" – Ja się tu chyba powieszę – pomyślał. Nie wpadło mu do głowy, że wobec braku ciążenia nawet takie wyjście nie jest możliwe..."



Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajki. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 sierpnia 2011

My will is good

Żołnierze na pobliskim poligonie zaczęli strzelać. Ona zanurzyła się w liściach okolicznych krzewów by osuszyć pęcherz, więc zostałem sam na sam z dźwiękami karabinowych wystrzałów. Prawie bezchmurne niebo, od czasu do czasu, przecinały świetliste smugi spadających gwiazd, a gdzieś za moimi plecami, tuż obok torów kolejowych, setki tysięcy komarów wirowało ponad pochylonymi kłosami traw.
Chłodna, sierpniowa noc. Prawie bezchmurne niebo i jej włosy, do połowy zanurzone w miodzie, bluzka o sporym dekolcie i przykrótkie spodenki, kończące się gdzieś w połowie uda. Staje przede mną, odpala papierosa i ostentacyjnie dmucha dymem prosto w moją twarz, która jak zawsze tkwi w martwym punkcie, gdzieś na wysokości jej miękkich ust.
 - Wiesz co? Chciałbym szepnąć ci do ucha głupie dobranoc, ucałować ciepło i otulić moją kołdrą, a rano powitać uśmiechem, odgarnąć włosy z twojego czoła i pocałować je bo tuż za nim piętrzą się myśli dzięki którym oboje możemy spać spokojnie. Nie wiem czy to miłość, ale uśmiecham się za każdym razem, gdy idę spać samemu bo wyobrażam sobie ciebie obok. Może pewnego dnia, gdy wreszcie życie wrzuci cię do mojego pokoju, zawiodę się na własnych myślach, ale to nie ma znaczenia. Wszystko robi się takie małe, gdy ty leżysz obok.
 - Zabiłabym cię. Pozwoliłabym ci zasnąć, a potem bym cię udusiła. Poduszką. - Usiadła obok mnie i sięgnęła do torebki po kolejne piwo. - Albo wbiłabym ci nóż prosto w serce.
 - Też romantycznie.
Bezchmurna noc pełna spadających gwiazd i niedożywionych komarów, które od lat wyczekiwały pojawienia się ciepłokrwistych ofiar. Trzymam ręce przy sobie, zamiast jej bioder obejmuje smukłą butelkę złotej Perły i, od czasu do czasu, podnoszę ją by zalać niepokój, tlący się gdzieś w przełyku.


wtorek, 10 maja 2011

Burza nad jeziorem


To było nasze jezioro. Ponad dwa kilometry za twoim domem, w niewielkiej dolinie otoczonej przez pola chmielu, wiśniowe sady i złocisty rzepak, zbiegało się kilka małych strumieni zasilających niewielki zbiornik wodny. Zaciągałaś mnie tam całe lato, chodziliśmy na skróty przez sad Michalskich, jedząc po drodze owoce. Dobrze cie znali, a mnie lubili od zawsze, dlatego dostawaliśmy pełen kosz wiśni od Michalskiej, w zamian za kilka polnych kwiatów zebranych po drodze.
Pamiętam pomost, na którym nakrył nas kiedyś stary rybak. Był wielce zaskoczony naszymi nagimi pośladkami niknącymi w tafli jeziora. Nie bałaś się skoczyć, to ja wahałem się przez chwile, chwyciłaś mnie szybko za rękę i pociągnęłaś za sobą na dno by wkrótce się od niego odbić.
Kiedyś czekałem na ciebie półnagi, siedząc tuż przy brzegu, byłem szalenie zakochany, poświęcałem się całkowicie. Przyszłaś w sukience od ciotki, z kwiatami we włosach i zacałowałaś mnie na powitanie. Zrobiło się ciemno i ciepło, zaczął kropić deszcz. Moje barki coraz mocniej przyciskały cię do pnia młodej sosny, która użyczyła nam swoich rozłożystych gałęzi jak zielonego parasola. Deszcz wzmógł się, ciężki grzmot przeszył dolinę i przywołał wiatr rozczesujący nasze włosy. Całowałem cię namiętnie w szyję, a ty zachwycałaś się zapachem moich perfum, przykładając nos do mojej spoconej skóry. Zrobiło się chłodno, przykryliśmy nasze głowy moim kocem i onieśmieleni popędem zaczęliśmy pozbywać się swoich ubrań. Twoja sukienka mocno przemokła i idealnie przyległa do kształtnych bioder. Zsunęłaś ją z siebie powoli, przepełniona majestatem i gracją, odkryłaś przede mną cały swój urok, który chciałem pochłonąć każdym kolejnym pocałunkiem. Objąłem cię, a ty zrzuciłaś ze mnie mokre spodnie, odwróciłaś się plecami i powiedziałaś:
 - Teraz.
Dobrze wiedziałem co chciałaś ze mną zrobić.

(...)


Odpowiedź na wyzwanie Mosscat. Chyba trochę przesadziłem, ale co tam.

