Kwaśno w ustach. To pierwszy znak, że coś jest
inaczej. Dołóż światłowstręt i szybko oswój się ze świadomością, iż, być może,
wczoraj przekroczyłeś jakiś rubikon i wziąłeś w okupację jakąś rzymiankę. Warto
zadać sobie nieco trudu i zbadać najbliższe otoczenie, uchylając przynajmniej jedną
powiekę. Gdzieś w pobliżu zawsze jest woda, jeśli nie w butelce, to w kranie, w
sedesie lub rynnie. Kwas w ustach ustępuje stopniowo, a zanika dopiero po
trzecim piwie, ale teraz nie ma co zaprzątać sobie tym głowy. Są ważniejsze
sprawy, jak choćby namiastka Wenus, która majestatycznie rozrzuciła się na całe
łoże, korzystając z naszej nieobecności. Ponownie, warto zadać sobie nieco
trudu i zadbać o odpowiednie nawilżenie organizmu, a jeśli przepełnia nas
energia, można sprawdzić jak nonsensownym pomysłem jest próba wydzielenia
skrawka legowiska dla siebie.
Kwaśność w ustach nie odpuszcza. Podobnie nasza
wyśniona Wenus. Wtedy naprawdę warto usiąść na podłodze i nie próbować już
niczego. Przy czwartym lub jedenastym wdechu, do stacji w naszej czaszce
dociera nocny pociąg ze świeżą dostawą wspomnień. I nie mamy już wątpliwości,
skąd w naszej Wenus taka odmiana i skąd, w miejsce rozkosznej czułości, nagły
napad gniewu i przerażenia. Kwas w ustach ustępuje stopniowo i wszystko staje
się oślepiająco jasne. Warto zmrużyć oczy by nie stracić wzroku, gdy nasza
Wenus, ogromnie niezadowolona z pierwszej homoseksualnej przygody, ciśnie w nas
stanikiem i zbudzi cały wieżowiec panicznym krzykiem, godnym Madame Butterfly.
Jakimś cudem fakt, iż nagle jesteśmy dziewiętnastoletnią dziewczyną, schodzi na margines, teraz liczy się wyjście cało z opresji.