu, zapalić papierosa i obserwować jak miasto powoli zasypia.
„Jak wielu ludzi potrafi spojrzeć w ten sposób na zachód słońca?”
Zadał sobie to proste pytanie bo doskonale znał odpowiedź. Plaża była pełna spacerowiczów, kilka osób robiło sobie zdjęcia na tle żarzącej się pomarańczowym światłem gwiazdy.
- Mogę panu zrobić zdjęcie?
- Jasne. – Spojrzał na jej twarz skrytą w setkach włosów, którymi bawił się wiatr.
Wiedział i to było jego przekleństwem, wystarczyło jedno spojrzenie, jedna myśl by on posiadł wiedze o wszystkim.
- Trochę mocno wieje. Nie mogę dobrze wykadrować…
Naglę bryza zmieniła kierunek i siłę. Teraz piasek powoli toczył się w stronę wody. Odwrócił się i uśmiechnął, a ona odwzajemniła jego gest.
- Wyjdą świetne. Uwierz mi.
Usiadła obok niego, wspólnie śledzili poczynania słońca.
- Mieszkasz tutaj? Już, któryś raz widzę jak tutaj siedzisz.
- Mieszkam w Koszalinie. Zwyczajnie bardzo lubię to miejsce.
- Jakieś miłe wspomnienia?
- Powiedzmy. Studiujesz w Gdańsku?
- Tak. Skąd wiedziałeś?
- Zgadłem.
Gdzieś w pobliżu granicy Chin i Birmy znów zadrżała ziemia grzebiąc jej mieszkańców.
Chwycił w garść odrobinę piasku. Poczuł jak między palcami przesypują się kolejne ludzkie dusze.
- A ty co tutaj robisz?
„Cztery, pięć, sześć…” – Liczył w myślach ziarenka opadające swobodnie na ziemie.
- Przyjechałam do ciotki na ferie.
- Pewnie sądziłaś, że będzie chłodniej.
„… dziewięć, jedenaście…”
- Ostatnio wiele rzeczy dzieje się tak nieprzewidywalnie, że przestałam już przykładać wagę do rozmyślania o takich rzeczach.
- I słusznie.
„Dwanaście, trzynaście… tak wielu…”
Zamilkli oczekując krytycznego momentu, gdy tarcza słoneczna dotknie horyzontu. Dziewczyna westchnęła rozmarzona:
- Boże jak tu pięknie…
- Wiem. Nie musisz mi dziękować.
Chciała spojrzeć na niego by swym pytającym wzrokiem wymusić wyjaśnienie tych słów jednak wokół niej nikogo nie było. Siedziała sama, a słońce powoli wspinało się po niebie w otoczeniu waniliowych chmur.
Z wielkiego obłoku pyłu wyłoniło się kilku ratowników biegnący z noszami na których leżała młoda Chinka z pokaleczoną głową i rozciętym lewym udem. W jej oczach nie dostrzegł przyszłości i poczuł się okropnie ze świadomością, że znów zaniedbał swoje obowiązki i, że nie potrafi zmienić jej losu. Doskonale zdawał sobie sprawę ze swojej bezsilności jednak brał na siebie brzemię odpowiedzialności, które w ostatecznym rozrachunku zawsze spada na niego.
Wszedł między ruiny wśród, których aż roiło się od ratowników i żołnierzy, którzy próbowali odnaleźć rannych. Był taki jakim widzieli go inni, nie mógł kreować siebie samodzielnie
Tak wielu nie potrafiło pojąć dlaczego jest bezsilny. Tak wielu znienawidziło go za obojętność z jaką traktował wszystkich dookoła lub zwyczajnie wyrzekło się wiary w jego istnienie z racji braku jakichkolwiek działań. Nie był wszechmocny czy wszechobecny, mieszkał na przedmieściach Koszalina, a nie jak wielu sądziło gdzieś ponad ich głowami. Wszystkie atrybuty przypisywane jemu tak naprawdę należały się jego przodkom, których był wcieleniem wybranym losowo.
„Muszę być w tym najgorszy od wieków.”