Pearl Jam odpręża.

niedziela, 1 maja 2011

Ostatnia wieczerza (+ kilka spraw organizacyjnych na dole)

Ojciec Michalski jadł ostatnią wieczerze w swoim życiu w towarzystwie chłopaka o bujnych włosach.
 - Lubisz znajdować groszek pomiędzy zębami? – Spytał nagle, przerywając ciszę, która towarzyszyła im już od kilkunastu minut.
 - Nie sądzisz, że to pytanie jest trochę nie na miejscu? – Spojrzał na niego wymownie.
- Świadomość to przytłaczające brzemię, prawda?
Ksiądz wydłubał językiem kawałek grochu ze szczeliny między zębami i uśmiechnął się.
 - Chyba się dziś nie najem.
 - Niestety.
 - Więc nie ma sensu bym pchał w siebie wszystkie te pyszności. – Odłożył talerz i podszedł do kredensu. Wrócił do stołu z butelką koniaku i dwoma szklankami.
 - Napijesz się ze mną?
 - Trzymałeś tę butelkę trzydzieści lat. Jestem pod wrażeniem, że udało ci się żyć we wstrzemięźliwości przez tak długi okres.
 - A ja nie jestem zadowolony. – Ksiądz otworzył butelkę i napełnił szklanki. – Wiesz czego żałuje?
 - Niczego nie powinieneś żałować. Żyłeś najlepiej jak potrafiłeś, byłeś dobry dla innych i oni byli dobrzy dla ciebie.
 - Żałuje, że nigdy już nie zobaczę Danuty. – Stwierdził odstawiając pustą szklankę.
 - Ci którzy odchodzą mogą wrócić jedynie w naszej pamięci.
 - Dlaczego tak jest? Dlaczego nasze życie to tylko lśnienie? Nie potrafię tego pojąć, zrozumieć, po co zadawać sobie tyle trudu by stworzyć coś tak ulotnego jak ludzkie istnienie?
 - Spójrz na to, drogi ojcze, przez pryzmat ulotności sztuki. Człowiek to rysunki kreślone patykiem na piaszczystej plaży, które trwają dopóki nie zamaże ich następna fala. Według ludzi, życie to najbardziej złożony proces jaki kiedykolwiek poznano, na który składają się miliony drobnych szczegółów, subtelnych i złożonych zarazem. Jednak dla mnie to wszystko jest niczym innym jak ulotnym pięknem.
 - Więc to wszystko nie ma sensu?
 - Człowiek nie jest w stanie ogarnąć bezkresu swoich możliwości i zarazem nie ma szans by pojąć dlaczego tak funkcjonuje świat. Ja tylko upraszczam, byś mógł ojcze, uświadomić sobie jak niewiele ode mnie zależy.
 - Nie chcesz być bogiem, prawda?
 - A mam powód by chcieć nim być? Nie prosiłem o to, chciałem tylko umrzeć, a zostałem zawieszony między światami jako administrator życia i śmierci.
 - Chciałbyś być znowu człowiekiem?
 - Może. Nie mam siły na cokolwiek. To wszystko sprawia, że jestem bardzo zmęczony.
Chłopak wypił trochę koniaku i nagle uświadomił sobie, że i on nie pił już od ponad 45 lat. Ojciec Michalski ponownie napełnił swoją szklankę i stwierdził:
 - Jedni mówią, że życie to próba, swoisty wstęp do wieczności. Inni mówią, że po śmierci żyje się w ludzkiej pamięci, a ja już nie wiem jaka jest prawda.
 - Nie ma prawdy. Nie ma nic. Wszystko zabiera i rozmywa fala.
 - To smutne. Smuci mnie to okrutnie.
 - Tyle lat wierzyłeś, że jest coś. Przykro mi, że się zawiodłeś, choć tego nie rozumiem. Miałeś piękne życie, nie bez powodu jestem dziś przy tobie.
 - Może miałem piękne życie, ale się skończyło. I nie ma nic więcej.
 - Została ci jeszcze ta chwila, gdy stoisz na granicy światów i rozmawiasz ze mną.
 - Możesz coś dla mnie zrobić?
 - Nie. Dusze, który odeszły już nie powrócą. Tych ludzi już nie ma.
 Zawiódł się.
 - Zabiorę cię w jedno miejsce.
Jego oczy poraził nagły błysk. W jednej chwili półmrok plebani zamienił się w gorący poranek. Zmrużył oczy i ujrzał kilka zielonych kikutów tonących w złocistym podłożu. Z początku wydawało mu się, że są to kaktusy rosnące na bezkresnej pustyni. Dopiero, gdy jego oczy przyzwyczaiły się do światła dziennego zrozumiał, że są na ogromnej polanie porośniętej żółtą trawą i drobnymi drzewkami. Ksiądz rozejrzał się i spostrzegł, że jego towarzysz stoi pod wielkim, rozłożystym drzewem, które dominowało nad okolicą. Podszedł do chłopaka powoli rozkoszując się zapachem polnych kwiatów i spytał.
 - Co to za miejsce? Jest tu tak cudownie.
 - Ludzie różnie je nazywają, ale…
 - To raj? – Rzucił natychmiast pierwszą myśl, która zaiskrzyła w jego głowie.
 - Powiedzmy. Usiądź.
 - Ale, ta trawa, te drzewa. – Usiadł i chwycił w dłonie źdźbło trawy. - One wydają się takie normalne, a z drugiej strony są takie… wyjątkowe, inne.
 - To Ilia, protoplastka Ziemi. Stworzono ją wcześniej, lecz ludzie na niej wyginęli. Dlatego jest tutaj tak dziko i naturalnie.
 - Jesteśmy na innej planecie? – Rozejrzał się zaskoczony. Rzeczywiście, drzewo pod którym usiedli miało liście o nieznanym mu kształcie. Rurkowate i podłużne, przypominały rozciągnięte zielone kluski, które wisiały na długich, jasnobrązowych gałęziach. Dotknął prawą ręką pnia by zbadać korę. Miała niewiele bruzd, była raczej stosunkowo gładka i śliska, jakby wypolerowana.
 - To zabezpieczenie przed mrówkami. – Stwierdził rozczochrany chłopak. - Owady na tej planecie są wyjątkowo żarłoczne.
Duchowny przymrużył oczy i oparł się o drzewo. Chciał o coś spytać, ale chłopak go uprzedził.
 - Tak. Zamknij oczy i wyobraź ją sobie. Przyjdzie do ciebie w myślach. Porozmawiacie. To jedyny sposób.
Ksiądz zamknął oczy. Po chwili na jego twarzy pojawił się błogi uśmiech.
 „Strach przed nicością. Jak daleko od tego są problemy codzienne zwykłych ludzi. W co się ubrać, z kim się napić.”
Rozmowa z ojcem Michalskim zaszczepiła w nim nowe pokłady siły. Zaczął się nawet zastanawiać czy nie spróbować wprowadzić pewnych zmian w świecie, który zastał, łamiąc tym samym wszystkie ciążące na nim nakazy.
 - Masz w sobie tą niegasnącą energię synu. – Odwrócił głowę. Ksiądz wstał z ziemi i zbliżył się do niego. – Musisz pogodzić się ze swoim przeznaczeniem.
 - Dziękuje. Dziękuje za wiarę.
Twarz ojca Michalskiego rozsypała się w proch, który jednym podmuchem został rozrzucony przez wiatr.
 - Pulvis et umbra sumus.


