" – Ja się tu chyba powieszę – pomyślał. Nie wpadło mu do głowy, że wobec braku ciążenia nawet takie wyjście nie jest możliwe..."



Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krótsze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krótsze. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 listopada 2012

Jeszcze kilka listów


J.

Niektórzy zaczynają listy od przypomnienia jakiejś sympatycznej sytuacji z przed lat. Dla nas nie ma czasu, który by nas poprzedzał, bo od zawsze trwamy w teraz i jakoś nie mamy odwagi uganiać się za wtedy.
Może powinienem ująć to w nawias, albo przynajmniej przemyśleć dokładniej, skoro stawiam tak śmiałe tezy, bez wcześniejszej konsultacji z wewnętrznym organem decyzyjnym?
Cokolwiek bym pomyślał, nic nas nie odmieni, nasze nastawienie do świata wydaje mi się idealnym stanem zawieszenia, zdolnym do przetrzymania każdej wichury, jaką mogą zaserwować nam nasi bliźni. Tak, zupełnie nie mam wiary w ich pozytywne intencje względem nas, bo widzisz, jesteśmy skażeni naszym odmiennym podejściem do wielu spraw. To wszystko kłuje w oczy, razi i pali tych, co wierzą, że jedna jest tylko droga, ta słuszna ścieżka, i to oni nią podążają.
Każdy chce dokądś zmierzać, wyznacza sobie rozmaite cele. Ale ilu posiadło zdolność chodzenia, a ilu uroiło ją sobie?

F.

***

J.

Przed chwilą stało się coś dziwnego. Zmyśliłem kobietę w autobusie. Zmyśliłem ją od początku, od podstaw. Kawałek po kawałeczku.
Zdziwiłabyś się ile skomplikowanych elementów jest w takim niepozornym człowieczku, jak typowa starsza pani przemieszczająca się pomiędzy naszymi wymiarami. Wiecznie podkrążone i niewyspane oczy, cera pozbawiona jakichkolwiek znamion piękna, za to usiana bliznami po brodawkach, pryszczach i rozmaitych guzach. Albo siwe włosy upchnięte pod beretem, których skrawki obumierają na krawędzi płaszcza. Albo usta i zęby, które wyniszczyły choroby i połączenie tlenu z nikotyną.
A dłonie, zapytasz, co z dłońmi, bo one zawsze Cię ciekawią. Otóż jej palce opinała zużyta i znoszona skóra, którą ktoś siłą naciągnął na kości. Jej dolne kończyny drżały z zimna lub od przeciągającej się podróży w pozycji stojącej.
Ktokolwiek tworzy piękno, ma łatwe zadanie. Uroda, która zamiast zachwytu, porusza serce w stronę żalu i współczucia, jest czymś o wiele bardziej doskonalszy, subtelnie dopracowanym tworem, którego stworzenie wymaga ogromu pracy.
Jestem przemęczony i przedarty.

F.

***

J.

Mam z tym problem J. Bardzo duży problem. Znów zbyt wiele biorę do siebie. Ponownie podsycam wewnętrzną nienawiść, jakimiś próżnymi zagraniami, w stylu wystawiania słów ze swojego worka na murach.
Ty mi powiedziałaś, że ja nie piszę wierszy, tylko zmieniam twarze, zakładam nowe buty. W tym aspekcie mojego życia panuje chaos i nie ważne jak wielkim uczuciem będziesz mnie darzyć i jak wielką gwarantować stałość, w tym pudełeczku zawsze trzymać będę zbędne rupiecie, pozbierane od obcych ludzi każdego formatu.
Więc za każdym razem, gdy urzeczywistniam jakiś drobiazg, wydaje się on nie mieć większego znaczenia, poza manifestacją mojego aktualnego oblicza.

F.

***

J.

Zacząłem zbierać stare książki. Wyprułem wnętrzności największej szafie w moim pokoju i upycham tam literaturę i czasopisma. Nie wiem czy przeczytam kiedykolwiek to wszystko, ale chcę je posiadać, może tak na wszelki wypadek?
(Któregoś dnia wejdę do tej szafy i zniknę na zawsze. Jak w Narnii.)
Kiedyś napisałem, że jeśli skończy się węgiel, i temu podobne, to będę mógł nimi palić w piecu. Teraz nie mogę sobie tego nawet wyobrazi (jeszcze przypadkiem stanie się to prawdą), jak mógłbym pozbyć się moich skarbów?

Kobieta pracująca w niedalekim antykwariacie zna mnie z imienia i nazwiska. Podejrzewam, że przypadłem jej do gustu regularnym wypytywaniem o nowości i wielogodzinnym przesiadywaniem w ciasnym pomieszczeniu pełnym skarbów. Wie, że zazdroszczę jej tej pracy i tego towarzystwa.
Sama nie czyta zbyt wiele, pochłania jeden tytuł tygodniowo, twierdząc, że na więcej nie ma sił. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym się nią nasycić. Jest zupełnie inna niż Ty, taka prostolinijna, wręcz odpychająca. Chyba specjalnie zwiększa dystans, nawet do tych wszystkich książek.

