" – Ja się tu chyba powieszę – pomyślał. Nie wpadło mu do głowy, że wobec braku ciążenia nawet takie wyjście nie jest możliwe..."



Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 września 2013

Poczciwy kierowca rakietowego autobusu.

Książki fantastyczne? Lubię, owszem, ale tylko złe.
- S. Lem - Opowiadanie Pirxa

Tytuł: Opowieści o pilocie Pirxie
Autor: Stanisław Lem
Wydawca: Biblioteka Gazety Wyborczej
Audiobook (słuchowisko) można pobrać za darmo - instrukcja jak to zrobić.

Nigdy nie ukrywałem, że Stanisław Lem należy do czołówki jest moim ulubionym pisarzem, a Pirx to jedna z moich najukochańszych postaci. Teraz, gdy nadarzyła się okazja, by całkiem za darmo pobrać słuchowisko zawierające wszystkie opowiadania o pilocie Pirxie, postanowiłem napisać kilka słów o tej książce.
Cytat na początku tego wpisu, a także motto tego bloga pochodzą z Opowieści o pilocie Pirxie. Moje poczucie humoru, moja, krystalizująca się nadal, silna wola i moja skłonność do fantazjowania, wywodzą się z tej książki.
Nie jest to najlepszy bohater stworzony przez Lema. Nie posiada Pirx głębokiej psychiki czy niesamowitych umiejętności, jest tak bardzo zwyczajny, jak zwyczajny może być kierowca autobusu, który codziennie wozi ludzi do szkoły i pracy. Jednak właśnie ta cecha, swoista pospolitość postaci, sprawia, że wszystkie te historie nabierają cudownych barw.

Jakie miałem uczucia, czytając ten zbiór opowieści po raz pierwszy?
Całość wydała mi się nieco archaiczna, przez te wszystkie "stosy", "hamowania" i wielkie rakiety towarowe. Ale to było oczywiste, że nomenklatura zmieniła się znacząco, a i postęp technologiczny wykonał diabelnie wielki skok. (Widać to zresztą w ostatniej powieści Lema -  Fiasko - gdzie ludzie podróżują już do innych gwiazd, wykorzystując nieprawdopodobne właściwości fizyki).
Każda kolejna opowieść wciąga coraz bardziej, choć przesycają je opisy krajobrazów (jak zawsze u Lema), a tok wydarzeń czasem wydaje się być sztucznie rozciągnięty w czasie, poprzez, niemal szczegółową, prezentację wewnętrznych przemyśleń głównego bohatera. Ten fakt znacząco różni prozę Lema od chociażby dzieł z sagi Endera, gdzie autor pozwalał sobie na pomijanie wielu kwestii byleby tylko przyspieszyć akcję.

Była to pierwsza książka, która opowiedziała mi jakąś historię w sposób, o którym marzyłem. Zwykły kadet został w końcu komandorem, by na końcu, już w zupełnie innej książce, stać się postacią znaną i szanowaną. Idealny los dla kogoś, kogo trudno wyróżnić na tle innych ludzi. Bo Pirx nie jest głupi, ale do najbystrzejszych także nie należy. Z tego względu zawsze umieszczałem go gdzieś pośrodku, podobnie jak siebie samego, zapewne stąd moja sympatia dla tej postaci. Przygody, które czytelnik przeżywa wraz z nim są na ogół przewrotne, lecz prawie zawsze skrywają w swej treści jakiś podstęp. W ten sposób koniec lektury jest początkiem rozważań, a koniec rozważań może zaowocować narodzinami idei. I właśnie to jest potęgą Lema.

Choć, być może, Fabryka Absolutu miała jeszcze większy wpływ na mój światopogląd? 

sobota, 24 sierpnia 2013

Ender Mówca

Tytuł: Gra Endera; Mówca umarłych

To na pewno nie będzie recenzja, bo chyba nie jestem wstanie napisać takowej dla tych dwóch książek. Będzie to raczej tekst podsumowujący moją lekturę.