Większy fragment tego co naskrobałem dzisiaj do założeń z założeń powstałych wczoraj. Pisałem na kacu, spodziewam się ogromu błędów i ogólnie to wszystko pójdzie jeszcze w przeróbkę.
Pomyślałem, że dopisze dalszy ciąg chwiejnej rzeczywistości (która też wymaga poprawek) i w taki sposób powstał ten oto tekst ćwiczeniowy.
Kolejna sprawa - zbliżają się juwenalia czyli miesiąc wyjęty z życia i tak się składa, że gdy wracam do życia zaczyna się sesja. Także możliwe, że to ostatni lub przedostatni dłuższy (ambitny?) tekst. Wrócę do tego latem jak wszystko ogarnę.
Przerwa w notkach długich notkach nie oznacza, że będzie tu pusto. Postaram się wrzucać chociaż wiersze lub jakieś przemyślenia. Mam parę felietonów także nie ma się czym martwić :)

No i ogólnie posucha u innych jest. Co tu zaglądam to nie mam co czytać. Chyba będę musiał was jakoś zmobilizować.

czwartek, 31 marca 2011

Siedem dusz

All you've gotta do is baby kick off your shoes and lay down.
Climb up here with me and let's forget about sleep, and lay down.

Dwoje młodych ludzi leży na łóżku.
 - Gdybyś był mniej skomplikowany, ale nie, ty nie potrafisz. Rozbiłeś swoje wnętrze na siedem części, które na domiar złego nie potrafią się dogadać między sobą bo każda kolejna jest jeszcze bardziej irracjonalna od poprzedniej. I jak tu nie zwariować? Nie mogę już z Tobą zwyczajnie porozmawiać bo ty natychmiast schodzisz na tematy metafizyki i różnych alternatyw dla świata, który jak sądzisz skończy się w momencie, gdy zdołasz go pojąć. Czyli zapewne jakieś piętnaście minut po naszej ostatniej rozmowie, w której powiem ci, żebyś poszedł do diabła. I ty cholero jedna, posłuchasz i pójdziesz i znajdziesz wszystko i nic. I zrozumiesz, a ja będę płakać. Nawet tego nie usłyszysz.
Siedem dusz, kto chciałby choć jedną z nich? Gardzę tobą, rozumiesz to? Nienawidzę twojego spojrzenia, tych ciemnych zapadłych oczu, z których sączy się jedynie ból. Czy ty w ogóle potrafisz dać mi cokolwiek wprost od siebie, z prostej potrzeby serca, a nie z nieznośnej niczym głód narkotykowy, chęci bycia romantycznym i nonszalanckim. Utop się w swoich myślach, proszę, zapomnij, że ktoś taki jak ja istnieje tylko dla ciebie. Nie jesteś wart swego egoizmu i w sumie to dobrze, że z pośród tych siedmiu dusz żadna nie znosi ciebie jako całości. Skoro nie potrafisz dogadać się z samym sobą to jak myślisz, czy ja mam jakiekolwiek szanse by zrozumieć Twój pokręcony system wartości i w ogóle sposób postrzegania świata przez twoje oczy. Dlaczego się uśmiechasz? Myślisz, że to takie zabawne?
 - Kocham cię.
 - Ja ciebie też, ale nie zmieniaj tematu!
Zamilkli.
 - Możesz coś dla mnie zrobić? Odejdź. Zniknij. Zostaw mnie tutaj, samą w ciasnym łóżku na którym ledwo mieścimy się we dwoje. Zabierz swoje tysiąc trzysta złotych miesięcznie, dwie skrzynie z wierszami i tych kilka szmat, które nazywasz ubraniami. Zniknij teraz, w tej chwili, a nie rozpuszczaj się powoli jak aspiryna w szklance, czy bałwan ze śniegu przed blokiem. Jeśli nie możesz być tutaj przy mnie w całości, to wolałabym by nie było cię tu wcale.
Dotknął jej uda. Drgnęła jakby poraził ją prąd.
 - Przestań. Nie chcę twojego fałszywego ciepła. Nie umiesz być ze mną. Może nawet nie chcesz tu być, proszę wyjdź, wiesz gdzie są drzwi.
 - To ty przestań mówić i po prostu poleż tu ze mną.
 - Uciszasz mnie? To coś nowego, zawsze ja musiałam zamykać ci usta.
 - Uznaj to za wpływ słów, które wypowiedziałaś przed chwilą.
Znów zamilkli. Chłopak ponownie dotknął jej uda. Nie drgnęła. Za to jej dłoń musnęła jego przedramię.
 - No i znów jest miło…
 - Na jak długo? Powiedz mi ile jeszcze jestem w stanie wytrzymać?
 - Umiesz. Wierze w ciebie.
                                                                    ***
Zmysłów jest pięć. Dusz jest siedem bo Bóg zawsze lubił tą liczbę. Tak samo jak lubił ludzi, których stworzył jako objaw własnej próżności. Żywy autoportret, mordercy, gwałciciele i demagodzy. Wszyscy z siedmioma częściami Boga w sobie, z żywiołami zamkniętymi pod powiekami, z potencjałem drzemiącym w każdej cząstce ciała, od stóp do głów boskie dzieci.
Dopiero po czasie, po przedarciu się przez wszystkie wcześniejsze refleksje widać w tej boskiej próżności refleks osobliwej cechy ludzi. To my jesteśmy próżni, jeśli wierzymy w to, że w jakimś stopniu jesteśmy do niego podobni lub co gorsza pod pewnymi względami jesteśmy w stanie mu dorównać, jeśli nie przewyższyć.
Zmysłów jest pięć. Dusz jest siedem bo człowiek lubi niszczyć w sobie wszystko to co cenne i zastępować to czymś o wiele wygodniejszym. Dlatego wypaczamy w sobie doskonałości dziecięcego rozumu i zastępujemy go kolejnymi wcieleniami, aż obudzi się ostatnia, siódma dusza, zgorzkniała staruszka drzemiąca na fotelu.