F.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Ciąg dalszy koszmaru


2
Właz wejściowy zatrzasnął się za nim. Zdjął hełm od skafandra i położył go na blacie, który wydawał się być stworzony wyłącznie do tego. Opuścił komorę ciśnieniową i wszedł do przestronnego pomieszczenia, w którym panował półmrok, a jedynym źródłem światła było kilkanaście, jasnozielonych diod, migoczących kilka metrów przed nim.
 - Halo? – Odezwał się swym stanowczym głosem, trochę za głośno i z lekką dozą agresji ukrytej gdzieś w tle. Gdy okazało się, że jedyną reakcją na jego słowa, jest cisza, postanowił, dość nierozważnie, sprecyzować swoje zapytanie. – Jest tu ktoś?
Oczywiście pustka nie odpowiedziała, potęgującą wrażenie, że nikt nie odwiedzał tego miejsca od wieków. Jedynie migotanie zielonkawych diod, sugerowało, że ma tu swoje miejsce jakaś forma mechanicznej egzystencji.
Pewnie oszczędzają energie.
Nie zastanawiając się nawet przez sekundę, czy coś mu grozi i czy przypadkiem za chwile nie straci swojego szóstego życia, zbliżył się do świateł tańczących w oddali. Wtem spostrzegł na podłodze ledwie widoczną ścieżkę, wyznaczoną przez dwa rzędy słabowitych lampek. Nie zwlekając, ruszył tą drogą.
Chodnik, po którym stąpał, z każdym pokonanym metrem robił się coraz jaśniejszy, aż doprowadził go do monumentalnej ściany, w której żarzyły się dwie zielone diody. Gdy zdołał wreszcie pojąć swoją głupotę, złapał się za głowę. Wokół niego było już całkowicie jasno.
Naprowadzanie światłem. A ja sobie myślałem, że ktoś tu oszczędza energię.
Rozejrzał się szukając wejścia i wtedy usłyszał całkowicie naturalny, niczym niezakłócony, głos mężczyzny.
 - Tożsamość potwierdzona. Doktorze Kurt. Witamy na Róży. – Diody żarzące się tuż przed nim, zapłonęły nagle czerwonym światłem i uciekły na bok, odsłaniając wejście do windy. – Zapraszam na mostek.
 - Przepraszam, a z kim mam przyjemność? – Spytał zaskoczony. Z każdą sekundą coraz bardziej oswajał się z nowymi szczegółami dotyczącymi jego własnej osoby i życia sprzed lodowego snu, które napływały do jego pamięci w jakiś chaotyczny sposób. Gdy właśnie docierało do niego, że ma na imię Kurt i zapewne jest lekarzem, w głośnikach ponownie odezwał się mężczyzna o gładkim głosie.
 - Jestem interfejsem głosowym zespołu zarządzania statkiem.
 - Acha. To komputer, a co z ludźmi?
Kurt miał wrażenie, że winda nawet nie drgnęła, ale mimo to skromny wyświetlacz obok drzwi wskazywał, że zbliża się do celu. Nie słyszał szumu, nie odbijał się od ścian czy sufitu, nawet uszy mu się nie zatkały. Była to najdziwniejsza i najspokojniejsza podróż windą, jaką kiedykolwiek odbył. Przestraszył się, gdy nagle drzwi rozsunęły się przednim, zastępując zdumienie szokiem. Nie tak to sobie wyobrażał.
Jego oczom ukazał się mostek, czyli prawie puste pomieszczenie o owalnym kształcie, z gładkimi ścianami w jasnym kolorze i jednym fotelem stojącym na podwyższeniu pośrodku. Właściwie było to legowisko, o wiele za duże jak na potrzeby zwykłego człowieka, na którym raczej leżało się niż siedziało, opierając ciało na powyginanej listwie.
Kurt podszedł niepewnie do jedynego „mebla” w pomieszczeniu i zaczął go ostrożnie sprawdzać. Brakowało przycisków, ekranów lub chociaż hełmu z wizjerem, a w dodatku listwa nie była szersza niż jego dłoń.
Przecież to mnie nie utrzyma.
- Proszę się położyć doktorze. – Zahuczał komputer gdzieś niedaleko jego ucha.
Nie mając innego wyboru, usiadł na listwie, która, o dziwo, nie ugięła się pod jego ciężarem, a następnie spróbował przenieść na nią nogi, choć nie mógł sobie wyobrazić, w jaki sposób miałby by się tam zmieścić. I wtedy fotel ożył, zaczął się rozszerzać i jednocześnie zmniejszał swoją długość. Listwa szybko dopasowała się do kształtu jego pośladków, a jego nogi dotknęły miękkiego materiału, który nijak nie przypominał tego co wcześniej dotykał dłonią.
 - Obecnie ma pan sto osiemdziesiąt trzy centymetry wzrostu, z wahaniem do czterech milimetrów. – Komputer odezwał się gdzieś ponad nim. – Fotel uwzględnił pana wzrost i fakt, że przez bardzo długi czas, leżał pan w jednej pozycji.
 - Dziękuję. – Odpowiedział lekko zmieszany.
Skąd on wie, że nie chcę się kłaść na czymkolwiek? Pomyślał, czując jak drętwieją mu palce. Może to jakiś syndrom po hibernacyjny, który zbadano już lata temu? Jako lekarz powinien wiedzieć takie rzeczy.
Zamknął oczy i oparł plecy o listwę, która dopasowała się do kształtu jego kręgosłupa, ale nie rozszerzyła się tak jak w przypadku pośladków, czy nóg, nadal pozostała wąska. Pojawił się też pewien zaskakujący dla Kurta szczegół. Listwa, a więc i cały fotel, kończył się w połowie jego szyi, tak, że jego głowa nie miała podparcia i całą siłą, jaka pozostała mu w mięśniach, musiał ją unosić by móc cokolwiek widzieć. Kolejnym problemem wydały mu się ręce, które położył na brzuchu, ale instynktownie czuł, że powinny być gdzieś indziej.
 - Proszę rozluźnić wszystkie mięśnie. – Kurt czuł, ze komputer wcale nie ułatwia mu zadania, ale postąpił tak jak mu nakazano i spróbował się rozluźnić. Jego głowa opadła nieco do tyłu i przez to jego wzrok utkwił w dziurze, której dwie minuty temu tam nie było. Z otworu w suficie zsuwało się coś, co najpierw go przeraziło (jak zwykle), a następnie zaciekawiło. Przypominało maskę, lecz nie miało otworów na oczy lub usta. Ledwie zdążył zamyślić się nad tym, co zmierza w jego stronę od góry, a poczuł pod sobą ruch. Fotel oplótł jego nogi i brzuch czarnymi wstęgami, które zapewne miały usztywnić jego pozycje.
 - Dłonie wzdłuż ciała. – Komputer rzucił krótkie polecenie, które Kurt natychmiast pojął i wykonał. Wtedy listwa z pod jego szyi rozciągnęła się, aż po krawędzie palców, podpierając ramiona i łokcie. Maska była już blisko, widział jej wnętrze, nieskazitelnie ciemne jak najgłębszy kosmos.
 - Uwaga. Za chwilę zespoli się pan z komputerem, może to wywołać u pana szok, dlatego zaczniemy od krytycznych funkcji statku i stopniowo będziemy przechodzić do bardziej zaawansowanych i absorbujących pański mózg.
Kurt chciał przytaknąć, ale ze zdenerwowania nie mógł wypluć nawet jednej głoski. Właśnie przypomniało mu się, że przeraża go nieskończona ciemność, jaka występuje w kosmosie i, choć nie pamiętał dlaczego się w nim znalazł, był pewien, że nie zrobił tego z własnej woli. Bowiem przerażał go ogrom przestrzeni, której nie mógł objąć wzrokiem.
Komputer ostrzegł go jeszcze, że za chwile przebije się przez kombinezon, o którym Kurt już dawno zapomniał, choć był cholernie niewygodny i krępował nawet najprostsze ruchy. Cała jego uwaga skupiła się na masce, która zawisła nad jego twarzą. Nie bardzo wiedział co powinien zrobić, odwrócić twarz i starać się uciec z fotela? Nie było cienia szansy, że zdoła wyrwać się ze szczelnego kokonu, jaki tworzyła wokół niego maszyna. Więc jakie miał wyjście? Jego głowa wciąż zwisła luźno, w nienaturalny sposób wyginając szyje i powodując irytujący, choć niezbyt mocny, ból we wszystkich mięśniach.
Zacisnął zęby i postanowił chociaż raz wziąć sprawy w swoje ręce. Zmusił całe swoje ciało do wysiłku i uniósł głowę wyżej, przyciskając twarz do maski. Od stóp do pasa czuł na skórze chłodny płyn przelewający się do wnętrza kombinezonu przez dziury, które zrobił w nim fotel. Reszta ciała przeszła nagły wstrząs elektryczny, który pobudził każdy nerw w ciele. Od przyjemnego uniesienia, porównywalnego z dziecinnymi łaskotkami, przez ból porównywalny z utratą ręki, aż po całkowite wyciszenie, jakby wszystko w nim umarło, łącznie ze świadomością.