Przykucnął nad plastikowym workiem ze zwłokami starszego mężczyzny i przez chwilę pomodlił się za jego duszę, która wstała i wyszła z ciała. Wskazał jej wzrokiem drogę prowadzącą na zachód, na miejsce spotkania słońca z horyzontem i życia z przeznaczeniem. Pozbierał z ziemi porozrzucany wszędzie dookoła ból, którego wszystkie istoty pozbywały się w momencie śmierci. Wiele drobiazgów ciągnących jego wnętrze w dół było nikomu niepotrzebnymi uczuciami rodzącymi się w przeciągu całego istnienia. Wszyscy je posiadali i ignorowali bo zdawało się im, że tak będzie dużo łatwiej pochwycić szczęście.
„Ludzkie poczynania niewiele się różnią od poczynań zwykłej bakterii. Może odrobinę urozmaicone przez inteligencje i miliony lat ewolucji, sprowadzają się do śmiertelnej pogoni za czymś czego nawet nie potrafią dobrze nazwać czy określić. Wolna wola tworzy i wypacza człowieczeństwo.”
Ponownie poczuł, że nie ma zamiaru przebywać w miejscu przepełnionym tragedią. Zapragnął usiąść na poręczy swego balkonu, zapalić papierosa i obserwować jak miasto powoli zasypia.
Podniósł się z ziemi i wsiadł do autobusu toczącego się wolno w kierunku Rokosowa.
Świat za oknem zdawał się być czarną dziurą, która stopniowo odbierała mu resztki sił i posyłała je gdzieś na drugą stronę autobusowej szyby. Gdyby teraz ktokolwiek zaczepił go i spytał choćby o głupi bilet zapewne zapadłby się do wewnątrz jak masywna gwiazda i uciekł w niezrozumiałą metafizyczną osobliwość.
"Tu zdarzyć się może wszystko. Nikt nie umie przewidzieć w którą stronę zakrzywi się przestrzeń i jak mocno czas zwolni swój bieg. To świat w którym możesz stracić życie za głupią kulturę języka"
Przez otwarte drzwi usłyszał skrawek rozmowy prowadzonej na przystanku.
- ...co za pizda. Co ona sobie kurwa wyobraża, że kim tu kurwa jest.
- Dziwka.
- Dziwny to obyczaj. Tak czcić święto kobiet. - Sennym głosem skomentował usłyszane słowa tak, że przypadkowo dotarły one do kilku współpasażerów siedzących tuż obok niego. Spojrzeli na niego, lecz ujrzeli wrak, tylko w szczegółach przypominający ludzkie ciało. Opustoszała skorupa człowieka z niezliczoną ilością poplątanych i brudnych włosów tak na głowie jak i na brodzie siedziała opierając się na pokaleczonej dłoni, która wyglądała jakby w wolnych chwilach rozgniatał nią szkło. Nikt nie odważył się spojrzeć mu prosto w oczy, wszyscy nieśmiało uciekali wzrokiem w coraz to nowe miejsca wyłaniające w trakcie podróży. Oni milczeli, a on z nich kpił bo odnalazł w tym niepojętą ironię, która tylko jemu zdawała się jasna i przejrzysta.
"Tu zdarzyć się może wszystko. Nikt nie umie przewidzieć w którą stronę zakrzywi się przestrzeń i jak mocno czas zwolni swój bieg. To świat w którym możesz stracić życie za głupią kulturę języka"
Przez otwarte drzwi usłyszał skrawek rozmowy prowadzonej na przystanku.
- ...co za pizda. Co ona sobie kurwa wyobraża, że kim tu kurwa jest.
- Dziwka.
- Dziwny to obyczaj. Tak czcić święto kobiet. - Sennym głosem skomentował usłyszane słowa tak, że przypadkowo dotarły one do kilku współpasażerów siedzących tuż obok niego. Spojrzeli na niego, lecz ujrzeli wrak, tylko w szczegółach przypominający ludzkie ciało. Opustoszała skorupa człowieka z niezliczoną ilością poplątanych i brudnych włosów tak na głowie jak i na brodzie siedziała opierając się na pokaleczonej dłoni, która wyglądała jakby w wolnych chwilach rozgniatał nią szkło. Nikt nie odważył się spojrzeć mu prosto w oczy, wszyscy nieśmiało uciekali wzrokiem w coraz to nowe miejsca wyłaniające w trakcie podróży. Oni milczeli, a on z nich kpił bo odnalazł w tym niepojętą ironię, która tylko jemu zdawała się jasna i przejrzysta.