Organizacyjnie:
To był tekst, który zapewne posłałbym ze sceny ku jury rzeźni literackiej. Ułożony chwilę temu, w przeciągu pierwszej godziny ostatniego dnia marca.
To poniżej gwiazdek to jakieś tam małe przemyślenia, które dodaje tak ekstra (bo mieszczą się poza jedną stroną A4). Może ułożę z tego coś więcej. Cytat pochodzi z piosenki: The Bluetones - Sleazy Bed Track z płyty z muzyką do filmu Scott Pilgrim kontra Świat. (POLECAM jeśli wcześniej tego nie robiłem)

czwartek, 10 marca 2011

Chwiejna rzeczywistość



Wiatr delikatnie wymiatał piasek z pomiędzy jego włosów. Bałtycki bezkres nadawał pęd myślom, dostrajał je do właściwej częstotliwości. To była ostatnia ostoja spokoju, którą odwiedzał zbyt często zaniedbując przez to obowiązki.
„Jak wielu ludzi potrafi spojrzeć w ten sposób na zachód słońca?”
Zadał sobie to proste pytanie bo doskonale znał odpowiedź. Plaża była pełna spacerowiczów, kilka osób robiło sobie zdjęcia na tle żarzącej się pomarańczowym światłem gwiazdy.
 - Mogę panu zrobić zdjęcie?
 - Jasne.  – Spojrzał na jej twarz skrytą w setkach włosów, którymi bawił się wiatr.
Wiedział i to było jego przekleństwem, wystarczyło jedno spojrzenie, jedna myśl by on posiadł wiedze o wszystkim.
 - Trochę mocno wieje. Nie mogę dobrze wykadrować…
Naglę bryza zmieniła kierunek i siłę. Teraz piasek powoli toczył się w stronę wody. Odwrócił się i uśmiechnął, a ona odwzajemniła jego gest.
 - Wyjdą świetne. Uwierz mi.
Usiadła obok niego, wspólnie śledzili poczynania słońca.
 - Mieszkasz tutaj? Już, któryś raz widzę jak tutaj siedzisz.
 - Mieszkam w Koszalinie. Zwyczajnie bardzo lubię to miejsce.
 - Jakieś miłe wspomnienia?
 - Powiedzmy. Studiujesz w Gdańsku?
 - Tak. Skąd wiedziałeś?
 - Zgadłem.
Gdzieś w pobliżu granicy Chin i Birmy znów zadrżała ziemia grzebiąc jej mieszkańców.
 Chwycił w garść odrobinę piasku. Poczuł jak między palcami przesypują się kolejne ludzkie dusze.
 - A ty co tutaj robisz?
„Cztery, pięć, sześć…” – Liczył w myślach ziarenka opadające swobodnie na ziemie.
 - Przyjechałam do ciotki na ferie.
 - Pewnie sądziłaś, że będzie chłodniej.
„… dziewięć, jedenaście…”
 - Ostatnio wiele rzeczy dzieje się tak nieprzewidywalnie, że przestałam już przykładać wagę do rozmyślania o takich rzeczach.
 - I słusznie.
„Dwanaście, trzynaście… tak wielu…”
Zamilkli oczekując krytycznego momentu, gdy tarcza słoneczna dotknie horyzontu.  Dziewczyna westchnęła rozmarzona:
 - Boże jak tu pięknie…
 - Wiem. Nie musisz mi dziękować.
Chciała spojrzeć na niego by swym pytającym wzrokiem wymusić wyjaśnienie tych słów jednak wokół niej nikogo nie było. Siedziała sama, a słońce powoli wspinało się po niebie w otoczeniu waniliowych chmur.
Z wielkiego obłoku pyłu wyłoniło się kilku ratowników biegnący z noszami na których leżała młoda Chinka z pokaleczoną głową i rozciętym lewym udem. W jej oczach nie dostrzegł przyszłości i poczuł się okropnie ze świadomością, że znów zaniedbał swoje obowiązki i, że nie potrafi zmienić jej losu. Doskonale zdawał sobie sprawę ze swojej bezsilności jednak brał na siebie brzemię odpowiedzialności, które w ostatecznym rozrachunku zawsze spada na niego.
Wszedł między ruiny wśród, których aż roiło się od ratowników i żołnierzy, którzy próbowali odnaleźć rannych. Był taki jakim widzieli go inni, nie mógł kreować siebie samodzielnie
Tak wielu nie potrafiło pojąć dlaczego jest bezsilny. Tak wielu znienawidziło go za obojętność z jaką traktował wszystkich dookoła lub zwyczajnie wyrzekło się wiary w jego istnienie z racji braku jakichkolwiek działań. Nie był wszechmocny czy wszechobecny, mieszkał na przedmieściach Koszalina, a nie jak wielu sądziło gdzieś ponad ich głowami. Wszystkie atrybuty przypisywane jemu tak naprawdę należały się jego przodkom, których był wcieleniem wybranym losowo.
„Muszę być w tym najgorszy od wieków.”
Przykucnął nad plastikowym workiem ze zwłokami starszego mężczyzny i przez chwilę pomodlił się za jego duszę, która wstała i wyszła z ciała. Wskazał jej wzrokiem drogę prowadzącą na zachód, na miejsce spotkania słońca z horyzontem i życia z przeznaczeniem. Pozbierał z ziemi porozrzucany wszędzie dookoła ból, którego wszystkie istoty pozbywały się w momencie śmierci. Wiele drobiazgów ciągnących jego wnętrze w dół było nikomu niepotrzebnymi uczuciami rodzącymi się w przeciągu całego istnienia. Wszyscy je posiadali i ignorowali bo zdawało się im, że tak będzie dużo łatwiej pochwycić szczęście.
„Ludzkie poczynania niewiele się różnią od poczynań zwykłej bakterii. Może odrobinę urozmaicone przez inteligencje i miliony lat ewolucji, sprowadzają się do śmiertelnej pogoni za czymś czego nawet nie potrafią dobrze nazwać czy określić. Wolna wola tworzy i wypacza człowieczeństwo.”
Ponownie poczuł, że nie ma zamiaru przebywać w miejscu przepełnionym tragedią. Zapragnął usiąść na poręczy swego balkonu, zapalić papierosa i obserwować jak miasto powoli zasypia.
Podniósł się z ziemi i wsiadł do autobusu toczącego się wolno w kierunku Rokosowa.           

