2
Właz wejściowy zatrzasnął się za nim. Zdjął hełm od skafandra i położył
go na blacie, który wydawał się być stworzony wyłącznie do tego. Opuścił komorę
ciśnieniową i wszedł do przestronnego pomieszczenia, w którym panował półmrok,
a jedynym źródłem światła było kilkanaście, jasnozielonych diod, migoczących kilka
metrów przed nim.
- Halo? – Odezwał się swym
stanowczym głosem, trochę za głośno i z lekką dozą agresji ukrytej gdzieś w
tle. Gdy okazało się, że jedyną reakcją na jego słowa, jest cisza, postanowił,
dość nierozważnie, sprecyzować swoje zapytanie. – Jest tu ktoś?
Oczywiście pustka nie odpowiedziała, potęgującą wrażenie, że nikt nie
odwiedzał tego miejsca od wieków. Jedynie migotanie zielonkawych diod,
sugerowało, że ma tu swoje miejsce jakaś forma mechanicznej egzystencji.
Pewnie oszczędzają energie.
Nie zastanawiając się nawet przez sekundę, czy coś mu grozi i czy
przypadkiem za chwile nie straci swojego szóstego życia, zbliżył się do świateł
tańczących w oddali. Wtem spostrzegł na podłodze ledwie widoczną ścieżkę,
wyznaczoną przez dwa rzędy słabowitych lampek. Nie zwlekając, ruszył tą drogą.
Chodnik, po którym stąpał, z każdym pokonanym metrem robił się coraz
jaśniejszy, aż doprowadził go do monumentalnej ściany, w której żarzyły się
dwie zielone diody. Gdy zdołał wreszcie pojąć swoją głupotę, złapał się za
głowę. Wokół niego było już całkowicie jasno.
Naprowadzanie światłem. A ja
sobie myślałem, że ktoś tu oszczędza energię.
Rozejrzał się szukając wejścia i wtedy usłyszał całkowicie naturalny,
niczym niezakłócony, głos mężczyzny.
- Tożsamość potwierdzona. Doktorze
Kurt. Witamy na Róży. – Diody żarzące się tuż przed nim, zapłonęły nagle
czerwonym światłem i uciekły na bok, odsłaniając wejście do windy. – Zapraszam
na mostek.
- Przepraszam, a z kim mam
przyjemność? – Spytał zaskoczony. Z każdą sekundą coraz bardziej oswajał się z
nowymi szczegółami dotyczącymi jego własnej osoby i życia sprzed lodowego snu,
które napływały do jego pamięci w jakiś chaotyczny sposób. Gdy właśnie
docierało do niego, że ma na imię Kurt i zapewne jest lekarzem, w głośnikach
ponownie odezwał się mężczyzna o gładkim głosie.
- Jestem interfejsem głosowym
zespołu zarządzania statkiem.
- Acha. To komputer, a co z ludźmi?
Kurt miał wrażenie, że winda nawet nie drgnęła, ale mimo to skromny
wyświetlacz obok drzwi wskazywał, że zbliża się do celu. Nie słyszał szumu, nie
odbijał się od ścian czy sufitu, nawet uszy mu się nie zatkały. Była to
najdziwniejsza i najspokojniejsza podróż windą, jaką kiedykolwiek odbył. Przestraszył
się, gdy nagle drzwi rozsunęły się przednim, zastępując zdumienie szokiem. Nie
tak to sobie wyobrażał.
Jego oczom ukazał się mostek, czyli prawie puste pomieszczenie o owalnym
kształcie, z gładkimi ścianami w jasnym kolorze i jednym fotelem stojącym na podwyższeniu
pośrodku. Właściwie było to legowisko, o wiele za duże jak na potrzeby zwykłego
człowieka, na którym raczej leżało się niż siedziało, opierając ciało na
powyginanej listwie.
Kurt podszedł niepewnie do jedynego „mebla” w pomieszczeniu i zaczął go
ostrożnie sprawdzać. Brakowało przycisków, ekranów lub chociaż hełmu z
wizjerem, a w dodatku listwa nie była szersza niż jego dłoń.
Przecież to mnie nie
utrzyma.
- Proszę się położyć doktorze. – Zahuczał komputer gdzieś niedaleko jego
ucha.
Nie mając innego wyboru, usiadł na listwie, która, o dziwo, nie ugięła
się pod jego ciężarem, a następnie spróbował przenieść na nią nogi, choć nie
mógł sobie wyobrazić, w jaki sposób miałby by się tam zmieścić. I wtedy fotel
ożył, zaczął się rozszerzać i jednocześnie zmniejszał swoją długość. Listwa
szybko dopasowała się do kształtu jego pośladków, a jego nogi dotknęły
miękkiego materiału, który nijak nie przypominał tego co wcześniej dotykał
dłonią.