To co przeżył komputer nazwał szokiem doznaniowym. Niewiele z tego pamiętał, bo trwało to kilka setnych części sekundy. Trochę więcej i jego mózg ugotowałby się od przeładowania informacjami, które poprzez specjalne połączenia w masce, przebijały się przez czaszkę wprost do pojedynczych neuronów, zapewniając w ten sposób ostatnie ogniwo niezbędne do kontroli całego statku, który notabene okazał się być gigantycznym okrętem wojennym.
To co przeżywał w kilka chwil po odzyskaniu przytomności, nie potrafiłaby nazwać nawet najmądrzejsza maszyna. Komputer szybko zmniejszył ilość danych, docierających wprost z sensorów, ale i tak Kurt widział więcej niż potrafił ogarnąć. Zupełnie zapomniał o swoim strachu, który, choć nie zdawał sobie z tego sprawy, przezwyciężył, wciskając twarz w nieskończoną ciemność maski.
To jest… kosmos… ja to chyba… czuję!
Krążąc wzrokiem we wszystkie strony, widział nieskończoną przestrzeń wokół okrętu.
Odwrócił głowę i ujrzał za sobą gigantyczny owalny obiekt o brunatnej powierzchni. Gdy skupił na nim swoją uwagę, natychmiast dotarły do niego informacje, które zdawały się od zawsze mieszkać w jego pamięci.
Nolan. Księżyc. Średnica 4653 kilometry.
Kilka dłuższych chwil zajęło mu oswojenie się z nowym otoczeniem, z pustką, która go otaczała i z potokiem informacyjnym. Stan poszczególnych podzespołów okrętu, jak i podstawowe funkcje życiowe Kurta, wylewała się albo wprost do jego myśli, albo gdzieś obok niego, na niematerialny wyświetlacz zawieszony w przestrzeni.
 Potencjał jednostki zmniejszył się do dwóch procent. – Wiedział, że to nie są jego myśli, że ta część świadomości jest sztuczna i przyszła wraz z maską do wnętrza jego czaszki. Aktywne są jedynie sektory pierwszy i drugi, funkcje podtrzymywania życia w normie. Sugeruję by powierzył mi pan kontrolę nad sektorami od trzy do siedem, byśmy mogli dokonać pełnej aktywacji Róży.
Kurt zgodził się bez wahania, choć przez chwile nie miał pojęcia za co odpowiadają poszczególne części systemu. Za bardzo pochłaniał go nowy widok i doznania. Tylko jeden fakt nie dawał mu spokoju.
Możesz oddzielić jakoś swój głos od moich myśli? Nie chcę by coś obcego panoszyło się w mojej głowie.
 - Przepraszam. – Usłyszał głos komputera, łudząco podobny do jego własnego głosu. Był odległy, ale wyraźny. – Ten sposób komunikacji jest nieco bardziej kłopotliwy i powoduje opóźnienia, ale do czasu uzyskania pełnej kontroli nad Różą, możemy stosować interfejs głosowy.
 Cieszy mnie to. Zdziwił się nagle, bo myślał, że wypowiedział te słowa na głos, ale usłyszał je tylko w swojej głowie.
 - Nie może pan mówić, gdyż ma pan w ustach specjalny płyn przewodzący. Proszę odpowiadać w myślach.
Płyn w ustach? W ogóle go nie czuję. Mimo zapewnień komputera, o niemożliwości wydobycia z siebie choćby najmniejszego piśnięcia, Kurt nadal próbował i całkiem nieźle szło mu poruszanie językiem, otwieranie ust i formowanie z nich całych, rozbudowanych zdań. Gorzej było z usłyszeniem czegokolwiek prócz głosu komputera z oddali.
 Przecież mogę mówić, ruszam ustami, tylko siebie nie słyszę. Coś mam z uszami.
 - Doktorze, z narządem słuchu ma pan wszystko w porządku, przecież mnie pan słyszy. Cokolwiek pan odczuwa jest złudzeniem, które ma na celu podnieść pana komfort psychiczny. W chwili, gdy pana twarz, zetknęła się…
Tak wiem, nie musisz mi mówić, już rozumiem. Nie będzie mi się tu wymądrzał bez potrzeby.
Komputer zamilkł, jakby urażony, a Kurt dalej oswajał się z otoczeniem. Jakie to było uczucie? Jakby unosił się na wodzie, dryfował w czystym płynie, pod stopami czuł jakąś powierzchnie, ale naciskał na nią tak delikatnie, że nie czuł swego normalnego ciężaru. Był prawie pewien, że nie stoi, ani nie leży, lecz wisi. Nawet spróbował sobie wyobrazić swoje ciało przymocowane do jakiś strasznych elementów z groźną maską na czele. Wtedy do głowy przyszedł mu pomysł.
Podgląd mostka.
Wydał w myślach polecenie i całe jego otoczenie zamieniło się na wnętrze okrętu. Stał przed samym sobą, i rzeczywiście wisiał, ale do góry nogami. To mu przypomniało, że na Róży, głównym uczuciem, jest zdezorientowanie.

wtorek, 14 sierpnia 2012

Kwaśny strzał


Kwaśno w ustach. To pierwszy znak, że coś jest inaczej. Dołóż światłowstręt i szybko oswój się ze świadomością, iż, być może, wczoraj przekroczyłeś jakiś rubikon i wziąłeś w okupację jakąś rzymiankę. Warto zadać sobie nieco trudu i zbadać najbliższe otoczenie, uchylając przynajmniej jedną powiekę. Gdzieś w pobliżu zawsze jest woda, jeśli nie w butelce, to w kranie, w sedesie lub rynnie. Kwas w ustach ustępuje stopniowo, a zanika dopiero po trzecim piwie, ale teraz nie ma co zaprzątać sobie tym głowy. Są ważniejsze sprawy, jak choćby namiastka Wenus, która majestatycznie rozrzuciła się na całe łoże, korzystając z naszej nieobecności. Ponownie, warto zadać sobie nieco trudu i zadbać o odpowiednie nawilżenie organizmu, a jeśli przepełnia nas energia, można sprawdzić jak nonsensownym pomysłem jest próba wydzielenia skrawka legowiska dla siebie.
Kwaśność w ustach nie odpuszcza. Podobnie nasza wyśniona Wenus. Wtedy naprawdę warto usiąść na podłodze i nie próbować już niczego. Przy czwartym lub jedenastym wdechu, do stacji w naszej czaszce dociera nocny pociąg ze świeżą dostawą wspomnień. I nie mamy już wątpliwości, skąd w naszej Wenus taka odmiana i skąd, w miejsce rozkosznej czułości, nagły napad gniewu i przerażenia. Kwas w ustach ustępuje stopniowo i wszystko staje się oślepiająco jasne. Warto zmrużyć oczy by nie stracić wzroku, gdy nasza Wenus, ogromnie niezadowolona z pierwszej homoseksualnej przygody, ciśnie w nas stanikiem i zbudzi cały wieżowiec panicznym krzykiem, godnym Madame Butterfly. Jakimś cudem fakt, iż nagle jesteśmy dziewiętnastoletnią dziewczyną, schodzi na margines, teraz liczy się wyjście cało z opresji.



czwartek, 26 lipca 2012

Posadzka

Czasem, by czegokolwiek się nauczyć, należy znaleźć w sobie odwagę i przyznać się do popełnionych błędów. Lepsze delikatne upokorzenie niż uparte trwanie przy własnej głupocie. Poniższy tekst nie wywołał jak dotąd żadnej sensacji w internecie, ale mi już nawet na tym nie zależy.