Świat za oknem zdawał się być czarną dziurą, która stopniowo odbierała mu resztki sił i posyłała je gdzieś na drugą stronę autobusowej szyby. Gdyby teraz ktokolwiek zaczepił go i spytał choćby o głupi bilet zapewne zapadłby się do wewnątrz jak masywna gwiazda i uciekł w niezrozumiałą metafizyczną osobliwość.
"Tu zdarzyć się może wszystko. Nikt nie umie przewidzieć w którą stronę zakrzywi się przestrzeń i jak mocno czas zwolni swój bieg. To świat w którym możesz stracić życie za głupią kulturę języka"
Przez otwarte drzwi usłyszał skrawek rozmowy prowadzonej na przystanku.
 - ...co za pizda. Co ona sobie kurwa wyobraża, że kim tu kurwa jest.
 - Dziwka.
 - Dziwny to obyczaj. Tak czcić święto kobiet. - Sennym głosem skomentował usłyszane słowa tak, że przypadkowo dotarły one do kilku współpasażerów siedzących tuż obok niego. Spojrzeli na niego, lecz ujrzeli wrak, tylko w szczegółach przypominający ludzkie ciało. Opustoszała skorupa człowieka z niezliczoną ilością poplątanych i brudnych włosów tak na głowie jak i na brodzie siedziała opierając się na pokaleczonej dłoni, która wyglądała jakby w wolnych chwilach rozgniatał nią szkło. Nikt nie odważył się spojrzeć mu prosto w oczy, wszyscy nieśmiało uciekali wzrokiem w coraz to nowe miejsca wyłaniające w trakcie podróży. Oni milczeli, a on z nich kpił bo odnalazł w tym niepojętą ironię, która tylko jemu zdawała się jasna i przejrzysta.
Wysiadł z autobusu. Powiew powietrza wymieszanego ze spalinami omiótł jego twarz i włosy.
Ciężar, przytłaczający dotąd jego duszę, uniósł się ku chmurze trucizn przetaczającej się nad miastem. Nie zmienił się, nie stracił ani grama siebie, ale kilka błahostek rodzących ból odeszło już na dobre. Stał tak sam na przystanku, plecami do jezdni i patrzył we własne obicie zanurzone w małej kałuży powstałej w śladzie po czyimś bucie. W jego myślach panował nieustany szum, natłok bezustannych wątpliwości i analiz, które formowały strumień wypływający poza świadomość. Widział jak jego oczy drżą na tafli brudnej wody i wyobrażał sobie, że z każdą chwilą odkleja się od tła, jak tapeta kiepsko przyklejona do ściany.
Minął go człowiek ubrany w sportowy dres, potocznie zwany "blokersem". Prześwietlili się nawzajem wzrokiem. Pod jego czapką krył się zwyczajny mózg kojarzący nieskończoną ilość faktów, lecz coś hamowało jego rozwój. Nie chciał szukać przyczyn głupoty. Uznawał, że powstaje ona jakby z przymusu, skoro istniej mądrość musi istnieć też jej przeciwność.
Nie pamiętał kiedy przestał go bić. Gdy odzyskał przytomność był sam na sam ze światłem latarni odbijającym się w kałuży. Wodę zabarwiła krew wciąż obficie płynąca z nosa, co sugerowało wcale nie tak dawny przebieg zdarzeń. Zacisnął ręce i powieki. Z całych sił spróbował przenieść się w zupełnie inne miejsce, jednak ziemia pod jego policzkiem nadal była lodowata. Na całym ciele czuł wilgoć, która przesączała się przez jego ubranie jak wcześniej ból przesączał się przez jego ciało, systematycznie likwidując w nim resztki chęci do życia.
Otworzył prawe oko i oślepił go niebywały błysk porannego słońca. Podniósł się z ziemi, która zamieniła się w piasek o przyjemnej temperaturze i podszedł do krawędzi plaży. Wrócił nad Bałtyk i jeszcze raz szum w jego głowie zrównał się z szumem morskich fal.
 - Wróciłeś.
 - Zwątpiłaś?
 - Nie… - Zawahała się. – Może odrobinę.
Zapalił papierosa.
 - Jest tyle pięknych miejsc. Dlaczego akurat to? – Spytała, przyglądając mu się dokładnie. Wydawało jej się, że jego oczy stają się przezroczyste i jednocześnie skrywa je gęsta mgła niczym kryształowe kule, w których ktoś zamknął dym.
 - Bo przychodzisz tutaj ty. Jedna z nielicznych osób, która widzi we mnie człowieka.
 - Każdy patrzy inaczej. Czy to znaczy, że jestem wyjątkowa?
 - Nie.
Jego odpowiedz rozczarowała ją, poczuła przygnębienie i natychmiast zapragnęła dowiedzieć się dlaczego tak jest. Uprzedził jej pytanie:
 - Nie jesteś wyjątkowa. Składasz się z tych samych komponentów co ja tylko myślisz inaczej ze względu na ograniczony zasób wiedzy. Myślenie nie czyni ciebie wyjątkową na tle innych ludzi bo każdy z nich myśli. Sposób myślenia też nie czyni ciebie wyjątkową bo każdy może myśleć tak jak ty, jeśli tylko zechce.
 - No, ale nikt nie myśli tak jak ja.
 - To złudzenie wynikające z wpojonego antropocentryzmu. Zdaje ci się, że tej chwili jesteś niepowtarzalna. Ale jutro ktoś może tak pomyśleć lub pomyślał tak już wczoraj. Powiem więcej, nie może tak pomyśleć, ale na pewno tak pomyśli.
 - Ale powiedziałeś, że jestem nieliczną, która widzi w tobie człowieka…
 - Źle definiujesz pojęcie wyjątkowości, ale to zrozumiałe. Człowiek ma granice poznania.
 - Nie mogę ich przekroczyć?
 - Gdybyś mogła nie nazwałbym tego granicą w twoim sensie tego słowa znaczeniu.
 - A nie możesz mnie oświecić? Wiesz, dar ducha świętego, czy coś w tym rodzaju...
 - Jeśli tego ci potrzeba odnajdź tych co to wymyślili i ich o to poproś. Nie wolno mi ingerować w los żywych istot.
Olśniło ją nagle.
 - Ale, ten numer z zachodem i wschodem słońca… To, że ze mną rozmawiasz to też jest ingerencja, czyż nie?
 - Owszem.
 - Więc dlaczego nie możesz mnie oświecić?
Uśmiechnął się i zrozumiał, że sama nie domyśli się tego co zaszło.
 - Stoisz na granicy światów. Dwadzieścia sześć godzin temu straciłaś przytomność w wypadku, gdy jechałaś do ciotki.
Przeszył ją piorunujący dreszcz. Strach przesączył się przez jej myśli i wylał się na skórę przybierając postać zimnego potu. Przyłożył jej swój kciuk do czoła.
 - Uspokój się. Jeszcze nie umarłaś, dlatego nie możesz poznać wszelkiej wiedzy, a jednocześnie możesz być tutaj.
 - I to też nie czyni mnie wyjątkowej? – Zaskoczył ją własny spokój osuszający jej skórę.
 - Nie. Wyjątkowa jest ludzkość na tle wszechświata, lecz nie poszczególni ludzie jako istoty na tle ogółu istniejących stworzeń. – Skończył, jednak ona nadal nie potrafiła tego pojąć. – Powiem to inaczej. Każda definicja, każde stwierdzenie jest zależne od punktu spojrzenia nań. Dlatego wyjątkowość jak zresztą każde pojęcie opisujące świat, który stworzono, jest wieloznaczne. Jesteś nikim na tle innych ludzi, lecz ludzie jako ogół są czymś niesamowitym w odniesieniu do innych istot, choćby tych żyjących na Ziemi jak i na Atei czy Labra Libr.
 - Gdzie? – Próbowała pojąć sens wszystkich jego słów.
 - Inne światy należące do moich przodków. Zresztą. Nie próbuj pojąć sensu rządzącego moim istnieniem, to ci się nie uda.
 - Ale… Ale ty jesteś człowiekiem i wiesz to wszystko… Znaczy, ja czuje, że ty to wszystko wiesz, widzę to w twoich oczach.
 - Byłem człowiekiem. Wcale nie tak dawno temu. Myślę, że nadal spora część mnie przejawia cechy ludzkie.
Wyprostował nogi i odchylił się do tyłu. Położył głowę na piasku. Wiatr niósł słone kroplę od strony morza, które opadały na jego twarz.
 - Ty nadal chcesz być człowiekiem… Nie chcesz tego zmieniać, prawda?
 - Nie rób tego. Nie próbuj mnie pojąć i zrozumieć.
 - Dlaczego?
 - Chciałbym znów być człowiekiem, ignorować wszystko tak jak oni i wmawiać sobie, że myśli przetaczające się przez moją głowę coś znaczą. Chciałbym żyć i odczuwać tylko własny ból, czasem poczuć też coś miłego. Tak. Chciałbym czuć tylko za samego siebie, a ty chcesz to wszystko stracić. Szukając odpowiedzi i sensu coraz bardziej oddalasz się od realnego świata. Umierasz.
Zdziwił się, że mógł jej to powiedzieć i wpłynąć tym samym na jej sposób myślenia. Wciąż palił papierosa i rozmyślał o naturze ludzkiej egzystencji.
„Wola każdego człowieka jest podatna na manipulację, ale to czy jej ulegnie zależy właśnie od jego woli. Podoba mi się ta koncepcja”
 - Chcę znać prawdę. – Stwierdziła cicho jakby niezdecydowanie, jednak w głębi serca czuła, że tego właśnie chce.
 - Dobrze.
Słońce zapłonęło krwistą czerwienią, która zabarwiła niespokojne fale uderzające o brzeg.
