" – Ja się tu chyba powieszę – pomyślał. Nie wpadło mu do głowy, że wobec braku ciążenia nawet takie wyjście nie jest możliwe..."



czwartek, 30 sierpnia 2012

Ciąg dalszy koszmaru


2
Właz wejściowy zatrzasnął się za nim. Zdjął hełm od skafandra i położył go na blacie, który wydawał się być stworzony wyłącznie do tego. Opuścił komorę ciśnieniową i wszedł do przestronnego pomieszczenia, w którym panował półmrok, a jedynym źródłem światła było kilkanaście, jasnozielonych diod, migoczących kilka metrów przed nim.
 - Halo? – Odezwał się swym stanowczym głosem, trochę za głośno i z lekką dozą agresji ukrytej gdzieś w tle. Gdy okazało się, że jedyną reakcją na jego słowa, jest cisza, postanowił, dość nierozważnie, sprecyzować swoje zapytanie. – Jest tu ktoś?
Oczywiście pustka nie odpowiedziała, potęgującą wrażenie, że nikt nie odwiedzał tego miejsca od wieków. Jedynie migotanie zielonkawych diod, sugerowało, że ma tu swoje miejsce jakaś forma mechanicznej egzystencji.
Pewnie oszczędzają energie.
Nie zastanawiając się nawet przez sekundę, czy coś mu grozi i czy przypadkiem za chwile nie straci swojego szóstego życia, zbliżył się do świateł tańczących w oddali. Wtem spostrzegł na podłodze ledwie widoczną ścieżkę, wyznaczoną przez dwa rzędy słabowitych lampek. Nie zwlekając, ruszył tą drogą.
Chodnik, po którym stąpał, z każdym pokonanym metrem robił się coraz jaśniejszy, aż doprowadził go do monumentalnej ściany, w której żarzyły się dwie zielone diody. Gdy zdołał wreszcie pojąć swoją głupotę, złapał się za głowę. Wokół niego było już całkowicie jasno.
Naprowadzanie światłem. A ja sobie myślałem, że ktoś tu oszczędza energię.
Rozejrzał się szukając wejścia i wtedy usłyszał całkowicie naturalny, niczym niezakłócony, głos mężczyzny.
 - Tożsamość potwierdzona. Doktorze Kurt. Witamy na Róży. – Diody żarzące się tuż przed nim, zapłonęły nagle czerwonym światłem i uciekły na bok, odsłaniając wejście do windy. – Zapraszam na mostek.
 - Przepraszam, a z kim mam przyjemność? – Spytał zaskoczony. Z każdą sekundą coraz bardziej oswajał się z nowymi szczegółami dotyczącymi jego własnej osoby i życia sprzed lodowego snu, które napływały do jego pamięci w jakiś chaotyczny sposób. Gdy właśnie docierało do niego, że ma na imię Kurt i zapewne jest lekarzem, w głośnikach ponownie odezwał się mężczyzna o gładkim głosie.
 - Jestem interfejsem głosowym zespołu zarządzania statkiem.
 - Acha. To komputer, a co z ludźmi?
Kurt miał wrażenie, że winda nawet nie drgnęła, ale mimo to skromny wyświetlacz obok drzwi wskazywał, że zbliża się do celu. Nie słyszał szumu, nie odbijał się od ścian czy sufitu, nawet uszy mu się nie zatkały. Była to najdziwniejsza i najspokojniejsza podróż windą, jaką kiedykolwiek odbył. Przestraszył się, gdy nagle drzwi rozsunęły się przednim, zastępując zdumienie szokiem. Nie tak to sobie wyobrażał.
Jego oczom ukazał się mostek, czyli prawie puste pomieszczenie o owalnym kształcie, z gładkimi ścianami w jasnym kolorze i jednym fotelem stojącym na podwyższeniu pośrodku. Właściwie było to legowisko, o wiele za duże jak na potrzeby zwykłego człowieka, na którym raczej leżało się niż siedziało, opierając ciało na powyginanej listwie.
Kurt podszedł niepewnie do jedynego „mebla” w pomieszczeniu i zaczął go ostrożnie sprawdzać. Brakowało przycisków, ekranów lub chociaż hełmu z wizjerem, a w dodatku listwa nie była szersza niż jego dłoń.
Przecież to mnie nie utrzyma.
- Proszę się położyć doktorze. – Zahuczał komputer gdzieś niedaleko jego ucha.
Nie mając innego wyboru, usiadł na listwie, która, o dziwo, nie ugięła się pod jego ciężarem, a następnie spróbował przenieść na nią nogi, choć nie mógł sobie wyobrazić, w jaki sposób miałby by się tam zmieścić. I wtedy fotel ożył, zaczął się rozszerzać i jednocześnie zmniejszał swoją długość. Listwa szybko dopasowała się do kształtu jego pośladków, a jego nogi dotknęły miękkiego materiału, który nijak nie przypominał tego co wcześniej dotykał dłonią.