Posadzka


Od zawsze wyobrażał sobie dwa tuziny żeńskich stóp depczących po jego plecach. Taki mały, intymny sekret, fetysz, który pozostał mu po latach względnie niespokojnej młodości. Teraz, gdy udało mu się opuścić swoje ciało i dostać się piętro wyżej, do mieszkania swojej przeuroczej, młodej sąsiadki, zrozumiał, że jego upodobania zmieniły się już dawno temu.
Tomasz. Nieszczęsne imię dla najbardziej pechowego kawalera, jakiego znał świat. Od momentu, gdy komornik skonfiskował jego gitarę na rzecz niezapłaconych mandatów (Hura niech żyje samodzielność!), Tomasz przeistoczył się w najgorszą niedorajdę w promieniu wielu kilometrów. Kumple z kapeli, w której grywał od ośmiu lat, szybko wyczuli tą zmianę i w raczej przykry sposób, zakończyli znajomość jednym telefonem.
Tomasz przeniknął przez swój sufit i zlał się z podłogą w mieszkaniu, a dokładnie w niewielkim pokoju, wynajmowanym przez bardzo młodą i przeuroczą dziewczynę. Bez gitary i z ogromnym piętnem największego niedorajdy, nie było mowy o konwencjonalnych próbach bliższego zaznajomienia się z siedemnastoletnią sąsiadką. Jak już wcześniej wspominałem, pobyt w podłodze przypomniał mu jego dawne fantazje i dał do zrozumienia, że jego młody i niedorozwinięty umysł, zbytnio upodobał sobie kobiece stopy. Dopiero teraz, w wieku dwudziestu ośmiu lat, zdał sobie sprawę, że kobiety pociągają go w całości, a nie w kawałkach. Tomasz nie był przecież jakimś zwyrodniałym erotomanem, który przed przystąpieniem do otwartego kontaktu z kobietą, ćwiartował ją przy użyciu siekiery. Nie, takie rzeczy nie wchodziły w grę i dlatego właśnie zdecydował się na opuszczenie podłogi i przeciśnięcie się do jednej ze ścian by ze spokojem obserwować rozwój sytuacji w pokoju dziewczyny.
Siedemnastolatka nadal spała, gdyż Tomaszowi dopiero o szóstej rano udało się odczepić zmysły od ciała i unieść się kilka metrów wyżej. Na domiar złego, nieletnia dość szczelnie okryła swe przeurocze ciało kocem i piżamą. Była sobota, słońce stało już wysoko, ale w pokoju panował mrok, bo ktoś opuścił żaluzje. Tomasz spodziewał się najgorszej zmory każdego podglądacza, czyli kilku godziny bezczynnego czekania, aż ofiara raczy odsłonić jakiś fragment swego ciała, choćby kostkę czy nadgarstek.
Siedemnastolatka o imieniu Laura była naprawdę pilną uczennicą katolickiej szkoły średniej. Miała najlepsze stopnie w klasie, szczególnie z historii, której uczył przemiły pan o imieniu Radosław. Rodzice obdarzyli ją kasztanowymi włosami, wzbudzającymi zachwyt w piersi jej koleżanek, ciotek, babć i całej dalszej rodziny, a także większości mężczyzn, którzy, choćby przypadkiem, obcowali z jej pięknem. Przyciągała wzrok pałający męskim pożądaniem i kobiecą zazdrością. Laura od dawna zdawała sobie sprawę ze swej wyjątkowej urody. Od jakiegoś czasu potrafiła manipulować chłopakami ze swego otoczenia, używając do tego swych piwnych oczu lub głębokiego dekoltu. Na lekcjach historii zawsze siadała w pierwszej ławce, tuż obok nauczyciela, by skutecznie skupiać jego wzrok przez znaczącą większość czasu. Na religii bywało podobnie, ksiądz Henryk lubił, gdy Laura przychodziła w spódnicy sięgającej przed kolana, które jak mówił, są wprost stworzone do klękania. Siedemnastolatka podejrzewała, że duchowny miał na myśli coś więcej niż modlitwę, ale swoje rozważania zostawiła dla siebie. Głęboko w duchu cieszyła się, że mężczyźni reagują w ten sposób, jednak z drugiej strony chciałaby ktoś docenił jej wnętrze. Nic dziwnego, że stopniowo wszelcy adoratorzy zaczęli ją nudzić.
Tomasz zauważył, że Laura rozchyliła powieki. Chwile później dziewczyna poruszyła dłońmi i przetarła zaspane oczy. Kasztanowe włosy rozlane na lekko różowej poduszce, powoli uniosły się wraz z głową i resztą ciała, która postanowiła opuścić łóżko. Tomasz nie mógł opanować zachwytu obserwując poczynania swej przeuroczej sąsiadki. Laura podniosła się na równe nogi, uniosła wysoko ręce, odsłaniając gładki brzuch razem z malutkim pępkiem i ziewnęła głośno, nabierając ogromnej porcji świeżego powietrza. Następnie odsłoniła żaluzje i otworzyła okno by wpuścić choćby odrobinę poranka do małego pokoju. Tomasz czekał niecierpliwie, aż dziewczyna postanowi coś z siebie zrzucić, lecz Laura podrapała się po głowie i wyszła z pokoju. W tym samym momencie jakiś przeraźliwy dźwięk wyrwał go ze snu i ściągnął z powrotem do łóżka. Tomasz zaklął okrutnie pod adresem telefonu, z którego rozległo się ciche pobrzękiwanie.
Odkąd komornik zabrał mu połowę jego nędznego majątku, dzwonili do niego tylko rodzice, była dziewczyna z wiecznymi (ciągnącymi się od pięciu lat) pretensjami oraz wszelcy urzędnicy z groźbami, żądaniami i zapewnieniami o rychłym spotkaniu na sali sądowej.
Spojrzał na telefon i natychmiast jeszcze mocniej znienawidził swoją Alicję, znów dzwoniącą z wyrzutami. Po tym, gdy jego niedoszła narzeczona wylała z siebie wszystkie poranne żale i rzuciła słuchawką, Tomasz jeszcze długo leżał w łóżku i pogrążał się w coraz mroczniejszych fantazjach na temat brzucha Laury.