Wysiadł z autobusu. Powiew powietrza wymieszanego ze spalinami omiótł jego twarz i włosy.
Ciężar, przytłaczający dotąd jego duszę, uniósł się ku chmurze trucizn przetaczającej się nad miastem. Nie zmienił się, nie stracił ani grama siebie, ale kilka błahostek rodzących ból odeszło już na dobre. Stał tak sam na przystanku, plecami do jezdni i patrzył we własne obicie zanurzone w małej kałuży powstałej w śladzie po czyimś bucie. W jego myślach panował nieustany szum, natłok bezustannych wątpliwości i analiz, które formowały strumień wypływający poza świadomość. Widział jak jego oczy drżą na tafli brudnej wody i wyobrażał sobie, że z każdą chwilą odkleja się od tła, jak tapeta kiepsko przyklejona do ściany.
Minął go człowiek ubrany w sportowy dres, potocznie zwany "blokersem". Prześwietlili się nawzajem wzrokiem. Pod jego czapką krył się zwyczajny mózg kojarzący nieskończoną ilość faktów, lecz coś hamowało jego rozwój. Nie chciał szukać przyczyn głupoty. Uznawał, że powstaje ona jakby z przymusu, skoro istniej mądrość musi istnieć też jej przeciwność.
Nie pamiętał kiedy przestał go bić. Gdy odzyskał przytomność był sam na sam ze światłem latarni odbijającym się w kałuży. Wodę zabarwiła krew wciąż obficie płynąca z nosa, co sugerowało wcale nie tak dawny przebieg zdarzeń. Zacisnął ręce i powieki. Z całych sił spróbował przenieść się w zupełnie inne miejsce, jednak ziemia pod jego policzkiem nadal była lodowata. Na całym ciele czuł wilgoć, która przesączała się przez jego ubranie jak wcześniej ból przesączał się przez jego ciało, systematycznie likwidując w nim resztki chęci do życia.
Otworzył prawe oko i oślepił go niebywały błysk porannego słońca. Podniósł się z ziemi, która zamieniła się w piasek o przyjemnej temperaturze i podszedł do krawędzi plaży. Wrócił nad Bałtyk i jeszcze raz szum w jego głowie zrównał się z szumem morskich fal.
Minął go człowiek ubrany w sportowy dres, potocznie zwany "blokersem". Prześwietlili się nawzajem wzrokiem. Pod jego czapką krył się zwyczajny mózg kojarzący nieskończoną ilość faktów, lecz coś hamowało jego rozwój. Nie chciał szukać przyczyn głupoty. Uznawał, że powstaje ona jakby z przymusu, skoro istniej mądrość musi istnieć też jej przeciwność.
Nie pamiętał kiedy przestał go bić. Gdy odzyskał przytomność był sam na sam ze światłem latarni odbijającym się w kałuży. Wodę zabarwiła krew wciąż obficie płynąca z nosa, co sugerowało wcale nie tak dawny przebieg zdarzeń. Zacisnął ręce i powieki. Z całych sił spróbował przenieść się w zupełnie inne miejsce, jednak ziemia pod jego policzkiem nadal była lodowata. Na całym ciele czuł wilgoć, która przesączała się przez jego ubranie jak wcześniej ból przesączał się przez jego ciało, systematycznie likwidując w nim resztki chęci do życia.
Otworzył prawe oko i oślepił go niebywały błysk porannego słońca. Podniósł się z ziemi, która zamieniła się w piasek o przyjemnej temperaturze i podszedł do krawędzi plaży. Wrócił nad Bałtyk i jeszcze raz szum w jego głowie zrównał się z szumem morskich fal.
- Wróciłeś.
- Zwątpiłaś?
- Nie… - Zawahała się. – Może odrobinę.
Zapalił papierosa.
- Zwątpiłaś?
- Nie… - Zawahała się. – Może odrobinę.
Zapalił papierosa.