 - Obecnie ma pan sto osiemdziesiąt trzy centymetry wzrostu, z wahaniem do czterech milimetrów. – Komputer odezwał się gdzieś ponad nim. – Fotel uwzględnił pana wzrost i fakt, że przez bardzo długi czas, leżał pan w jednej pozycji.
 - Dziękuję. – Odpowiedział lekko zmieszany.
Skąd on wie, że nie chcę się kłaść na czymkolwiek? Pomyślał, czując jak drętwieją mu palce. Może to jakiś syndrom po hibernacyjny, który zbadano już lata temu? Jako lekarz powinien wiedzieć takie rzeczy.
Zamknął oczy i oparł plecy o listwę, która dopasowała się do kształtu jego kręgosłupa, ale nie rozszerzyła się tak jak w przypadku pośladków, czy nóg, nadal pozostała wąska. Pojawił się też pewien zaskakujący dla Kurta szczegół. Listwa, a więc i cały fotel, kończył się w połowie jego szyi, tak, że jego głowa nie miała podparcia i całą siłą, jaka pozostała mu w mięśniach, musiał ją unosić by móc cokolwiek widzieć. Kolejnym problemem wydały mu się ręce, które położył na brzuchu, ale instynktownie czuł, że powinny być gdzieś indziej.
 - Proszę rozluźnić wszystkie mięśnie. – Kurt czuł, ze komputer wcale nie ułatwia mu zadania, ale postąpił tak jak mu nakazano i spróbował się rozluźnić. Jego głowa opadła nieco do tyłu i przez to jego wzrok utkwił w dziurze, której dwie minuty temu tam nie było. Z otworu w suficie zsuwało się coś, co najpierw go przeraziło (jak zwykle), a następnie zaciekawiło. Przypominało maskę, lecz nie miało otworów na oczy lub usta. Ledwie zdążył zamyślić się nad tym, co zmierza w jego stronę od góry, a poczuł pod sobą ruch. Fotel oplótł jego nogi i brzuch czarnymi wstęgami, które zapewne miały usztywnić jego pozycje.
 - Dłonie wzdłuż ciała. – Komputer rzucił krótkie polecenie, które Kurt natychmiast pojął i wykonał. Wtedy listwa z pod jego szyi rozciągnęła się, aż po krawędzie palców, podpierając ramiona i łokcie. Maska była już blisko, widział jej wnętrze, nieskazitelnie ciemne jak najgłębszy kosmos.
 - Uwaga. Za chwilę zespoli się pan z komputerem, może to wywołać u pana szok, dlatego zaczniemy od krytycznych funkcji statku i stopniowo będziemy przechodzić do bardziej zaawansowanych i absorbujących pański mózg.
Kurt chciał przytaknąć, ale ze zdenerwowania nie mógł wypluć nawet jednej głoski. Właśnie przypomniało mu się, że przeraża go nieskończona ciemność, jaka występuje w kosmosie i, choć nie pamiętał dlaczego się w nim znalazł, był pewien, że nie zrobił tego z własnej woli. Bowiem przerażał go ogrom przestrzeni, której nie mógł objąć wzrokiem.
Komputer ostrzegł go jeszcze, że za chwile przebije się przez kombinezon, o którym Kurt już dawno zapomniał, choć był cholernie niewygodny i krępował nawet najprostsze ruchy. Cała jego uwaga skupiła się na masce, która zawisła nad jego twarzą. Nie bardzo wiedział co powinien zrobić, odwrócić twarz i starać się uciec z fotela? Nie było cienia szansy, że zdoła wyrwać się ze szczelnego kokonu, jaki tworzyła wokół niego maszyna. Więc jakie miał wyjście? Jego głowa wciąż zwisła luźno, w nienaturalny sposób wyginając szyje i powodując irytujący, choć niezbyt mocny, ból we wszystkich mięśniach.
Zacisnął zęby i postanowił chociaż raz wziąć sprawy w swoje ręce. Zmusił całe swoje ciało do wysiłku i uniósł głowę wyżej, przyciskając twarz do maski. Od stóp do pasa czuł na skórze chłodny płyn przelewający się do wnętrza kombinezonu przez dziury, które zrobił w nim fotel. Reszta ciała przeszła nagły wstrząs elektryczny, który pobudził każdy nerw w ciele. Od przyjemnego uniesienia, porównywalnego z dziecinnymi łaskotkami, przez ból porównywalny z utratą ręki, aż po całkowite wyciszenie, jakby wszystko w nim umarło, łącznie ze świadomością.