***

O ósmej wieczorem ponownie udało mu się wejść do ściany jej maleńkiego pokoiku, lecz ku jego rozpaczy, nie zastał Laury przy jej biurku, gdzie jak zwykle zapisywałaby coś w swoim pamiętniku, ani na łóżku, gdzie zaczytywałaby się w Pilipiuku. Szybko zrozumiał, że jego przeurocza, młoda sąsiadka, musiała wybrać się na wieczorny spacer lub jakieś spotkanie towarzyskie.
Chłodnawy, jak na tą porę roku, wiatr, wypędził z niego resztki ciężkiego snu. Szedł spokojnie i co chwile dawał się ponieść instynktowi, by ten obierał za niego dalszą ścieżkę. Takim sposobem Tomasz dotarł nad brzeg rzeki, gdzie licealiści urządzili sobie sobotnią imprezę. W tych sprawach zmysły nigdy go nie zawiodły, zawsze potrafił dotrzeć tam, gdzie ciągnęło go pragnienie doznania czegoś wyjątkowego.
Usiadł na ławce i z odległej ciemności obserwował kilkudziesięciu młodych ludzi bawiących się nad brzegiem. Wiedział, że Laura tam jest, wyczuwał to, ale dopiero po dłuższej chwili zauważył jej kosmatą, bordową czapkę i kasztanowe włosy sterczące spod niej. Tonęła w uśmiechach i objęciach jakiegoś chłopaka w jej wieku. Tomasz był mocno zaniepokojony, bo liczył, że uda mu się z nią chociaż porozmawiać, gdy wpadną na siebie w trakcie powrotu do domu.
Zimne powiewy rozkołysały drzewa, które zagłuszyły nocny szum miasta. Tomasz przemarzł do kości, a młodzieży zostało jeszcze dużo wódki. Nie miał wyboru, czekał. Czuł się jak drapieżnik czający się na swoją ofiarę w bezpiecznym ukryciu. Idealna okazja do ataku mogła nadarzyć się w każdej chwili, więc wciąż musiał pozostawać czujny, co nadwyrężało jego zmysły. Gdy zauważył, że Laura zaczyna się ze wszystkimi żegnać, ruszył w swoją stronę by zastawić na nią pułapkę.
Laura wyszła z nadrzecznego parku i ruszyła szybkim krokiem wąskimi uliczkami starego miasta w stronę swojego domu. Było jej zimno, choć prawie cały wieczór tuliła się do swego dwumetrowego kolegi, przydającego się jedynie w tak ekstremalnych sytuacjach jak nagłe ochłodzenie klimatu. Wydawało jej się, że miasto opustoszało. Widziała przed sobą jedynie jakąś szarą sylwetkę ciągnącą w tą samą stronę, poza tym ulica świeciła pustkami, co było nieprawdopodobnym zjawiskiem w sobotnią noc. Chłód przegonił spacerowiczów.
Laura dogoniła Tomasza, który świadomie ociągał się z powrotem do domu. Znali się, bo przecież mieszkali w tym samym bloku. On świetnie udawał, że ma wszystko gdzieś i za każdym razem, gdy spotykali się gdzieś przypadkowo, dawał jej do zrozumienia, że jest raczej typem wiecznie zbuntowanego indywidualisty. Ona wprost ubóstwiała jego podejście do życia, lecz widywała go zbyt rzadko by myśleć o Tomaszu, jak o potencjalnym partnerze życiowym.
Oboje szli powoli mocno schłodzonym chodnikiem, w stronę bloków, przebijających się przez cienie wysokich drzew. On opowiadał jej o swoim życiu i o tym jak bardzo nienawidzi systemu, który pragnie pozbawić go życia. Kłamał jak tylko mógł by stworzyć w jej głowie odpowiedni obraz siebie. Nie było to trudne, wystarczyło wnikliwie przyglądać się Laurze przez wiele dni, raz z poziomu posadzki, a raz z sufitu.
Nie mógł wiedzieć czy Laura mu wierzy, ale wyczuwał, że udało mu się zdobyć jej zaufanie. Przynajmniej częściowe, bo gdyby nagle zaproponował by skręcili w jedną z bocznych uliczek, gdzie stoi jakieś stare i porzucone domostwo, na pewno by się na to nie zgodziła.
Wystarczyło drobne kłamstwo. Subtelna sugestia, iż Tomasz chce jej coś pokazać. Laura zgodziła się, zapewne lekko podpuszczona przez zwodniczą odwagę przychodzącą wraz z alkoholem. Trochę trudniej przyszło Tomaszowi namówić ją do zwiedzenia razem z nim starego domostwa. Jednak po dłuższych chwili wahania, weszli razem do środka.

***

Posadzkę w piwnicy mocno nadgryzł ząb czasu. W wielu miejscach były głębokie bruzdy wyrządzone przez rozmaitej maści tymczasowych lokatorów. Szczury, myszy, bezdomni i młodzi ludzie, niszczyli co popadnie, dodając temu miejscu niesamowitej mocy. W jedno tchnienie serce stawało człowiekowi przy gardle, by chwile później przygwoździć całe ciało do lodowatej ziemi. Ręce i nogi dzielnie próbowały ocalić resztę organizmu przed niebezpieczeństwem, ale nie było w nich dość siły by wywalczyć sobie wolność.
Laura próbowała krzyczeć i wyrwać się z jego objęć, ale gdy ponownie przydusił ją do ziemi, lodowaty beton wybił z jej głowy świadomość. Tomasz dostał to, czego tak bardzo pragnął. Miał swą przeuroczą, młodą sąsiadkę na własność przez resztę nocy.
Świt nie zastał Laury.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Inspirowane Laurą

Gorąca plama krwi rozmazała się na chmurach opasających zachód. Trwale wypaliła się na powierzchni mojej siatkówki. Przez chwile cały świat był szkarłatnym tworem zrodzonym z czystego ognia. Naprzeciwko mnie siedziała dziewczyna, której nie spytałem o imię. Gdy pociąg stanął na stacji, gdzieś między Tczewem, a Bydgoszczą, moje oczy połykała senność, jednak zdążyłem zarejestrować mały, czerwonawy notes. Wyjęła go ze swojej torby i wyprostowała plecy. Na małym, rozkładanym stoliczku, zaczęła zapisywać jakieś słowa. Może były to osobiste notatki, zwyczajne przypomnienie o spotkaniu lub zadaniu do wykonania. Tylko, że coś podpowiadało mi w duchu, że ta młoda dziewczyna, w swym małym notesie, zapisuje drobnymi literami, krótki wiersz o krwawiącym niebie.
Sztywne plecy i brązowy wodospad włosów. Zamknąłem oczy i już więcej na nią nie patrzyłem. Pociąg zatrząsł się gwałtownie, Bydgoszcz była blisko.


środa, 18 kwietnia 2012

a na odwrocie kartki...

Dawid Pencey
Urodzony w Warszawie i, oczywiście po pewnych przejściach, ponownie zamieszkały w Warszawie. Nigdy nie nominowany do nagrody Nike, ale mama kupiła mu kiedyś buty z haczykiem na urodziny. Nie posiada paszportu, ani zacięcia do polityki. Swoje poglądy przez jakiś czas upubliczniał na blogu, dopóki komornik nie zabrał mu komputera. Z poglądów typowy kibol i dresiarz, słuchający ulicznej muzyki granej przez autobusy i tramwaje. W łóżku podobno dobry, choć najlepiej radzi sobie w swoim środowisku naturalnym, czyli w bezmyślnym tłumie. Bez opamiętania zakochany w warszawskim metrze i Ewie Lipskiej.

Filip Chrząszczak
Urodzony i skażony Bydgoszczą, z której czasami szydzi, ale tylko wtedy, gdy jest sam. Nie chce być artystą, ale coś pcha go do pisania i wymyślania totalnie banalnych i oczywistych bzdur. Niesłyszany, zapomniany i zepchnięty na margines. Skazany na zapomnienie. Pogrążony w rozpaczy nad własnym, tragikomicznym losem. W momentach największego uniesienia, gdy obejmuje swoją ukochaną, spokojny i wolny. W podróży uprzejmy dla ludzi, skory do pomocy. Młody i często bity, za długie włosy, za długi, za zasługi dla kultury... Swego czasu, co sobotę budził się zabity na śmierć. Teraz wytrzeźwiał i mieszka w Toruniu dla zabicia nudy między wizytami u narzeczonej. Chodzą plotki, że jest szczęśliwy, a czasem nawet się uśmiecha!

wtorek, 31 stycznia 2012

Zwiastun

 – Jakie jest najtrudniejsze pytanie jakie można zadać człowiekowi? Jak pan uważa? – Mężczyzna, ubrany w mocno już niemodny strój profesorski, spojrzał na Johna swym przenikliwym wzrokiem. Gdy spostrzegł, że młody astronauta przez chwilę się waha czy wypowiedzieć głośno swoje myśli, dodał:
 – Ma pan jakiś pomysł?
 – Wydaje mi się, że… Gdy postawi się człowieka przed wyborem, którego nie można zmienić, gdy jakaś decyzja jest ostateczna. Na przykład, gdy lekarz pyta młodą dziewczynę czy chce urodzić swoje dziecko, czy może chce zdecydować się na aborcję.
Starszemu mężczyźnie drgnęły lekko wargi, odchrząknął jednocześnie i wypuszczając powietrze z ust, powiedział niespokojnie:
 – Dlaczego chce pan tam lecieć?
 – Poproszono mnie bym zdecydował czy chcę pozostać tutaj i poznawać tajemnice nauki, która narastała przez wieki lub ruszyć w głąb wszechświata i przyczynić się do, być może, praktycznego zastosowania jej zdobyczy. – Odpowiedział spokojnie z delikatnym uśmiechem na twarzy. – Poza tym marzyłem o tym od dziecka.
Profesor westchnął i potarł dłonią mocno wyłysiałą potylicę. John wiedział, że staruszek chce mu jeszcze coś powiedzieć, ale nie miał ochoty oczekiwać, aż to z niego wypłynie i pożegnał się szybko. Zostało mu niewiele czasu by przygotować się do dwutygodniowej podróży.
(...)