Grą Endera zainteresowałem się, gdy usłyszałem zapowiedź filmu o tym samym tytule. Dałem się skusić i zobaczyłem jedną trzecią pierwszego zwiastuna. Dziś te kilka scen mój mózg sprytnie wykasował ze swojej pamięci. Dzięki temu, pierwszy raz w życiu, pójdę na film, przeczytawszy wcześniej książkę, a zarazem pozbawiony jakiegokolwiek wyobrażenia o nim.
Dlaczego to robię? Ponieważ ta książka jest pierwszą, która nie pozwoliła mi oderwać się od swych treści nawet na minutę. Przeczytałem ją wciągu jednej nocy, od deski do deski, nawet bez jakiś wcześniejszych podchodów, które zwykłem czynić w stosunku do innych powieści.

Nie umiem dokładnie wytłumaczyć co tak mocno przykuło moją uwagę, że raptem trzy dni później zabrałem się za Mówcę umarłych, drugą książkę z sagi o Enderze. Może ma to związek z moimi pragnieniami i marzeniami, które żywiłem dzieckiem będąc. Z pewnością polubiłem głównego bohatera za przenikliwość, naturalność i, swego rodzaju, pewną "ludzkość". Autor bardzo dobrze rozdał cechy bohaterom i świetnie zaprojektował otaczający ich świat, choć miejscami, aż prosi się o jakieś większe konkrety.

Fabuła nie jest skomplikowana, jest logiczna, ale może kogoś zaskoczyć, jeśli nie przywykł do literatury fantastyczno-naukowej. Miejsca, już w pierwszej książce, widać, że autor zamierza przekształcić tę jedną książkę w coś więcej, że projektuje już losy całego świata, nie tylko w przód, ale też wstecz. Dziś już wiadomo, że  Card napisał trzynaście książek związanych z tym uniwersum, a kolejne są już w przygotowaniu.

Więc o co w tym wszystkim chodzi? Poznajemy pewne dziecko, które przez rówieśników określane jest mianem "Trzeci", uchodzi za pupila, a w karku  ma wszczepiony implant rejestrujący wszystkie jego funkcje życiowe. Oczywiście ta słaba osóbka, którą prześladują koledzy z klasy, jest tak naprawdę wybrańcem, jedyną osobą na świecie posiadającą predyspozycję do ocalenia ludzkości. Bo Ziemi zagraża zła i okrutna rasa Robali.
Sytuacja zaczyna się rozwijać, a my podążamy śladem Endera, naszego małoletniego bohatera, który w wieku zaledwie sześciu lat, trafia do Szkoły Bojowej, orbitującej wokół Ziemi. Widzimy jak uczy się taktyki, jak trenuje by być coraz lepszym żołnierzem. Wtedy zaczyna się jego gra...
Druga książka przytacza dalsze losy Endera, który nie jest już dzieckiem, lecz kapłanem nowej religii, tytułowym Mówcą umarłych. Przylatuje na planetę Lusitania, gdzie władza należy do kościoła katolickiego, a gdzie, prócz ludzi, żyje jeszcze jeden gatunek inteligentnych istot, zwanych Prosiaczkami.

Tego typu literatura może nudzić, szczególnie tyczy się to drugiego tomu, gdzie rozważania religijne, etyczne i antropologiczne, spotykają się z portugalskimi imionami i nazwiskami. Sporo w tych książkach miejsc, w których fabuła nagle przyspiesza, mijają lata, czasem dekady, a później znów wydarzenia biegną swoim tempem, byśmy mogli podziwiać bohaterów w ich codziennej walce o lepsze jutro. No może troszkę przesadziłem, ale dla fanów jednostajnego toku wydarzeń może się to okazać nieznośne.

Jest w tej sadze to "coś", co sprawia, że nie umiem oderwać się od tego uniwersum. Być może to przez to, że zawsze marzyłem by być kimś takim jak Ender Wiggin. Podziwianym, a zarazem nienawidzonym, znającym historię nie z książek, ale z własnej obserwacji, z własnego punktu widzenia.
To "coś" może też wiązać się z faktem, że zawsze chciałem napisać taką opowieść. Co więcej, od bardzo dawna snułem w swych wieczornych myślach kolejne, niekończące się, historie, w których moi bohaterowie mierzyli się z nieskończoną liczbą wrogich istot.