- Jest tyle pięknych miejsc. Dlaczego akurat to? – Spytała, przyglądając mu się dokładnie. Wydawało jej się, że jego oczy stają się przezroczyste i jednocześnie skrywa je gęsta mgła niczym kryształowe kule, w których ktoś zamknął dym.
- Bo przychodzisz tutaj ty. Jedna z nielicznych osób, która widzi we mnie człowieka.
- Każdy patrzy inaczej. Czy to znaczy, że jestem wyjątkowa?
- Nie.
Jego odpowiedz rozczarowała ją, poczuła przygnębienie i natychmiast zapragnęła dowiedzieć się dlaczego tak jest. Uprzedził jej pytanie:
- Nie jesteś wyjątkowa. Składasz się z tych samych komponentów co ja tylko myślisz inaczej ze względu na ograniczony zasób wiedzy. Myślenie nie czyni ciebie wyjątkową na tle innych ludzi bo każdy z nich myśli. Sposób myślenia też nie czyni ciebie wyjątkową bo każdy może myśleć tak jak ty, jeśli tylko zechce.
- No, ale nikt nie myśli tak jak ja.
- To złudzenie wynikające z wpojonego antropocentryzmu. Zdaje ci się, że tej chwili jesteś niepowtarzalna. Ale jutro ktoś może tak pomyśleć lub pomyślał tak już wczoraj. Powiem więcej, nie może tak pomyśleć, ale na pewno tak pomyśli.
- Ale powiedziałeś, że jestem nieliczną, która widzi w tobie człowieka…
- Źle definiujesz pojęcie wyjątkowości, ale to zrozumiałe. Człowiek ma granice poznania.
- Nie mogę ich przekroczyć?
- Gdybyś mogła nie nazwałbym tego granicą w twoim sensie tego słowa znaczeniu.
- A nie możesz mnie oświecić? Wiesz, dar ducha świętego, czy coś w tym rodzaju...
- Jeśli tego ci potrzeba odnajdź tych co to wymyślili i ich o to poproś. Nie wolno mi ingerować w los żywych istot.
Olśniło ją nagle.
- Ale, ten numer z zachodem i wschodem słońca… To, że ze mną rozmawiasz to też jest ingerencja, czyż nie?
- Owszem.
- Więc dlaczego nie możesz mnie oświecić?
Uśmiechnął się i zrozumiał, że sama nie domyśli się tego co zaszło.
- Stoisz na granicy światów. Dwadzieścia sześć godzin temu straciłaś przytomność w wypadku, gdy jechałaś do ciotki.
Przeszył ją piorunujący dreszcz. Strach przesączył się przez jej myśli i wylał się na skórę przybierając postać zimnego potu. Przyłożył jej swój kciuk do czoła.
- Uspokój się. Jeszcze nie umarłaś, dlatego nie możesz poznać wszelkiej wiedzy, a jednocześnie możesz być tutaj.
- I to też nie czyni mnie wyjątkowej? – Zaskoczył ją własny spokój osuszający jej skórę.
- Nie. Wyjątkowa jest ludzkość na tle wszechświata, lecz nie poszczególni ludzie jako istoty na tle ogółu istniejących stworzeń. – Skończył, jednak ona nadal nie potrafiła tego pojąć. – Powiem to inaczej. Każda definicja, każde stwierdzenie jest zależne od punktu spojrzenia nań. Dlatego wyjątkowość jak zresztą każde pojęcie opisujące świat, który stworzono, jest wieloznaczne. Jesteś nikim na tle innych ludzi, lecz ludzie jako ogół są czymś niesamowitym w odniesieniu do innych istot, choćby tych żyjących na Ziemi jak i na Atei czy Labra Libr.
- Gdzie? – Próbowała pojąć sens wszystkich jego słów.
- Bo przychodzisz tutaj ty. Jedna z nielicznych osób, która widzi we mnie człowieka.
- Każdy patrzy inaczej. Czy to znaczy, że jestem wyjątkowa?
- Nie.