 - Miło się z tobą rozmawiało. Przykro mi.
 - Nie rozumiem? – Poczuła dziwną lekkość. Wstała by otrzepać się z piasku, jednak wiatr pchnął jej ciało w stronę morza i płonącego słońca.
Został sam. Podniósł się i zgasił wciąż tlącego się papierosa o poręcz swojego balkonu. Niedopałek poszybował siedem pięter w dół wprost do ogródka sąsiadki, która przestała dbać o rośliny po śmierci męża.
„Kto tak naprawdę umie cieszyć się życiem, gdy nadarza się do tego okazja?”
Zeskoczył z balkonu. Postanowił przespacerować się ulicami miasta. Tylu ludzi miało do niego pytania i prośby, tylu ludzi modliło się sądząc, że to odmieni ich los. Cieszył się, że wierzą i ufają i nawet nie przeszkadzało mu jeśli żyli podług zasad, które jakiś człowiek nazwał prawami wiary. Zależało mu na tym by byli sobą, by cieszyli się życiem, a nie zadręczali i walczyli z nim by osiągnąć jakieś niewymierne cele.
 - Kupi mi pan jakiś ser i mleko na kolacje?
  Przytaknął głową w odpowiedzi na pytanie biedaka odzianego w znoszone spodnie i starą skórzaną kurtkę z dziurami wokół kieszeni. Stał samotnie pod dużym sklepem samoobsługowym i zdawał się być niewidzialny, przynajmniej dla wszystkich tych, którzy pożądali szczęścia tylko dla siebie.
 - Bóg zapłać. – Rzekł biedak widząc pełną torbę jedzenia.
 - Najedz się i idź jutro do urzędu pracy.
 - Dobrze, dobrze. Dziękuje. – Uśmiechał się jeszcze długo po tym jak najadł się do syta.
„Ludzie potrzebują etyki by wiedzieć co jest dobre, a co złe. Zupełnie jakby zatracili w sobie sumienie. Teraz ktoś musi im powiedzieć co jest moralnie właściwe by przypadkiem nie postąpili wbrew ogółowi.”
Poczuł zmęczenie. Jego zmysły zasnuła senna poświata stopniowo otępiająca wszelki kontakt z rzeczywistością. Brakowało mu sił, dlatego wciąż uciekał od obowiązków i chroni resztkę swojej osobowości, która powinna umrzeć  wraz z ciałem wiele lat temu. Miał dosyć takiej egzystencji, wyczekiwał jej końca jednak nie wiedział kiedy to nastąpi. Nie mógł spodziewać się śmierci, ani żadnego Deus ex machina, które wybawiłoby go od cierpienia, to musiało być zupełnie coś innego.
Zatrzymał się na światłach. Kilka minut wcześniej na tym skrzyżowaniu zderzyły się trzy auta, teraz panowało tu zamieszanie, słychać było nadjeżdżającą karetkę, ktoś próbował reanimować jednego z pasażerów.
„Troje na miejscu, jedna w karetce. Mocno uderzyli… Brak pasów.”
 - Jezus... – Wyszeptała jakaś kobieta obok której stanął.
 - Jest pani wierząca?
 - Tak.. tak. – Odpowiedziała lekko zdezorientowana i przerażona.
 - Więc niech pani się modli za duszę tej dziewczyny. – Wskazał palcem na potrzaskane ciało leżące tuż obok samochodu. – Nazywała się Alicja Troczek, niech pani pójdzie na jej pogrzeb.
 - Dobrze. – Odpowiedziała bez zastanowienia. Była jakby w transie spowodowanym przez to co zobaczyła i usłyszała.
Kierowca jednego z aut siedział oparty o swój pojazd i płakał skrywając twarz w dłoniach. Podszedł do niego i położył mu na ramieniu swoją dłoń.
 - Daj mi swoje cierpienie.
 - Dlaczego, dlaczego, dlaczego… Dlaczego Boże właśnie ja? – Usłyszał jego myśli. Przygasił je jak świecę w przedpokoju i odszedł. Mężczyzna siedział dalej, otumaniony, wzrokiem śledził migające światła karetki, która właśnie zatrzymała się na środku skrzyżowania.
 - Dlaczego mnie nie wskrzesisz?
Odwrócił się. Dusza dziewczyny klęczała nad jej ciałem, a swój smutny wzrok wbijała w jego twarz.
 - Sądzisz, że potrafiłabyś cieszyć się życiem, skoro do tej pory tego nie robiłaś? Sądzisz, że nie zmarnujesz tej szansy?
 - Nie zawiodę cię.
 - Zawiedziesz. Tak jak wiele lat temu, gdy wzięłaś ojca żyletki.
Jej twarz posmutniała jeszcze bardziej. Widział jak nadzieja ulatnia się ze wszystkich otaczających go istot. Wskazał palcem na zachód i odszedł. Duszę powoli wstały i jedna za drugą znikały w czerwony świetle zachodzącego słońca.