wtorek, 17 stycznia 2012

Grejpfrutowy sok.../Jego życie

Grejpfrutowy Korneliusz

Czarkowski powiedział jej, że ma na niego czekać przy Starym Teatrze. Gdy się wreszcie pojawił, poszli na autobus, który zawiózł ich na drugą stronę rzeki, na Niską Skarpę. Na przystanku, na którym wysiedli, czekał na nich jakiś wychudzony chłopak o owalnej głowie i krótkich włosach.
 - To jest Marcin. Marcin, oto Sandra.
 - Cześć. Nikt was nie śledził? - Spytał i spojrzał na nich podejrzliwym wzrokiem.
 - Nie pierdol tylko prowadź do siebie.
Weszli do wielkiego, szarego bloku i wjechali windą na dziewiąte piętro.
 - Od dziewiątego w dół, wszystko chuja warte... Zapraszam. - Rzucił, otwierając drzwi do swojego mieszkania. W środku śmierdziało papierosami i alkoholem, w kuchni gotował się makaron, którego pilnowała jakaś szczupła brunetka o zielonych oczach. - Mamy gości.
 - Widzę. Herbaty?
 - Nie dzięki. - Sandra cały czas czuła się nieswojo.
 - Może piwko?
Pokręciła głową, podobnie jak Tomasz. Marcin wzruszył ramionami, sięgnął do lodówki po butelkę Tatry i poprosił by przeszli do pokoju obok kuchni.
 - Tomaszek powiedział mi, że ciekawi cię kim jest Wysocki.
 - Tak. Odwiedził mnie kilka dni temu...- Nie chciała mu mówić w jakich okoliczność było jej dane zawrzeć tą nową znajomość. - Jestem po prostu ciekawa, kim on jest.
Chłopak otworzył piwo i napił się, a następnie, po dłuższej chwili spędzonej na wpatrywaniu się w jej oczy, powiedział:
 - Opowiem ci o nim, ale nie możesz tego nikomu powtórzyć.
 - W porządku. Rozumiem.
 - Kornel... - Marcin odchylił się do tyłu i sięgnął po butelkę z piwem. - Nie wiem czy mogę tak to ująć, ale przyjaźniliśmy się przez jakiś czas. Poznałem go dwa lata temu, jakiś czas po maturze, gdy całe miasto pijało w plenerze. W sumie nie wiem jakim cudem znalazł się wtedy pośród moich znajomych. Był z niego niezły dziwak, lubił pić i zachowywał się jak totalny debil, ale czasem jak rzucił jakimś tekstem to wszystkim szczęki opadały... Podejrzewam, że nikt z nas go wtedy nie rozumiał. No, ale idąc dalej. Wszyscy wtedy zaczynali studia w Starym Mieście, a on poszedł chyba na filozofię.
Marcin spojrzał na Tomasza, popijając jednocześnie piwo, a ten pokiwał głową twierdząco.
 - Trzymaliśmy się do listopada, on w między czasie zakochał się, czy może raczej zauroczył w Julii, która, mówiąc delikatnie, nie przepadała za nim. Zresztą, powoli wszyscy mieli go dosyć, strasznie smęcił, a do tej potrafił nagle zniknąć w połowie imprezy...
 - Rozpływał się jak duch. - Dorzucił Czarkowski. - Szedł za tobą, a gdy odwróciłeś się znowu by go o coś spytać, to już go nie było.
 - No. Dokładnie. Któregoś dnia też tak zniknął, z tym, że nikt nie mógł go już znaleźć, nawet matka. Później okazało się, że wyjechał z kraju i wysyłał do rodziny na wpół anonimowe listy z różnych zakątków europy.
 - Jak długo go nie było?
 - Podobno rok, ale Tomek twierdzi, że dłużej.
 - Jesienią Beata widziała go nad rzeką, jak rozmawiał ze swoim kuzynem.
 - Beata od Michała?
Tomasz pokiwał głową i po chwili dodał.
 - Znam jeszcze jedną ciekawą, hm... powiedzmy, że plotkę. Kojarzysz Martę ode mnie z grupy, którą zaprosiłem razem z Malwiną do klubu?
 - Dziewczyna z Lublina?
 - Dokładnie. Podobno Marta widziała Malwinę z jakimś chłopakiem w szarej kurtce i szarej czapce z czarnymi paskami.
 - To mógł być każdy...
 - To był Kornel i to było na początku listopada. - Głos Marcina przepełniała stanowczość. - Wydaje się, że od listopada jest znów w mieście. Tyle wiem, jeśli według ciebie to za mało, to możesz zwrócić się do jedynej osoby, która znała go naprawdę dobrze.
 Sandra przełknęła ślinę.
 - Powiedz mi, czy lubił kłamać by zdobyć kobietę?
 - Nie przypominam sobie. - Marcin odstawił piwo. - Słuchaj, w Bydgoszczy mieszka jego była dziewczyna, Marlena, ona na pewno ma coś do powiedzenia w tej sprawie. Możesz też spróbować z Hektorem, jego kuzynem, ale nie jestem pewien czy znajdziesz go jeszcze w mieście.
 - Beata twierdzi, że wyjechał.
Marcin wzruszył ramionami.
 - Jest jeszcze Anka, jego kolejna kuzynka. Zresztą, nie masz co liczyć na to, że któryś z nich się jakoś mocno rozgada na temat Kornela. Tacy już są, pilnują swoich tajemnic przed innymi.
 - Rozumiem.
Sandra była zmieszana, nie wiedziała, co ma o tym wszystkim myśleć. Gdy wracała z Tomaszem do Starego Miasta, zauważyli wysoki słup dymu unoszący się ponad dachami.
 - O mój boże. - Zawołał ktoś, stojący przed nimi.
Wychyliła się by spojrzeć pomiędzy ludźmi. Stary Teatr zamienił się w wielką główkę zapałki, skąpaną w płomieniach.
 - Ja pierdole. - Tomasz złapał się za głowę. - Pożar w teatrze... Co się dzieje z tym miastem?
 - No właśnie. - Pomyślała. - To chyba jakiś koszmar.

Dwóch chłopców bawi się na śniegu w Zakopanym. (Źródło jak widać Narodowe Archiwum Cyfrowe)



 -

środa, 2 listopada 2011

Notatka z obserwacji

Wyjrzyjmy przez okno, dobrze?

Naszym oczom ukaże się zróżnicowana mieszanka ludzkich historii, wspomnień i głosów, które ukazują światu ich niezadowolenie z takiego obrotu spraw. Niestety brak im odwagi by chwycić los w swoje ręce, więc wolą puścić stery i pozwolić gnać życiu przed siebie na oślep.

Zastanówmy się...