Jego odpowiedz rozczarowała ją, poczuła przygnębienie i natychmiast zapragnęła dowiedzieć się dlaczego tak jest. Uprzedził jej pytanie:
- Nie jesteś wyjątkowa. Składasz się z tych samych komponentów co ja tylko myślisz inaczej ze względu na ograniczony zasób wiedzy. Myślenie nie czyni ciebie wyjątkową na tle innych ludzi bo każdy z nich myśli. Sposób myślenia też nie czyni ciebie wyjątkową bo każdy może myśleć tak jak ty, jeśli tylko zechce.
- No, ale nikt nie myśli tak jak ja.
- To złudzenie wynikające z wpojonego antropocentryzmu. Zdaje ci się, że tej chwili jesteś niepowtarzalna. Ale jutro ktoś może tak pomyśleć lub pomyślał tak już wczoraj. Powiem więcej, nie może tak pomyśleć, ale na pewno tak pomyśli.
- Ale powiedziałeś, że jestem nieliczną, która widzi w tobie człowieka…
- Źle definiujesz pojęcie wyjątkowości, ale to zrozumiałe. Człowiek ma granice poznania.
- Nie mogę ich przekroczyć?
- Gdybyś mogła nie nazwałbym tego granicą w twoim sensie tego słowa znaczeniu.
- A nie możesz mnie oświecić? Wiesz, dar ducha świętego, czy coś w tym rodzaju...
- Jeśli tego ci potrzeba odnajdź tych co to wymyślili i ich o to poproś. Nie wolno mi ingerować w los żywych istot.
Olśniło ją nagle.
- Ale, ten numer z zachodem i wschodem słońca… To, że ze mną rozmawiasz to też jest ingerencja, czyż nie?
- Owszem.
- Więc dlaczego nie możesz mnie oświecić?
Uśmiechnął się i zrozumiał, że sama nie domyśli się tego co zaszło.
- Stoisz na granicy światów. Dwadzieścia sześć godzin temu straciłaś przytomność w wypadku, gdy jechałaś do ciotki.
Przeszył ją piorunujący dreszcz. Strach przesączył się przez jej myśli i wylał się na skórę przybierając postać zimnego potu. Przyłożył jej swój kciuk do czoła.
- Uspokój się. Jeszcze nie umarłaś, dlatego nie możesz poznać wszelkiej wiedzy, a jednocześnie możesz być tutaj.
- I to też nie czyni mnie wyjątkowej? – Zaskoczył ją własny spokój osuszający jej skórę.
- Nie. Wyjątkowa jest ludzkość na tle wszechświata, lecz nie poszczególni ludzie jako istoty na tle ogółu istniejących stworzeń. – Skończył, jednak ona nadal nie potrafiła tego pojąć. – Powiem to inaczej. Każda definicja, każde stwierdzenie jest zależne od punktu spojrzenia nań. Dlatego wyjątkowość jak zresztą każde pojęcie opisujące świat, który stworzono, jest wieloznaczne. Jesteś nikim na tle innych ludzi, lecz ludzie jako ogół są czymś niesamowitym w odniesieniu do innych istot, choćby tych żyjących na Ziemi jak i na Atei czy Labra Libr.
- Gdzie? – Próbowała pojąć sens wszystkich jego słów.
- Inne światy należące do moich przodków. Zresztą. Nie próbuj pojąć sensu rządzącego moim istnieniem, to ci się nie uda.
- Ale… Ale ty jesteś człowiekiem i wiesz to wszystko… Znaczy, ja czuje, że ty to wszystko wiesz, widzę to w twoich oczach.
- Byłem człowiekiem. Wcale nie tak dawno temu. Myślę, że nadal spora część mnie przejawia cechy ludzkie.
Wyprostował nogi i odchylił się do tyłu. Położył głowę na piasku. Wiatr niósł słone kroplę od strony morza, które opadały na jego twarz.
- Ale… Ale ty jesteś człowiekiem i wiesz to wszystko… Znaczy, ja czuje, że ty to wszystko wiesz, widzę to w twoich oczach.
- Byłem człowiekiem. Wcale nie tak dawno temu. Myślę, że nadal spora część mnie przejawia cechy ludzkie.
Wyprostował nogi i odchylił się do tyłu. Położył głowę na piasku. Wiatr niósł słone kroplę od strony morza, które opadały na jego twarz.
- Ty nadal chcesz być człowiekiem… Nie chcesz tego zmieniać, prawda?