- Obecnie ma pan sto osiemdziesiąt
trzy centymetry wzrostu, z wahaniem do czterech milimetrów. – Komputer odezwał
się gdzieś ponad nim. – Fotel uwzględnił pana wzrost i fakt, że przez bardzo
długi czas, leżał pan w jednej pozycji.
- Dziękuję. – Odpowiedział lekko
zmieszany.
Skąd on wie, że nie chcę się
kłaść na czymkolwiek? Pomyślał, czując jak drętwieją mu palce. Może to jakiś syndrom po hibernacyjny, który
zbadano już lata temu? Jako lekarz powinien wiedzieć takie rzeczy.
Zamknął oczy i oparł plecy o listwę, która dopasowała się do kształtu
jego kręgosłupa, ale nie rozszerzyła się tak jak w przypadku pośladków, czy
nóg, nadal pozostała wąska. Pojawił się też pewien zaskakujący dla Kurta
szczegół. Listwa, a więc i cały fotel, kończył się w połowie jego szyi, tak, że
jego głowa nie miała podparcia i całą siłą, jaka pozostała mu w mięśniach,
musiał ją unosić by móc cokolwiek widzieć. Kolejnym problemem wydały mu się
ręce, które położył na brzuchu, ale instynktownie czuł, że powinny być gdzieś
indziej.
- Proszę rozluźnić wszystkie
mięśnie. – Kurt czuł, ze komputer wcale nie ułatwia mu zadania, ale postąpił
tak jak mu nakazano i spróbował się rozluźnić. Jego głowa opadła nieco do tyłu
i przez to jego wzrok utkwił w dziurze, której dwie minuty temu tam nie było. Z
otworu w suficie zsuwało się coś, co najpierw go przeraziło (jak zwykle), a
następnie zaciekawiło. Przypominało maskę, lecz nie miało otworów na oczy lub
usta. Ledwie zdążył zamyślić się nad tym, co zmierza w jego stronę od góry, a
poczuł pod sobą ruch. Fotel oplótł jego nogi i brzuch czarnymi wstęgami, które
zapewne miały usztywnić jego pozycje.
- Dłonie wzdłuż ciała. – Komputer
rzucił krótkie polecenie, które Kurt natychmiast pojął i wykonał. Wtedy listwa
z pod jego szyi rozciągnęła się, aż po krawędzie palców, podpierając ramiona i
łokcie. Maska była już blisko, widział jej wnętrze, nieskazitelnie ciemne jak
najgłębszy kosmos.
- Uwaga. Za chwilę zespoli się pan
z komputerem, może to wywołać u pana szok, dlatego zaczniemy od krytycznych
funkcji statku i stopniowo będziemy przechodzić do bardziej zaawansowanych i
absorbujących pański mózg.
Kurt chciał przytaknąć, ale ze zdenerwowania nie mógł wypluć nawet jednej
głoski. Właśnie przypomniało mu się, że przeraża go nieskończona ciemność, jaka
występuje w kosmosie i, choć nie pamiętał dlaczego się w nim znalazł, był
pewien, że nie zrobił tego z własnej woli. Bowiem przerażał go ogrom
przestrzeni, której nie mógł objąć wzrokiem.
Komputer ostrzegł go jeszcze, że za chwile przebije się przez kombinezon,
o którym Kurt już dawno zapomniał, choć był cholernie niewygodny i krępował
nawet najprostsze ruchy. Cała jego uwaga skupiła się na masce, która zawisła
nad jego twarzą. Nie bardzo wiedział co powinien zrobić, odwrócić twarz i
starać się uciec z fotela? Nie było cienia szansy, że zdoła wyrwać się ze
szczelnego kokonu, jaki tworzyła wokół niego maszyna. Więc jakie miał wyjście? Jego
głowa wciąż zwisła luźno, w nienaturalny sposób wyginając szyje i powodując
irytujący, choć niezbyt mocny, ból we wszystkich mięśniach.
Zacisnął zęby i postanowił chociaż raz wziąć sprawy w swoje ręce. Zmusił
całe swoje ciało do wysiłku i uniósł głowę wyżej, przyciskając twarz do maski.
Od stóp do pasa czuł na skórze chłodny płyn przelewający się do wnętrza
kombinezonu przez dziury, które zrobił w nim fotel. Reszta ciała przeszła nagły
wstrząs elektryczny, który pobudził każdy nerw w ciele. Od przyjemnego
uniesienia, porównywalnego z dziecinnymi łaskotkami, przez ból porównywalny z
utratą ręki, aż po całkowite wyciszenie, jakby wszystko w nim umarło, łącznie
ze świadomością.
To co przeżył komputer nazwał szokiem doznaniowym. Niewiele z tego
pamiętał, bo trwało to kilka setnych części sekundy. Trochę więcej i jego mózg
ugotowałby się od przeładowania informacjami, które poprzez specjalne
połączenia w masce, przebijały się przez czaszkę wprost do pojedynczych
neuronów, zapewniając w ten sposób ostatnie ogniwo niezbędne do kontroli całego
statku, który notabene okazał się być gigantycznym okrętem wojennym.