To co przeżył komputer nazwał szokiem doznaniowym. Niewiele z tego pamiętał, bo trwało to kilka setnych części sekundy. Trochę więcej i jego mózg ugotowałby się od przeładowania informacjami, które poprzez specjalne połączenia w masce, przebijały się przez czaszkę wprost do pojedynczych neuronów, zapewniając w ten sposób ostatnie ogniwo niezbędne do kontroli całego statku, który notabene okazał się być gigantycznym okrętem wojennym.
To co przeżywał w kilka chwil po odzyskaniu przytomności, nie potrafiłaby nazwać nawet najmądrzejsza maszyna. Komputer szybko zmniejszył ilość danych, docierających wprost z sensorów, ale i tak Kurt widział więcej niż potrafił ogarnąć. Zupełnie zapomniał o swoim strachu, który, choć nie zdawał sobie z tego sprawy, przezwyciężył, wciskając twarz w nieskończoną ciemność maski.
To jest… kosmos… ja to chyba… czuję!
Krążąc wzrokiem we wszystkie strony, widział nieskończoną przestrzeń wokół okrętu.
Odwrócił głowę i ujrzał za sobą gigantyczny owalny obiekt o brunatnej powierzchni. Gdy skupił na nim swoją uwagę, natychmiast dotarły do niego informacje, które zdawały się od zawsze mieszkać w jego pamięci.
Nolan. Księżyc. Średnica 4653 kilometry.
Kilka dłuższych chwil zajęło mu oswojenie się z nowym otoczeniem, z pustką, która go otaczała i z potokiem informacyjnym. Stan poszczególnych podzespołów okrętu, jak i podstawowe funkcje życiowe Kurta, wylewała się albo wprost do jego myśli, albo gdzieś obok niego, na niematerialny wyświetlacz zawieszony w przestrzeni.
 Potencjał jednostki zmniejszył się do dwóch procent. – Wiedział, że to nie są jego myśli, że ta część świadomości jest sztuczna i przyszła wraz z maską do wnętrza jego czaszki. Aktywne są jedynie sektory pierwszy i drugi, funkcje podtrzymywania życia w normie. Sugeruję by powierzył mi pan kontrolę nad sektorami od trzy do siedem, byśmy mogli dokonać pełnej aktywacji Róży.
Kurt zgodził się bez wahania, choć przez chwile nie miał pojęcia za co odpowiadają poszczególne części systemu. Za bardzo pochłaniał go nowy widok i doznania. Tylko jeden fakt nie dawał mu spokoju.
Możesz oddzielić jakoś swój głos od moich myśli? Nie chcę by coś obcego panoszyło się w mojej głowie.
 - Przepraszam. – Usłyszał głos komputera, łudząco podobny do jego własnego głosu. Był odległy, ale wyraźny. – Ten sposób komunikacji jest nieco bardziej kłopotliwy i powoduje opóźnienia, ale do czasu uzyskania pełnej kontroli nad Różą, możemy stosować interfejs głosowy.
 Cieszy mnie to. Zdziwił się nagle, bo myślał, że wypowiedział te słowa na głos, ale usłyszał je tylko w swojej głowie.
 - Nie może pan mówić, gdyż ma pan w ustach specjalny płyn przewodzący. Proszę odpowiadać w myślach.
Płyn w ustach? W ogóle go nie czuję. Mimo zapewnień komputera, o niemożliwości wydobycia z siebie choćby najmniejszego piśnięcia, Kurt nadal próbował i całkiem nieźle szło mu poruszanie językiem, otwieranie ust i formowanie z nich całych, rozbudowanych zdań. Gorzej było z usłyszeniem czegokolwiek prócz głosu komputera z oddali.
 Przecież mogę mówić, ruszam ustami, tylko siebie nie słyszę. Coś mam z uszami.
 - Doktorze, z narządem słuchu ma pan wszystko w porządku, przecież mnie pan słyszy. Cokolwiek pan odczuwa jest złudzeniem, które ma na celu podnieść pana komfort psychiczny. W chwili, gdy pana twarz, zetknęła się…
Tak wiem, nie musisz mi mówić, już rozumiem. Nie będzie mi się tu wymądrzał bez potrzeby.
Komputer zamilkł, jakby urażony, a Kurt dalej oswajał się z otoczeniem. Jakie to było uczucie? Jakby unosił się na wodzie, dryfował w czystym płynie, pod stopami czuł jakąś powierzchnie, ale naciskał na nią tak delikatnie, że nie czuł swego normalnego ciężaru. Był prawie pewien, że nie stoi, ani nie leży, lecz wisi. Nawet spróbował sobie wyobrazić swoje ciało przymocowane do jakiś strasznych elementów z groźną maską na czele. Wtedy do głowy przyszedł mu pomysł.
Podgląd mostka.
Wydał w myślach polecenie i całe jego otoczenie zamieniło się na wnętrze okrętu. Stał przed samym sobą, i rzeczywiście wisiał, ale do góry nogami. To mu przypomniało, że na Róży, głównym uczuciem, jest zdezorientowanie.

1 komentarz:

  1. Przez chwilę przemknął mi przez myśl P.K.Dick ze swoimi opowadaniami...:)

    OdpowiedzUsuń

Pisz śmiało. Wytykaj błędy, ubliżaj, rzucaj mięsem.