Naprawdę nie wiem czy zachęciłem kogoś do lektury, czy może raczej sprawiłem, że ktoś się rozmyślił. Chociaż bardzo możliwe,  że nie udało mi się dokonać czegokolwiek, nie wywarłem jakiegoś efektu, lecz po prostu wylałem dwa wiadra przemyśleń, które niczego nie wnoszą. Jeśli również tak myślisz, drogi Czytelniku, to bardzo mi przykro z powodu straty Twego czasu.

Jedno jest pewne - niecierpliwie czekam na film.

środa, 17 lipca 2013

Dwie książki w cenie małego obiadu dla dwojga

Autor:Jean-Marie Gustave Le Clézio
Tytuł: Urania
Wydawca: Państwowy Instytut Wydawniczy 2008


J.M.G. Le Clezio - Urania

Kolejna książka z mojego ulubionego, taniego cyklu wydawniczego, w którym ukazują się dzieła autorów dla mnie nieco egzotycznych (między innymi: TUTAJ i TUTAJ opisywałem książki z tej serii).

Cóż mamy tym razem? Autor pisał tę książkę przez bardzo wiele lat (niemal całe swoje życie), więc jest to poniekąd suma jego doświadczeń związana z podróżami po południowym Meksyku i obcowania z różnymi plemionami.
Mamy więc bohatera, który przybywa do Doliny, będącej idealnym przekrojem stanu współczesnej Ameryki Środkowej. Tam dowiaduje się o miejscu, które wydaje się być pewną próbą realizacji wizji o utopijnej wspólnocie, snutych przez myślicieli od wielu wieków. Bohater, razem z czytelnikiem, poznaje tę niewielką społeczność poprzez relację jednego z jej członków. Później sytuacja gwałtownie się zmienia i zgodnie z przewidywaniami, okrutny świat, zamroczony kapitalistycznym pędem nastawionym na coraz większy zysk, odbiera tej niewielkiej grupie ludzi ich szczęście. 

O co chodzi z Uranią? Sam nie wiem. Cholernie ciężko mi się to czytało, bo autor prowadzi fabułę w specyficzny sposób, zupełnie jak dziadek, który opowiadając coś wnukom, nie omieszka cofnąć się w swej pamięci o kilkadziesiąt lat za daleko. Czytam więc historię głównego bohatera, która zaczyna się w okupowanej Francji z czasów drugiej wojny światowej, następnie przenosi się na meksykańską prowincje, gdzie poznaje środowisko naukowe, znajduję sobie kochankę i chadza po nieciekawych dzielnicach w poszukiwaniu jakiejś wyśnionej, tropikalnej prostytutki.
Momentami odechciewało mi się czytać, ale jakoś się przemogłem.
W między czasie czytamy teksty, jakie główny bohater otrzymał od tajemniczego młodzieńca, poznanego w autobusie międzymiastowym. Z tych kilkunastu stron dowiadujemy się o historii i celów jakie stawiają przed sobą mieszkańcy Campos, bo właśnie tak nazywa się ów utopijna osada.
Na koniec autor dokonuje jakby rozliczenia, dopisując dalsze losy bohaterów, którzy udają się na wygnanie, po opuszczeniu swej osady.

Czy jest to ciekawa książka? Czy warto czytać? Nie odradzam, ale też nie polecam, bo moim zdaniem, można było napisać to w bardziej przyjemny sposób. Ta książka jest po prostu surowa, wiele wątków jest tylko liźniętych i aż prosi się o rozwinięcie (jak choćby historia miłości głównego bohatera do jego kochanki - zupełnie nie mogłem tego poczuć).



***


Autor:Sean Beaudoin (en)
Tytuł: Donikąd, byle szybciej (Going Nowhere Faster)
Wydawca: Nasza Księgarnia 2010

Sean Beaudoin - Donikąd, byle szybciej


Pewnie nigdy nie przeczytałbym do końca Uranii, gdybym nie przyrzekł sobie, że jak tylko ją skończę, to zabiorę się za Donikąd, byle szybciej.

Za młodu każdy ma jakieś, nieco szalone i niedorzeczne dla innych, marzenie. Niektórym, posiadającym większy od innych zapał, udaje się je zrealizować, a inni kończą w Biedronce, albo płodzą trójkę dzieci. Ale to nie ma znaczenia, bo w gruncie rzeczy, większość ludzi w jakiś sposób odnajduje swoją drogę do szczęścia.