To co przeżywał w kilka chwil po odzyskaniu przytomności, nie potrafiłaby
nazwać nawet najmądrzejsza maszyna. Komputer szybko zmniejszył ilość danych,
docierających wprost z sensorów, ale i tak Kurt widział więcej niż potrafił
ogarnąć. Zupełnie zapomniał o swoim strachu, który, choć nie zdawał sobie z tego
sprawy, przezwyciężył, wciskając twarz w nieskończoną ciemność maski.
To jest… kosmos… ja to
chyba… czuję!
Krążąc wzrokiem we wszystkie strony, widział nieskończoną przestrzeń
wokół okrętu.
Odwrócił głowę i ujrzał za sobą gigantyczny owalny obiekt o brunatnej
powierzchni. Gdy skupił na nim swoją uwagę, natychmiast dotarły do niego
informacje, które zdawały się od zawsze mieszkać w jego pamięci.
Nolan. Księżyc. Średnica
4653 kilometry.
Kilka dłuższych chwil zajęło mu oswojenie się z nowym otoczeniem, z pustką,
która go otaczała i z potokiem informacyjnym. Stan poszczególnych podzespołów
okrętu, jak i podstawowe funkcje życiowe Kurta, wylewała się albo wprost do
jego myśli, albo gdzieś obok niego, na niematerialny wyświetlacz zawieszony w
przestrzeni.
Potencjał jednostki zmniejszył się do dwóch procent. – Wiedział, że
to nie są jego myśli, że ta część świadomości jest sztuczna i przyszła wraz z
maską do wnętrza jego czaszki. Aktywne są
jedynie sektory pierwszy i drugi, funkcje podtrzymywania życia w normie.
Sugeruję by powierzył mi pan kontrolę nad sektorami od trzy do siedem, byśmy
mogli dokonać pełnej aktywacji Róży.
Kurt zgodził się bez wahania, choć przez chwile nie miał pojęcia za co
odpowiadają poszczególne części systemu. Za bardzo pochłaniał go nowy widok i
doznania. Tylko jeden fakt nie dawał mu spokoju.
Możesz oddzielić jakoś swój
głos od moich myśli? Nie chcę by coś obcego panoszyło się w mojej głowie.
- Przepraszam. – Usłyszał głos
komputera, łudząco podobny do jego własnego głosu. Był odległy, ale wyraźny. –
Ten sposób komunikacji jest nieco bardziej kłopotliwy i powoduje opóźnienia,
ale do czasu uzyskania pełnej kontroli nad Różą, możemy stosować interfejs
głosowy.
Cieszy mnie to. Zdziwił się nagle, bo myślał, że wypowiedział te
słowa na głos, ale usłyszał je tylko w swojej głowie.
- Nie może pan mówić, gdyż ma pan
w ustach specjalny płyn przewodzący. Proszę odpowiadać w myślach.
Płyn w ustach? W ogóle go
nie czuję. Mimo
zapewnień komputera, o niemożliwości wydobycia z siebie choćby najmniejszego
piśnięcia, Kurt nadal próbował i całkiem nieźle szło mu poruszanie językiem,
otwieranie ust i formowanie z nich całych, rozbudowanych zdań. Gorzej było z
usłyszeniem czegokolwiek prócz głosu komputera z oddali.
Przecież mogę mówić, ruszam ustami, tylko siebie nie słyszę. Coś mam z
uszami.
- Doktorze, z narządem słuchu ma
pan wszystko w porządku, przecież mnie pan słyszy. Cokolwiek pan odczuwa jest
złudzeniem, które ma na celu podnieść pana komfort psychiczny. W chwili, gdy
pana twarz, zetknęła się…
Tak wiem, nie musisz mi
mówić, już rozumiem. Nie będzie mi się tu wymądrzał bez potrzeby.
Komputer zamilkł, jakby urażony, a Kurt dalej oswajał się z otoczeniem.
Jakie to było uczucie? Jakby unosił się na wodzie, dryfował w czystym płynie,
pod stopami czuł jakąś powierzchnie, ale naciskał na nią tak delikatnie, że nie
czuł swego normalnego ciężaru. Był prawie pewien, że nie stoi, ani nie leży,
lecz wisi. Nawet spróbował sobie wyobrazić swoje ciało przymocowane do jakiś
strasznych elementów z groźną maską na czele. Wtedy do głowy przyszedł mu
pomysł.
Podgląd mostka.
Wydał w myślach polecenie i całe jego otoczenie zamieniło się na wnętrze
okrętu. Stał przed samym sobą, i rzeczywiście wisiał, ale do góry nogami. To mu
przypomniało, że na Róży, głównym uczuciem, jest zdezorientowanie.