" – Ja się tu chyba powieszę – pomyślał. Nie wpadło mu do głowy, że wobec braku ciążenia nawet takie wyjście nie jest możliwe..."



środa, 2 kwietnia 2014

Osoblistość #4

NawigacjaPoczątek ~ #1 ~ #2 ~ #3 ~ #4 (jesteś tutaj)



***Wujek E.***


Chyba nikomu nie trzeba mówić, że rodzina jest ważna, choć wielu z nas przekonuje się o tym, gdy jest już za późno. Rodzice, dziadkowie i rodzeństwo, tworzą pierwszą społeczność do której przynależymy i, czy tego chcemy, czy nie, to od tych ludzi jesteśmy zależni, to oni nas kształtują.

Nie znam się na socjologii. W tej materii jestem raczej amatorem, który wyciąga oczywiste wnioski z zaobserwowanych zjawisk, dziejących się wokół. Interesuję się ludźmi, chciałbym wiedzieć o innych jak najwięcej, bo, kiedyś tam, wiele lat temu, ktoś zaszczepił we mnie ciekawość do świata i jego mieszkańców.
Nigdy nie wyraziłem swojej wdzięczności wprost, mówiąc, że dzięki tej osobie wyrosłem na człowieka, którym dziś jestem. Oczywiście nie jest to tylko jego zasługą, bo wiele osób miało na mnie wpływ, ale z jakiegoś powodu, ze szczególnym sentymentem, wspominam E., którego lubiłem nazywać wujkiem.
Nie byliśmy spokrewnieni, ale pięcioletnie czy sześcioletnie dziecko ma ograniczoną perspektywę i pewne rzeczy naprawdę trudno wytłumaczyć. Dlatego nie dziwię się, że ta osoba przetrwała w mojej pamięci jako "wujek", choć tak naprawdę E. był naszym sąsiadem, przesiadującym całymi godzinami w swoim garażu, na naszym podwórku.
Przez wiele lat był kierowcą, woził słodycze z pobliskiej fabryki w różne zakamarki kraju. Później, gdy przeszedł na emeryturę, w każdą sobotę jeździł na ryby swoim białym Polonezem. Pamiętam, że mój ojciec czasami pożyczał od niego to auto byśmy mogli odwiedzić krewniaków z dalszych stron (na przykład w Opolu).

W jakiś magiczny sposób E. zastąpił mi dziadka, którego, w tamtym czasie, nie było na miejscu. To chyba naturalny proces, że człowiek instynktownie szuka substytutów, gdy nic w najbliższym otoczeniu nie jest zdolne zaspokoić jego podstawowych potrzeb.

Pamiętam garaż, w którym E. trzymał prawdziwy arsenał narzędzi, gratów, pustych butelek i różnych, zdawało się, nieprzydatnych sprzętów służących do połowu ryb. Dla dziecka była to prawdziwa świątynia, pełna skarbów o magicznych właściwościach. Oczywiście nie mam tutaj na myśli wódki, którą E. popijał z towarzyszami swych wypraw, lecz różne smary i oleje o lepkim, niepokojąco kuszącym, zapachu.

Stary garaż pełen tajemnic
Foto

A cóż za towarzystwo spotykało się pod tym garażem! Do dziś spacerują po mej głowie ci mężczyźni, mówiący do siebie tym specyficznym, miejskim dialektem, którego latami nie mogłem zrozumieć. Większość z nich przekroczyła pięćdziesiąty rok życia, najlepsze mieli już za sobą i jedyne co im pozostało, to topienie smutków w kolejnych ćwiartkach i setkach.
Taksówkarz, kierowca, mechanik czy motorniczy tramwaju, spotykali się latem dzień w dzień, w cieniu akacji porastających moje podwórze i dyskutowali o sprawach bieżących.
Wtedy nie wiedziałem, że większość z nich szuka ucieczki od rzeczywistości, od żon, które ciągle wymagały więcej i od pamięci, która nie pozwalała zachować słodką obojętność.

Przyglądałem im się z boku, uczyłem się życia, ale, co gorsza, dorastałem i docierało do mnie coraz więcej obrazów majaczących dotąd wprost przed mymi oczami.
Zdrowie nie dopisywało E. Gdy mi przybywało lat i kilogramów, jemu coraz większy trud sprawiało poruszanie się. Kule poszły w odstawkę, Polonez i działka na sprzedaż, a garaż przydał się ojcu na nasz nowy samochód.
Pamiętam, gdy widziałem się z nim ten ostatni raz. Ciasna kawalerka, z kuchnią pełniącą funkcję przedpokoju i łazienką skrytą za zasłonką wypełniona była letnim zapachem przygotowywanego obiadu. Do teraz, gdzieś głębi nosa odnajduję zapach stuletnich, drewnianych schodów, prowadzących do siedziby E. na piętrze, zmieszany z lepką wonią rozgotowanych ziemniaków. Mieszkał tam razem z żoną, która pomagała mu we wszystkim, gdy nie mógł się już poruszać na własnych nogach, więc to ona przyrządzała te posiłki i to ją zacząłem widywać częściej niż jego.
Przyniosłem wtedy wielki kosz jabłek z naszego drzewa. Ucieszył się, bo zobaczył dorosłego mężczyznę w przeddzień wyjazdu na studia do Torunia, w miejscu gdzie kilka lat temu był, umorusany błotem, smarkacz, grzebiący w jego zardzewiałych gratach.
Pytał czy wszystko w porządku, czy wszyscy zdrowi i czy mamy to, czego pragnęliśmy. On wtedy nie miał już nic, prócz głębokiego głosu, dudniącego w klaustrofobicznym pomieszczeniu.

Śpieszmy się kochać, śpieszmy się doceniać
Foto


Zmarł kilkanaście miesięcy później, gdy uczyłem się na jakiś bzdurny egzamin. Nie mogłem jechać na pogrzeb, musiałem być gdzieś indziej. Minęło już sporo czasu, a ja, tak zwyczajnie, tęsknię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pisz śmiało. Wytykaj błędy, ubliżaj, rzucaj mięsem.