Główny bohater ma na imię Stan i jest całkiem zdolnym chłopakiem, który ma odrobinę przerąbane w szkole i który cierpi na pewne zaburzenie. Otóż wydaje mu się, że ktoś go chce zabić. Znaczy, on doskonale wie, kto chce to zrobić, tylko, że nikt mu jakoś nie chce uwierzyć.Wielkim marzeniem Stana jest zostać scenarzystą. Póki co pracuje jedynie w lokalnej wypożyczalni filmów i musi się wszystkim tłumaczyć dlaczego jeszcze nie zdecydował na jakie studia się wybiera.
Stanowi podoba się też pewna dziewczyna. Stan ma świrniętą rodzinkę, najlepszego przyjaciela, który nie mówi do niego po imieniu i młodsza, mądrzejszą od niego, siostrę. Przez to wszystko Stan przypomina nieco Holdena z Buszującego w zbożu (co sam zauważa i natychmiast neguje).
Życie Stana to idealny materiał na scenariusz filmowy, lecz nasz bohater nie potrafi tego dostrzec. Skupia się raczej na drobnych problemach, które (jak zwykle) przekształca w swej wyobraźni do gigantycznych rozmiarów.

Czego możemy spodziewać się po tej książce? Pościgów, walki wręcz, sporej dawki humoru, wybuchów, eksplozji, strzelanin, aktów wandalizmu i znęcania się nad rowerem. Ach, no i te wszystkie szalone wynalazki i niesamowite streszczenia nigdy niezrealizowanych scenariuszy filmowych...

Polecam, bo dawno nic mnie tak nie urzekło, jak ta przyjemna i lekko strawna historia, którą można pochłonąć w jeden dzień. Autorowi udało się odtworzyć pewną subtelną atmosferę. Naprawdę poczułem się jakbym czytał coś, co stworzył człowiek w wieku 18-20 lat.

wtorek, 7 maja 2013

Ujawnienie "Kronosa"

Wczoraj Rita Gombrowicz, wdowa po genialnym pisarzu, Witoldzie Gombrowiczu, oznajmiła na łamach Newsweeka, że jest w posiadaniu tajnego dziennika swego męża. Według artykułu, są to podobno bardzo intymne zapiski, które pani Rita trzymała przez czterdzieści lat pod łóżkiem w obawie przed publikowaniem ich. Nie powiedziała o nich nawet swoim przyjaciołom i rodzinie.
Wnioski nasuwają się same.
Oczywiście pismaki już nazywają to "literackim skandalem roku, a może nawet dekady" i maszyna sama zaczyna się nakręcać. Mówi się o niespodziewanym, mrocznym obliczu pisarza, który każdego roku podsumowywał swoje dokonania w dziedzinie erotyki (jeśli dobrze to zrozumiałem). Książka ma się ukazać 23 maja, więc nic dziwnego, że już teraz ruszyła jej promocja.

Manuskrypt "Kronosa" z archiwum Rity Gombrowicz


Oczywiście pierwsze recenzje wyjawią prosty fakt - żadnego skandalu nie będzie. Ale będą za to pieniążki, których najwyraźniej komuś się skończyły.

Uważam Gombrowicza za mistrza, za niedościgniony ideał pisarski, który sam wyciął sobie drogę na szczyt. Jednak niepokoi mnie to, że odkopuje się z jego przeszłości jakieś prywatne zapiski, czynione jedynie by utrwalić pamięć, a nie stworzyć jakąś formę literacką, a następnie próbuje się je wcisnąć czytelnikom pod pretekstem ich niesamowitej treści.
Oczywiście, tego typu dziennik będzie czymś niezwykłym*, pozwoli nam odkryć naszego ulubionego autora na nowo albo chociaż zrozumieć jego twórczość w inny sposób, przez pryzmat prywatnych doświadczeń. Pewnie będzie to na swój sposób jakaś sensacja, coś wartego lektury, szczególnie dla wszystkich uzależnionych od Gombrowicza.

Tylko męczą mnie wątpliwości, czy to aby słuszne i moralne, zarabiać pieniądze na skrytych przemyśleniach męża czterdzieści lat po jego śmierci?