Ile widzi przeciętny człowiek siedzący przed telewizorem i wychodzący z psem na spacer, z mieszkania na trzecim piętrze, najpóźniej o 22? Mija zakapturzonych, młodych ludzi, którymi gardzi bo tylko piją, niszczą klatki schodowe, sikają do windy i straszą spokojnych ludzi. Przeciętny człowiek się boi.
O czym myśli przeciętny chłopak stojący pod blokiem wieczorem, spijając piwo i śmiejąc się z czyichś opowiadań? Patrzy na mężczyznę z psem, który schodzi po schodach, gardzi nim i krzywi do niego twarz, a w duchu pyta siebie czy będzie taki sam, zniszczony pracą i słabym, pozbawionym znaczenia, człowiekiem.
Co czuje przeciętna dziewczyna słuchająca The Beatles, pijąca tanie piwo z puszki w towarzystwie ludzi, których uważa za swoich przyjaciół choć wie, że tak naprawdę nie łączy ich zbyt wiele. Czy boi się, że któregoś dnia to wszystko się skończy? Może osiągnęła już granice i nie ma zamiaru posuwać się dalej, nie chce popadać w coraz większy nihilizm i działać destrukcyjnie na wszystko w swoim otoczeniu? Kiedyś musi nadjeść czas zmian i lepiej być przygotowanym na ich dokonanie.

W tym nie ma wielkiej filozofii. Popatrzmy za okno...

Nasz wzrok utyka na blokowisku, które wyrasta przed nami gwałtownie. To mroczne miejsce. Przemoc to wyznacznik głównych wartości, jedni próbują się wyrwać, uczą się, tworzą coś co ich dopełnia, robią muzykę, trenują sport lub sztuki walki, inni kombinując coś na boku, byleby zdobyć odrobinę więcej pieniędzy, za które mogliby zrealizować swoje marzenia. Chcą lepiej ubrać dwuletnia córkę albo spłacić długi lub zdobyć jakieś drobiazgi, mające ułatwić życie wśród betonowych krzywizn.

Wśród twoich znajomych jest kilku takich, którzy mieli jakieś przygody z prawem lub zbyt blisko podeszli do innych i poczuli na twarzy czyjś but albo między żebrami czyjś nóż. Pogoń za pieniędzmi motywuje większość działań. Każdego ranka przypominasz sobie, że wszystko łatwo może się skończyć, a dzień to tylko chwila, która upływa na walce o najdrobniejszy szczegół.

Wydaje się, że w tym świecie jest za ciasno na miłość, choćby nawet na jej skrawek. Nic z początku nie wydaje się łatwe. Dzieci dorastają bez ojców, często ich matki same są jeszcze w zbyt młodym wieku by móc unieść rodzicielską odpowiedzialność.

Są jeszcze ci, którzy nie oczekują już od świata niczego, zwyczajnie dogorywają gdzieś w cieniu sklepu monopolowego. Piją, nie mają zębów albo leżą na ulicy i trzęsą się, stopniowo popadając w delirium. Ogarnia cię strach, gdy spoglądasz na takiego człowieka, gdy zdajesz sobie sprawę, że jego los jest już przesądzony.

Odwracasz wzrok i widzisz blask klubów w centrum miasta. Co tydzień przychodzą tam ci sami ludzie, często w tych samych strojach i bawią się do muzyki, którą znają już na pamięć, gdyż jest tak prosta, że natychmiast wpada w ucho nawet największemu idiocie. Myślisz sobie, że stoisz tak daleko od nich, ponad tym wszystkim i wtedy dopada cię twoje sumienie. Nie wolno ci się wywyższać, pamiętaj.

Wędrujemy na przeciwną stronę, która wcale nie leży tak daleko od wcześniejszego obrazu. Widzimy tych, którzy sądzą, że są lepsi od innych. Mają więcej drogich i modnych ubrań. Piją w pubach, gdzie muzyka jest równie nie urozmaicona, różni się jedynie przewagą gitar nad bębnami. Uważając siebie za najlepszych, nie dopuszczają do siebie nikogo, czują, że świat należy do nich bo dzięki zbiegowi okoliczności mają więcej możliwości. Studiują, choć nienawidzą nauki. Są leniwi, liczą, że wszystko ułoży się samo, że po studiach znajdą pracę w wymarzonym zawodzie, która pozwoli im realizować swe wielkie marzenia. 

Ich świat jest inny, złudnie urozmaicony. Podróżują, spędzają wakacje nad morzem, w górach, za granicą. Są bardziej społeczni, oczytani, dyskutują na różne tematy, które są, według nich, poważnymi kwestiami wartymi poruszenia. Zachwycają się kulturą i sztuką, prześcigają się w wynajdowaniu coraz to nowych zespołów i zjawisk społecznych. Żyją w internecie, korzystają z portali społecznościowych, gdzie adorują się nawzajem, popadając w coraz większe zadufanie. Koniecznie tworzą coś, co pozwala im się wyróżniać, fotografują lub piszą wiersze. Najlepiej białe.

Miłość ulega deformacji. Niewielu przywiązuje wagę do głębokich relacji, są wrażliwi, ale wydaje się, że nie obchodzi ich los innych, zależy im tylko na własnym powodzeniu, żyją w myśl starej zasady by najlepiej liczyć na siebie samego. Wszystko ulega wypaczeniu, miłość zamienia się w krótkie przygody, które już na samym początku są skazane na zagładę.

Przeżywają czas eksperymentów, poznawania nowych ludzi, substancji i miejsc. Przeżywają młodość, która donikąd nie prowadzi. Później nadchodzi inny czas, chwila powagi, gdy niezaliczony semestr wymaga większej niż zwykle uwagi, gdy przyjaciele wyjeżdżają, a ty zostajesz z nauką lub szukasz pracy bo musiałeś przenieść się na system zaoczny.

Zamknijmy okno i usiądźmy na chwilę.

Nie żyjemy w świecie perfekcyjnym, gdyż ludzie są wybitnie nie idealni. I nie chodzi tu już o egoizm, o wszczynanie wojen czy skazywanie ludzi na życie w przerażającym ubóstwie, lecz o fakt, że wszystkie wartości, które dotąd istniały, które stworzone zostały najpierw przez religie, później przez filozofów i myślicieli, a nawet te, które pojedynczy ludzie wymyślili dla własnych potrzeb, nie mają praktycznego zastosowania, są zwyczajnie nie przydatne jeśli nikt ich nie respektuje i nie stosuje.

niedziela, 4 września 2011

Skreślam

(...)
 - Kiedy poznam dalszy ciąg Burzy na jeziorze?
Marlena usiadła obok niego. Widząc, że Kornel przygląda się butelce z piwem, którą trzymała w lewej dłoni, bez wahania podsunęła mu ją pod usta.
 - Nie ma dalszego ciągu. Wtedy wszystko się skończyło.
 - Lubię twoje erotyki. Powinieneś pisywać je częściej.
 - Naprawdę? Przykro mi ale nie potrafię pisać o czymś czego nie przeżyłem. To byłoby nienaturalne.
(...)
 - Nie będziemy razem. - Potrząsnęła głową, wprawiając bursztynowe włosy w ruch. -  Nie wrócę do ciebie.
 - Wiem. Przecież cię znam.
 - Nie znasz mnie i nic o mnie nie wiesz, ale dobrze, że pogodziłeś się z tym, że nam nie wyszło.
 - Z niczym się nie pogodziłem. - Podrapał się po głowie. - Ja po prostu żyję dalej, to ty ciągle do mnie wracasz, choćby po to by porozmawiać. I znam cię. Poznałem cię dłońmi i ustami. Każdy skrawek twojego ciała przestudiowałem z najwyższą dokładnością.
Odpowiedziała mu milczeniem.
(...)
Przewyższała go wzrostem, a także, co nie było niczym wyjątkowym, długością włosów i jasnością myśli. Wiele lat temu, gdy zobaczył ją pierwszy raz, do głowy przyszły mu różne kłamstwa, którymi chciał ją uraczyć by sprawić jak najlepsze wrażenie. Jednak, gdy zaczęli rozmawiać był z nią całkowicie szczery, otworzył przed nią oczy by mogła przyjrzeć się jego myślą z bliska i zabrać z nich to co uzna za najcenniejsze. Teraz, po latach, gdy został sam, siedząc na betonowych schodach i nucąc smutne do krwi piosenki Nirvany, żałował, że z taką łatwością zakochał się w kobiecie, która zbudowała wszystko na fikcji.
 - Nazywaj rzeczy po imieniu, a odmienią się w okamgnieniu. - Szepnął do siebie i natychmiast przyszło mu do głowy kolejne jego powiedzenie. - Wiem, że jestem lśnieniem i okamgnieniem, że będę wspomnieniem.
Wstał.
 - Nie mam nad czym rozpaczać.
(...)