środa, 5 stycznia 2011

Ulubiona bajka małej Marty

Ulubiona bajka małej Marty

Hektora nie lubił nikt z jego roku. Nie bez przyczyny, uchodził za ostatniego kretyna, któremu jedyne co udało się osiągnąć to jakimś cudem dostać się na tak renomowaną uczelnie jak Uniwersytet Gdański i zająć miejsce należące się komuś, kto naprawdę fascynował się filozofią.
Już pierwszego dnia zraził do siebie wszystkich pytając wprost, czy któraś z jego koleżanek nie ma ochoty na igraszki.
Wśród najtęższych umysłów zawrzało. To było skandaliczne zachowanie za które co najmniej należało uciąć język lub ręce by nigdy nie próbował się do kogoś dobrać. Hektora odizolowano od reszty grupy, stał się outsiderem, obiektem drwin i głównym katalizatorem nienawiści dla ludzi stawiających własną osobę powyżej jego prymitywnej osobowości kierującej się popędami.
Niestety z Hektorem był jednak dużo poważniejszy problem, który szybko przyćmił jego perwersje i dał znacznie większy bodziec do dyskusji. Otóż chłopak ten mimo iż wyzwaniem dla niego było używanie wyszukanych słów i wyższej kultury osobistej w relacjach z innymi studentami, o tyle na zajęciach, na oczach wykładowców ujawniał się jego geniusz. Zadawał pytania, wdawał się w długie dyskusje, formułował własne tez i skutecznie je bronił, jednym słowem właściwy człowiek na właściwym miejscu. Kilka osób znienawidziło go jeszcze bardziej, pozostali zamarli z osłupienia.
Po pierwszym wykładzie, jedna z dziewczyn ku której rzucał swe świńskie uwagi, zastąpiła mu drogę i z jeszcze większym niż dotychczas oburzeniem, spytała:
- Kim ty jesteś?
Hektor nawet na nią nie spojrzał, tylko poszedł dalej w ciszy z szyderczym uśmiechem na ustach. Nikt nigdy nie widział go w bibliotece, ale za to bywał na wszelkiej maści imprezach odbywających się w całym mieście, wszędzie uchodząc za największego z błaznów.
Któregoś dnia w końcu znudziło mu się trzymanie ludzi w niepewności i odpowiedział na nurtujące wszystkich studentów pytanie.
- Zawsze udawaj głupiego, bo tylko człowiek mądry zauważy, że udajesz.


za każdym razem w innej wersji. nigdy jej się nie nudzi. 

środa, 15 grudnia 2010

Legenda o komunikacji wszelkiej maści

 - Opowiem wam bajkę drogie dzieci. - Rzekł dziadek zasiadający wygodnie w bujanym fotelu. - O czasach odległych, gdy byłem jeszcze w waszym wieku, a pociągi, samoloty i autobusy jeździły punktualnie.
 - Starcze. - Rzekł pierwszy z szeregu, którego głowa zdawała się być nienaturalnej wielkości. - Nie pierdol, transport od zawsze ma opóźnienia.
 - Oj nie synu, pamiętam dobrze, gdy listonosz doręczał mi pocztę punktualnie.
 - Przecież to jest jakiś horror. - Wrzasnęła dziewczynka, stojąca z tyłu i wyskoczyła przez okno z racji tego, że był to parter.



Się zastanawiam. Co zagina czasoprzestrzeń - śnieg? zaspy korki lód na drogach?
Jakim cudem wracam do domu 2 - 3 godziny?
Czasem mam ochotę wrzasnąć kazikove BULWA !!!! (swoją drogą rozjebała mnie tym, ale to już tak na marginesie pracy)