- Nie rób tego. Nie próbuj mnie pojąć i zrozumieć.
- Dlaczego?
- Chciałbym znów być człowiekiem, ignorować wszystko tak jak oni i wmawiać sobie, że myśli przetaczające się przez moją głowę coś znaczą. Chciałbym żyć i odczuwać tylko własny ból, czasem poczuć też coś miłego. Tak. Chciałbym czuć tylko za samego siebie, a ty chcesz to wszystko stracić. Szukając odpowiedzi i sensu coraz bardziej oddalasz się od realnego świata. Umierasz.
Zdziwił się, że mógł jej to powiedzieć i wpłynąć tym samym na jej sposób myślenia. Wciąż palił papierosa i rozmyślał o naturze ludzkiej egzystencji.
„Wola każdego człowieka jest podatna na manipulację, ale to czy jej ulegnie zależy właśnie od jego woli. Podoba mi się ta koncepcja”
- Chcę znać prawdę. – Stwierdziła cicho jakby niezdecydowanie, jednak w głębi serca czuła, że tego właśnie chce.
- Dobrze.
Słońce zapłonęło krwistą czerwienią, która zabarwiła niespokojne fale uderzające o brzeg.
- Miło się z tobą rozmawiało. Przykro mi.
- Nie rozumiem? – Poczuła dziwną lekkość. Wstała by otrzepać się z piasku, jednak wiatr pchnął jej ciało w stronę morza i płonącego słońca.
Został sam. Podniósł się i zgasił wciąż tlącego się papierosa o poręcz swojego balkonu. Niedopałek poszybował siedem pięter w dół wprost do ogródka sąsiadki, która przestała dbać o rośliny po śmierci męża.
„Kto tak naprawdę umie cieszyć się życiem, gdy nadarza się do tego okazja?”
Zeskoczył z balkonu. Postanowił przespacerować się ulicami miasta. Tylu ludzi miało do niego pytania i prośby, tylu ludzi modliło się sądząc, że to odmieni ich los. Cieszył się, że wierzą i ufają i nawet nie przeszkadzało mu jeśli żyli podług zasad, które jakiś człowiek nazwał prawami wiary. Zależało mu na tym by byli sobą, by cieszyli się życiem, a nie zadręczali i walczyli z nim by osiągnąć jakieś niewymierne cele.
- Kupi mi pan jakiś ser i mleko na kolacje?
Przytaknął głową w odpowiedzi na pytanie biedaka odzianego w znoszone spodnie i starą skórzaną kurtkę z dziurami wokół kieszeni. Stał samotnie pod dużym sklepem samoobsługowym i zdawał się być niewidzialny, przynajmniej dla wszystkich tych, którzy pożądali szczęścia tylko dla siebie.
- Bóg zapłać. – Rzekł biedak widząc pełną torbę jedzenia.
- Najedz się i idź jutro do urzędu pracy.
- Dobrze, dobrze. Dziękuje. – Uśmiechał się jeszcze długo po tym jak najadł się do syta.
„Ludzie potrzebują etyki by wiedzieć co jest dobre, a co złe. Zupełnie jakby zatracili w sobie sumienie. Teraz ktoś musi im powiedzieć co jest moralnie właściwe by przypadkiem nie postąpili wbrew ogółowi.”
Poczuł zmęczenie. Jego zmysły zasnuła senna poświata stopniowo otępiająca wszelki kontakt z rzeczywistością. Brakowało mu sił, dlatego wciąż uciekał od obowiązków i chroni resztkę swojej osobowości, która powinna umrzeć wraz z ciałem wiele lat temu. Miał dosyć takiej egzystencji, wyczekiwał jej końca jednak nie wiedział kiedy to nastąpi. Nie mógł spodziewać się śmierci, ani żadnego Deus ex machina, które wybawiłoby go od cierpienia, to musiało być zupełnie coś innego.
Zatrzymał się na światłach. Kilka minut wcześniej na tym skrzyżowaniu zderzyły się trzy auta, teraz panowało tu zamieszanie, słychać było nadjeżdżającą karetkę, ktoś próbował reanimować jednego z pasażerów.
„Troje na miejscu, jedna w karetce. Mocno uderzyli… Brak pasów.”