*Chociaż ostatnio na rynku mamy zatrzęsienie dzienników - nagle okazało się, że każdy wzięty pisarz prowadził dziennik, który można opublikować. Najlepiej w dwóch tomach.

niedziela, 7 kwietnia 2013

Rok Gronostaja

Autor: Chips Hardy
Tytuł: Poluj, bo upolują ciebie


Do niedawna nie miałem zbyt wielkiego pojęcia o gronostajach. Poza najbardziej znanym wizerunkiem tego zwierzęcia, które na obrazie Leonarda z toskańskiego Vinci, trzymane jest przez pewną "damę", nie dane mi było przyjrzeć się z bliska tym uroczym drapieżnikom.

Autor wziął brutalny, okraszony twardymi zasadami, świat zwierząt i oplótł go bajkowym klimatem. W ten sposób historia krwawego łowcy, próbującego wypełnić swój wiecznie pusty żołądek, nabiera zupełnie innego charakteru. Postacie zwierząt, noszące najbardziej przeciętne imiona jakie tylko mogą przyjść do głowy, są świetnym odbiciem osobowości zwykłych ludzi, których można napotkać na swej życiowej drodze. Wobec tego nasz główny bohater, gronostaj Maks, napotyka na swej drodze przeciętniaków Stana i Morrisa, których bezskutecznie próbuje upolować, lecz wróble nie dają się podejść. Później ma do czynienia z naprawdę mrocznym i bezwzględnym rodzeństwem wron oraz ze straszliwą maszyną do zabijania o sowich oczach. 

Były takie momenty, gdy odrobinę wbrew sobie, kibicowałem bohaterowi, by udało mu się zaspokoić głód i uratować się ze śmiertelnego niebezpieczeństwa.

Całość czyta się naprawdę przyjemnie, choć raz po raz mowa jest o zabijaniu, śmierci, pożądaniu seksualnym i uporczywym głodzie. Mimo to po zakończonej lekturze miałem wrażenie, że znam gronostaje całkiem nieźle. Dodatkowo akurat to wydanie, które udało nam się zdobyć (księgarnia deFacto, cena w okolicach 10 PLN) było okraszone kolorowymi ilustracjami do kilku wybranych fragmentów książki. Nam się bardzo podobały, ale to kwestia gustu :)*
Jak zwykle w podsumowaniu, polecam lekturę, tylko proszę uważać przy dzieciach.
*(Niestety nie mam tej książki teraz przy sobie, by wrzucić tutaj choćby jedno zdjęcie tych urzekających grafik, więc musicie zadowolić się tym zdawkowym opisem. Przykro mi.)

Dostępne w sklepie

czwartek, 21 marca 2013

Zaraz będzie ciemno...

Tytuł: Piątek, 2:45
Autor: Różni (Beśka/Syrwid/Onichimowslo/Koziarski/Plebanek/Ziętek/Turnau/Kornaga)
Wyd: Filar, Warszawa 2010


Jest czwartek, więc napiszę o piątku.
 
Okładka natychmiast rzuciła mi się w oczy, gdy przechadzałem się po księgarni. Niby nic specjalnego, wyrazista czerwień i napis, jaki byle kto mógłby machnąć przy pomocy wysuszonego flamastra. Ale jednak było w tym wszystkim coś, co przyciąga. Musiałem odwinąć ją z folii i wyszarpać z portfela dziesięć złotych. A co dostałem w zamian?

Piątek to antologia. Moje pierwsze starcie z poważnym zbiotem krótkich form różnych autorów. Teraz, z perspektywy czasu, mogę stwierdzić, że było to jak skok w samo serce imprezy. W jednej chwili tańczysz z super atrakcyjną, podpitą studentką, by już po chwili, już przy kolejnym obrocie, spostrzegasz, że twoje ręce spoczywają na udach niezbyt urodziwej absowentki technikum fryzjerskiego.

Innymi słowy kilku autorów się popisało, te historie zostaną ze mną na długo. Pozostali popisali się jeszcze bardziej, bo ich dzieła z chęcia wyparłbym ze swojej duszy i odrzucił jak najdalej  od miejsca, gdzie należy trzymać sztukę dobrej jakości. Ale nie potrafię, bo mój umysł z jednakową uwagą przechowuje te historie w mojej pamięci.