środa, 31 sierpnia 2011

Pewna prawda o Korneliuszu

(...)
Cierpienie najlepiej znosił w samotności. Nie potrzebne było mu współczucie przyjaciół i znajomych, którzy próbując podnieść go na duchu, zapewne wydaliby majątek na tani alkohol by jego znaczne ilości wypełniły niszę w sercu. Oczywiście nikt nie zdawał sobie sprawy, że powstało ogromne niedomówienie dotyczące jego uczuć. Nie miał siły składać wyjaśnień i tłumaczyć każdemu z osobna, że nie zostało w nim już nic co można by chcieć uratować lub, że rozpadł się na milion, niezależnych od siebie i wzajemnie zwalczających się, części. Zabrał prawie pustą butelkę z piwem i wyszedł przed klub, w którym coraz większy tłum kłębił się w obrębie parkietu.
 - Wszyscy są już zalani. A ja jak zwykle pozostałem trzeźwy.
Zdał sobie sprawę, że dziś piwo przelewa się przez niego jak źródlana woda, nie czyniąc mu najmniejszej szkody, a tym bardziej nie przynosiło mu ulgi, ani nie uspokajało myśli wałęsających się po głowie.
Usiadł na murku i oparł głowę o sypiący się tynk. Przez chwilę czuł, że ma w sobie dość sił by wrócić pieszo do domu, jednak było to złudzenie, które rozpłynęło się równie szybko jak dym.
Zdziwił się, że wcześniej jej nie zauważył. W czerwonych włosach kryła się drobna twarz i jeszcze drobniejsze, niebieskie oczy oraz nos, po którym można było rozpoznać wszystkie córki jej matki. Była w połowie papierosa i przez dłuższą chwilę zachwycała się nieskrępowaną możliwością obserwacji nieba.
 - Korneliusz ma już dosyć?
Miał ochotę odryknąć jej by dała mu spokój i poszła palić papierosa gdzieś indziej, ale zabrakło mu sił. Wciągu ostatniego tygodnia ciągle brakowało mu energii, jakby każdy sen, złośliwie podsyłany przez los, odbierał mu sens do dalszego działania.
 - Chciałem pobyć sam.
 - Myślałam, że masz dosyć bycia samotnym.
Na śmierć o tym zapomniał. Nigdy nie przypuszczał, że nadejdzie dzień, gdy ktoś, tak prosto w twarz, powie mu, że jest hipokrytą. Oderwał się od ściany, z trudem uniósł swe ciało w górę i kilkoma nierównymi krokami podszedł do schodów, na których siedziała, by szepnąć.
 - Ciebie nie ma.
Dym leniwie unoszący się z jej papierosa podrażnił jego oczy i zmusił go do uronienia łez. Gdy przetarł oczy, po dziewczynie został tylko zapach nikotyny i zaczerwienione powietrze w miejscu gdzie chwilę wcześniej były jej włosy.
Nagle dotknęła jego ramienia. Drgnął i odwrócił się gwałtownie.
 - Ależ jestem i świetnie się bawię. - Rzuciła, uśmiechając się szyderczo. - Czasem tęsknie do dni, gdy grałam twoją siostrę, potem kochankę.
 Usiadł na drugim stopniu i przyłożył usta do butelki. Wypił kilka drobnych łyków, pozostawiając w na dnie resztkę trunku i spojrzał na nią rozleniwionym wzrokiem. Szukał sensu w jej ciągłych powrotach, jakiś przyczyn w swoim zachowaniu lub myślach, ale nie potrafił wytłumaczyć sobie czegokolwiek.
 - A kim chcesz być dzisiaj?
 - Pobawię się w nianię.
 - Rzeczywiście. Tego jeszcze nie było.
 - A może chcesz usłyszeć prawdę? - Spytała.Wiedział, że jego słowa nic nie zmienią, ale mechanicznie rzucił negatywną odpowiedź. - Nie szkodzi i tak ci powiem. Jesteś głupcem jeśli wierzysz, że wśród tych wszystkich ludzi znajdziesz kogoś, kto zrozumie cię lepiej niż ja.
 - Sam siebie nie rozumiem.
 - Pff. Kłamiesz. - Obróciła się do niego plecami i wróciła do środka. Został sam na betonowych schodach, z prawie pustą butelką piwa i wiatrem zaplątanym w jego kosmate włosy.
(...)

środa, 17 sierpnia 2011

My will is good

Żołnierze na pobliskim poligonie zaczęli strzelać. Ona zanurzyła się w liściach okolicznych krzewów by osuszyć pęcherz, więc zostałem sam na sam z dźwiękami karabinowych wystrzałów. Prawie bezchmurne niebo, od czasu do czasu, przecinały świetliste smugi spadających gwiazd, a gdzieś za moimi plecami, tuż obok torów kolejowych, setki tysięcy komarów wirowało ponad pochylonymi kłosami traw.
Chłodna, sierpniowa noc. Prawie bezchmurne niebo i jej włosy, do połowy zanurzone w miodzie, bluzka o sporym dekolcie i przykrótkie spodenki, kończące się gdzieś w połowie uda. Staje przede mną, odpala papierosa i ostentacyjnie dmucha dymem prosto w moją twarz, która jak zawsze tkwi w martwym punkcie, gdzieś na wysokości jej miękkich ust.
 - Wiesz co? Chciałbym szepnąć ci do ucha głupie dobranoc, ucałować ciepło i otulić moją kołdrą, a rano powitać uśmiechem, odgarnąć włosy z twojego czoła i pocałować je bo tuż za nim piętrzą się myśli dzięki którym oboje możemy spać spokojnie. Nie wiem czy to miłość, ale uśmiecham się za każdym razem, gdy idę spać samemu bo wyobrażam sobie ciebie obok. Może pewnego dnia, gdy wreszcie życie wrzuci cię do mojego pokoju, zawiodę się na własnych myślach, ale to nie ma znaczenia. Wszystko robi się takie małe, gdy ty leżysz obok.
 - Zabiłabym cię. Pozwoliłabym ci zasnąć, a potem bym cię udusiła. Poduszką. - Usiadła obok mnie i sięgnęła do torebki po kolejne piwo. - Albo wbiłabym ci nóż prosto w serce.
 - Też romantycznie.
Bezchmurna noc pełna spadających gwiazd i niedożywionych komarów, które od lat wyczekiwały pojawienia się ciepłokrwistych ofiar. Trzymam ręce przy sobie, zamiast jej bioder obejmuje smukłą butelkę złotej Perły i, od czasu do czasu, podnoszę ją by zalać niepokój, tlący się gdzieś w przełyku.