- Jezus... – Wyszeptała jakaś kobieta obok której stanął.
- Jest pani wierząca?
- Tak.. tak. – Odpowiedziała lekko zdezorientowana i przerażona.
- Więc niech pani się modli za duszę tej dziewczyny. – Wskazał palcem na potrzaskane ciało leżące tuż obok samochodu. – Nazywała się Alicja Troczek, niech pani pójdzie na jej pogrzeb.
- Dobrze. – Odpowiedziała bez zastanowienia. Była jakby w transie spowodowanym przez to co zobaczyła i usłyszała.
Kierowca jednego z aut siedział oparty o swój pojazd i płakał skrywając twarz w dłoniach. Podszedł do niego i położył mu na ramieniu swoją dłoń.
- Daj mi swoje cierpienie.
- Dlaczego, dlaczego, dlaczego… Dlaczego Boże właśnie ja? – Usłyszał jego myśli. Przygasił je jak świecę w przedpokoju i odszedł. Mężczyzna siedział dalej, otumaniony, wzrokiem śledził migające światła karetki, która właśnie zatrzymała się na środku skrzyżowania.
- Dlaczego mnie nie wskrzesisz?
Odwrócił się. Dusza dziewczyny klęczała nad jej ciałem, a swój smutny wzrok wbijała w jego twarz.
- Sądzisz, że potrafiłabyś cieszyć się życiem, skoro do tej pory tego nie robiłaś? Sądzisz, że nie zmarnujesz tej szansy?
- Nie zawiodę cię.
- Zawiedziesz. Tak jak wiele lat temu, gdy wzięłaś ojca żyletki.
Jej twarz posmutniała jeszcze bardziej. Widział jak nadzieja ulatnia się ze wszystkich otaczających go istot. Wskazał palcem na zachód i odszedł. Duszę powoli wstały i jedna za drugą znikały w czerwony świetle zachodzącego słońca.
- Nie rób tego. Nie próbuj mnie pojąć i zrozumieć.
- Dlaczego?
- Chciałbym znów być człowiekiem, ignorować wszystko tak jak oni i wmawiać sobie, że myśli przetaczające się przez moją głowę coś znaczą. Chciałbym żyć i odczuwać tylko własny ból, czasem poczuć też coś miłego. Tak. Chciałbym czuć tylko za samego siebie, a ty chcesz to wszystko stracić. Szukając odpowiedzi i sensu coraz bardziej oddalasz się od realnego świata. Umierasz.
Zdziwił się, że mógł jej to powiedzieć i wpłynąć tym samym na jej sposób myślenia. Wciąż palił papierosa i rozmyślał o naturze ludzkiej egzystencji.
„Wola każdego człowieka jest podatna na manipulację, ale to czy jej ulegnie zależy właśnie od jego woli. Podoba mi się ta koncepcja”
- Chcę znać prawdę. – Stwierdziła cicho jakby niezdecydowanie, jednak w głębi serca czuła, że tego właśnie chce.
- Dobrze.
Słońce zapłonęło krwistą czerwienią, która zabarwiła niespokojne fale uderzające o brzeg.
- Miło się z tobą rozmawiało. Przykro mi.
- Nie rozumiem? – Poczuła dziwną lekkość. Wstała by otrzepać się z piasku, jednak wiatr pchnął jej ciało w stronę morza i płonącego słońca.
Został sam. Podniósł się i zgasił wciąż tlącego się papierosa o poręcz swojego balkonu. Niedopałek poszybował siedem pięter w dół wprost do ogródka sąsiadki, która przestała dbać o rośliny po śmierci męża.
„Kto tak naprawdę umie cieszyć się życiem, gdy nadarza się do tego okazja?”
Zeskoczył z balkonu. Postanowił przespacerować się ulicami miasta. Tylu ludzi miało do niego pytania i prośby, tylu ludzi modliło się sądząc, że to odmieni ich los. Cieszył się, że wierzą i ufają i nawet nie przeszkadzało mu jeśli żyli podług zasad, które jakiś człowiek nazwał prawami wiary. Zależało mu na tym by byli sobą, by cieszyli się życiem, a nie zadręczali i walczyli z nim by osiągnąć jakieś niewymierne cele.