Zandka

Zacznijmy więc piątkowe tańce. Pierwszy tekst jest niezwykle przystępny. To dobre otwarcie, jeśli nie doskonałe. Wciągnęło mnie, dało mi nadzieję, że poziom tego zestawienia będzie bardzo wysoki. Klimat jest nakreślony w fenomenalny sposób. Nigdy nie byłem na śląsku, ale dzięki prostemu opisowi, potrafiłem uzmysłowić sobie w jak paskudnym otoczeniu przebywa bohater. Mamy tutaj ciąg zdarzeń powiązany ze wspomnieniami bohatera, które ukazują nam obraz człowieka skrzywdzonego przez los, młodego chłopaka, który zmaga się z przeciwnościami. Opowiadanie w sam raz na samotną podróż pociągiem przez styczniową noc.

12 godzin z życia Kamili Gryczanej

Zmiana muzyki, przerzucam dalej strony do następnego opowiadania, co do którego miałem wielkie nadzieje. Poznajemy więc naprawdę ubogą, acz urodziwą studentkę (mam wrażenie, że w literaturze wszystkie młode kobiety są atrakcyjne, a jak nie są atrakcyjne to są niebezpieczne), którą przypadkowo na ulicy zaczepia jakiś majętny człowiek. I do głowy przychodzi bajka o kopciuszku, jeno autorka zbyt mocno popuściła swoją fantazję i dała bohaterce całą gamę bardzo rozbudowanych przemyśleń. Czytelnik tonie więc w wątpliwościach młodej kobiety, później w makabrycznie długim opisie tego jak ona mu odmawia, a na końcu, śledzi jakże dramatyczne zmiany akcji i już ma mieć nerwy zszargane gdy... do niczego nie dochodzi. Nie BULWA. To było najnudniejsze opowiadanie ze wszystkich. Przecież ta historia aż się prosi by coś tam wpleść. Gwałt, morderczą zabawę namiętnościami, różne szalone wątki, które mają miejsce późno w nocy. Ale niestety, dostajemy historie o zdesperowanej dziewczynie, która jednak decyduje się nie zeszmacić, aby wrócić do domu głodna, ale z honorem.
Przez moment miałem wrażenie, ze to nie ma za grosz sensu, kląłem pod nosem, aż do ostatniego zdania. Teraz nie wyobrażam sobie bym miał ponownie próbować przebrnąć przez umysł Kamili Gryczanej, a już na pewno nie chciałbym spędzić z nią dwunastu godzin.

To nie jest kraj dla białych ludzi

Muzyka się uspokaja, z głośników płynie jazz, w powietrzu czuć dym i zapach piwa. Wkraczamy do męskiego świata, do opowiastek snutych przez paczkę kumpli, która spotyka się raz do roku by grać w pokera. Każdy z nich ma coś ciekawego do powiedzenia, wciąga ze sobą do miejsca, gdzie przemoc i niebezpieczeństwo czai się na każdym kroku, a jednocześnie odczuwamy spokój, bo przecież oni sobie siedzą, piją i grają. Żadna gwałtowna scena nie ma prawa się odbyć. Ale jednak jest inaczej, ich serca wystawione zostaną na najwyższą próbę.
Porwało mnie na dłużej, a na końcu zostawiło najokropniejsze uczucie jakie znam - niedosyt tekstu. Rzadko żałuję, że jakaś książka czy opowiadanie jest za krótkie, ale w tym wypadku, te historie, ten sposób narracji, domaga się większej, bardziej rozbudowanej formy.

Przeskoczmy teraz kilka numerów, przejdźmy się do kibla, albo na papierosa, bo jeśli będziemy skakać tak do każdego kawałka, to jutro odpadną nam nogi, a tekst rozwlecze się do kosmicznych rozmiarów. 
Opowiadania Suka, W stronę Zośki oraz Pół twarzy w błękicie, pół w uśmiechu skwituję określeniem - do odstania. Zawsze w klubach są takie momenty, gdy DJ (czy raczej osoba, która obsługuje laptopa z muzyką) puszcza piosenki, do których nie bardzo chce się tańczyć. Tak jest w przypadku tych trzech tekstów.
O ile fabuła Suki mogłaby kogoś zaintrygować, choć brak w niej polotu i zahacza o banał, o tyle kompletnie nie wierzę w to by pozostałe dwie historie kogokolwiek urzekły. W stronę Zośki skupia się na problemach pewnej kobiety z jej facetami i oscyluje wokół jej poglądów na temat związków między ludzkich, zupełnie jakby ktoś zebrał kilkadziesiąt notek z bloga jakiejś osamotnionej kobiety tuż przed trzydziestką i rzucił na papier. Natomiast Pół twarzy... to świetny przykład dla każdego, kto chce odradzić komuś pisanie po narkotykach lub o narkotykach.

