Chyba nikomu nie
trzeba mówić, że rodzina jest ważna, choć wielu z nas przekonuje się o tym, gdy
jest już za późno. Rodzice, dziadkowie i rodzeństwo, tworzą pierwszą
społeczność do której przynależymy i, czy tego chcemy, czy nie, to od tych
ludzi jesteśmy zależni, to oni nas kształtują.
Nie znam się na
socjologii. W tej materii jestem raczej amatorem, który wyciąga oczywiste
wnioski z zaobserwowanych zjawisk, dziejących się wokół. Interesuję się ludźmi,
chciałbym wiedzieć o innych jak najwięcej, bo, kiedyś tam, wiele lat temu, ktoś
zaszczepił we mnie ciekawość do świata i jego mieszkańców.
Nigdy nie
wyraziłem swojej wdzięczności wprost, mówiąc, że dzięki tej osobie wyrosłem na
człowieka, którym dziś jestem. Oczywiście nie jest to tylko jego zasługą, bo wiele
osób miało na mnie wpływ, ale z jakiegoś powodu, ze szczególnym sentymentem,
wspominam E., którego lubiłem nazywać wujkiem.
Nie byliśmy
spokrewnieni, ale pięcioletnie czy sześcioletnie dziecko ma ograniczoną
perspektywę i pewne rzeczy naprawdę trudno wytłumaczyć. Dlatego nie dziwię się,
że ta osoba przetrwała w mojej pamięci jako "wujek", choć tak
naprawdę E. był naszym sąsiadem, przesiadującym całymi godzinami w swoim
garażu, na naszym podwórku.
Przez wiele lat
był kierowcą, woził słodycze z pobliskiej fabryki w różne zakamarki kraju.
Później, gdy przeszedł na emeryturę, w każdą sobotę jeździł na ryby swoim
białym Polonezem. Pamiętam, że mój ojciec czasami pożyczał od niego to auto
byśmy mogli odwiedzić krewniaków z dalszych stron (na przykład w Opolu).
W jakiś magiczny
sposób E. zastąpił mi dziadka, którego, w tamtym czasie, nie było na miejscu.
To chyba naturalny proces, że człowiek instynktownie szuka substytutów, gdy nic
w najbliższym otoczeniu nie jest zdolne zaspokoić jego podstawowych potrzeb.
Pamiętam garaż,
w którym E. trzymał prawdziwy arsenał narzędzi, gratów, pustych butelek i
różnych, zdawało się, nieprzydatnych sprzętów służących do połowu ryb. Dla
dziecka była to prawdziwa świątynia, pełna skarbów o magicznych właściwościach.
Oczywiście nie mam tutaj na myśli wódki, którą E. popijał z towarzyszami swych
wypraw, lecz różne smary i oleje o lepkim, niepokojąco kuszącym, zapachu.
![]() |
| Foto |
A
cóż za towarzystwo spotykało się pod tym garażem! Do dziś spacerują po mej
głowie ci mężczyźni, mówiący do siebie tym specyficznym, miejskim dialektem, którego
latami nie mogłem zrozumieć. Większość z nich przekroczyła pięćdziesiąty rok
życia, najlepsze mieli już za sobą i jedyne co im pozostało, to topienie smutków
w kolejnych ćwiartkach i setkach.
Taksówkarz, kierowca, mechanik czy motorniczy tramwaju, spotykali
się latem dzień w dzień, w cieniu akacji porastających moje podwórze i
dyskutowali o sprawach bieżących.
Wtedy
nie wiedziałem, że większość z nich szuka ucieczki od rzeczywistości, od żon,
które ciągle wymagały więcej i od pamięci, która nie pozwalała zachować słodką
obojętność.
Przyglądałem im się
z boku, uczyłem się życia, ale, co gorsza, dorastałem i docierało do mnie coraz
więcej obrazów majaczących dotąd wprost przed mymi oczami.
Zdrowie
nie dopisywało E. Gdy mi przybywało lat i kilogramów, jemu coraz większy trud
sprawiało poruszanie się. Kule poszły w odstawkę, Polonez i działka na
sprzedaż, a garaż przydał się ojcu na nasz nowy samochód.
Pamiętam,
gdy widziałem się z nim ten ostatni raz. Ciasna kawalerka, z kuchnią pełniącą
funkcję przedpokoju i łazienką skrytą za zasłonką wypełniona była letnim
zapachem przygotowywanego obiadu. Do teraz, gdzieś głębi nosa odnajduję zapach
stuletnich, drewnianych schodów, prowadzących do siedziby E. na piętrze,
zmieszany z lepką wonią rozgotowanych ziemniaków. Mieszkał tam razem z żoną,
która pomagała mu we wszystkim, gdy nie mógł się już poruszać na własnych
nogach, więc to ona przyrządzała te posiłki i to ją zacząłem widywać częściej niż
jego.
Przyniosłem
wtedy wielki kosz jabłek z naszego drzewa. Ucieszył się, bo zobaczył dorosłego
mężczyznę w przeddzień wyjazdu na studia do Torunia, w miejscu gdzie kilka lat
temu był, umorusany błotem, smarkacz, grzebiący w jego zardzewiałych gratach.
Pytał
czy wszystko w porządku, czy wszyscy zdrowi i czy mamy to, czego pragnęliśmy. On
wtedy nie miał już nic, prócz głębokiego głosu, dudniącego w klaustrofobicznym
pomieszczeniu.
![]() |
| Foto |


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Pisz śmiało. Wytykaj błędy, ubliżaj, rzucaj mięsem.