- Kupi mi pan jakiś ser i mleko na kolacje?
Przytaknął głową w odpowiedzi na pytanie biedaka odzianego w znoszone spodnie i starą skórzaną kurtkę z dziurami wokół kieszeni. Stał samotnie pod dużym sklepem samoobsługowym i zdawał się być niewidzialny, przynajmniej dla wszystkich tych, którzy pożądali szczęścia tylko dla siebie.
- Bóg zapłać. – Rzekł biedak widząc pełną torbę jedzenia.
- Najedz się i idź jutro do urzędu pracy.
- Dobrze, dobrze. Dziękuje. – Uśmiechał się jeszcze długo po tym jak najadł się do syta.
„Ludzie potrzebują etyki by wiedzieć co jest dobre, a co złe. Zupełnie jakby zatracili w sobie sumienie. Teraz ktoś musi im powiedzieć co jest moralnie właściwe by przypadkiem nie postąpili wbrew ogółowi.”
Poczuł zmęczenie. Jego zmysły zasnuła senna poświata stopniowo otępiająca wszelki kontakt z rzeczywistością. Brakowało mu sił, dlatego wciąż uciekał od obowiązków i chroni resztkę swojej osobowości, która powinna umrzeć wraz z ciałem wiele lat temu. Miał dosyć takiej egzystencji, wyczekiwał jej końca jednak nie wiedział kiedy to nastąpi. Nie mógł spodziewać się śmierci, ani żadnego Deus ex machina, które wybawiłoby go od cierpienia, to musiało być zupełnie coś innego.
Zatrzymał się na światłach. Kilka minut wcześniej na tym skrzyżowaniu zderzyły się trzy auta, teraz panowało tu zamieszanie, słychać było nadjeżdżającą karetkę, ktoś próbował reanimować jednego z pasażerów.
„Troje na miejscu, jedna w karetce. Mocno uderzyli… Brak pasów.”
- Jezus... – Wyszeptała jakaś kobieta obok której stanął.
- Jest pani wierząca?
- Tak.. tak. – Odpowiedziała lekko zdezorientowana i przerażona.
- Więc niech pani się modli za duszę tej dziewczyny. – Wskazał palcem na potrzaskane ciało leżące tuż obok samochodu. – Nazywała się Alicja Troczek, niech pani pójdzie na jej pogrzeb.
- Dobrze. – Odpowiedziała bez zastanowienia. Była jakby w transie spowodowanym przez to co zobaczyła i usłyszała.
Kierowca jednego z aut siedział oparty o swój pojazd i płakał skrywając twarz w dłoniach. Podszedł do niego i położył mu na ramieniu swoją dłoń.
- Daj mi swoje cierpienie.
- Dlaczego, dlaczego, dlaczego… Dlaczego Boże właśnie ja? – Usłyszał jego myśli. Przygasił je jak świecę w przedpokoju i odszedł. Mężczyzna siedział dalej, otumaniony, wzrokiem śledził migające światła karetki, która właśnie zatrzymała się na środku skrzyżowania.
- Dlaczego mnie nie wskrzesisz?
Odwrócił się. Dusza dziewczyny klęczała nad jej ciałem, a swój smutny wzrok wbijała w jego twarz.
- Sądzisz, że potrafiłabyś cieszyć się życiem, skoro do tej pory tego nie robiłaś? Sądzisz, że nie zmarnujesz tej szansy?
- Nie zawiodę cię.
- Zawiedziesz. Tak jak wiele lat temu, gdy wzięłaś ojca żyletki.
Jej twarz posmutniała jeszcze bardziej. Widział jak nadzieja ulatnia się ze wszystkich otaczających go istot. Wskazał palcem na zachód i odszedł. Duszę powoli wstały i jedna za drugą znikały w czerwony świetle zachodzącego słońca.
szybciej!
OdpowiedzUsuńwłaśnie! :)
OdpowiedzUsuńprzydałoby się zdecydowanie heh
OdpowiedzUsuńprzerobione zdecydowanie na 'odwal się'. zaraz przerobie je ładniej i wstawię na deviantart'a ;)
OdpowiedzUsuń