Zniknięcie Władysława Bluma

Piątek się kończy, niebawem sobota. Jesteśmy sponiewierani przez alkohol i różnego rodzaju środki zmiękczające świadomość. Przed nami staje jakieś dziewcze, niewiele myśląc chwytamy ją za ręce i lecimy na parkiet.

Jest w tym zbiorze takie jedno opowiadanie, które przebiło mnie włócznią swej beznadziejności. Zwykła historia o sprytnej dziewczynie, która pomimo tego, że jest zabieganą panią fotograf w jakimś tam magazynie, znajduję czas by siedzieć po nocach i rozpracowywać zagadki. Czegoś chyba nie zrozumiałem czytając ten tekst. Nie wiem czy można spłodzić coś bardziej oklepanego, niż kolejny kryminał z truposzem i przenikliwym bohaterem, który radzi sobie z ów sprawą, dzięki wrodzonemu talentowi do odnajdywania przypadkowych poszlak i zupełnie przypadkową znajomością z lokalnym stróżem prawa.
Głowa pęka. Człowiek widzi, co przed chwilą trzymał w rękach i ma ochotę rozpieprzyć to o ścianę, wyrzucić przez okno, zrobić cokolwiek by dać zadość swojej frustracji. Przecież nie można tak człowieka zwodzić...

Stambuł

Podejrzewam, że po tym co przeszedłem z poprzednim opowiadaniem, każde następne jakie zaserwowałaby mi redakcja tej antologii, przełknąłbym bez najmniejszego oporu.
Impreza zmierza ku końcowi. Z ciężkim sercem i ogromnym niesmakiem, wychodzimy z lokalu. I wtedy dopada nas to, co nęka wszystkich imprezowiczów, wracających do domu po drugiej w nocy. Głód. Z ogromną radością zeżarłem tego kebaba, jaki czaił się na mnie na końcu tego zbioru.
W jaki inny sposób oddać klimat tego unikalnego momentu piątkowej nocy, gdy wszystko się już kończy i każdy obiera azymut na ciepłe łóżko, własne bądź cudze? Ukazać miejsce, w którym krzyżują się drogi wielu osób, spleść kilka intrygujących wątków, wypełnić przestrzeń charakterystycznymi bohaterami i gotowe. Kebab w cieście z podwójnym mięsem. Smacznego.

I tyle zostało z piątku. Niedojedzona bułka. Po lekturze całości ma się bardzo mieszane odczucia. Niekiedy jesteśmy wstanie wczuć się w ten klimat, gdy noc jest jednym z bohaterów i gra w opowieści główne skrzypce. Innym razem ma się wrażenie, że ten moment trwa bez przerwy, ale równie dobrze mógłby to być wtorek, bo czas nie gra tam roli, wydarzenia niby są gdzieś umiejscowione, ale to nie ma znaczenia. Z wszystkich składników jakie nam zaserwowano, wybrałbym trzy, najwyżej cztery, resztę można sobie odpuścić, albo dać komuś innemu do zjedzenia.
Dobranoc.





wtorek, 19 lutego 2013

Przekąska za złotówkę


Tytuł: Gejsza z Osaki


W życiu każdego człowieka trafiają się takie momenty, do których lubi się wracać wspomnieniami i dywagować, co by było gdyby... Ta niewielka książeczka (format A6, 100 stron i kilka ilustracji), jest pewnego rodzaju próbą uchwycenia takiego wspomnienia, związanego ze spotkaniem z egzotyczną kobietą.
Trochę wstydzę się faktu, że ją przeczytałem. Brak tutaj jakiejś górnolotności, nie ma w niej nic odkrywczego, żadnych przemyśleń, które utkwiłyby w głowie na dłużej niż pięć minut. Ale z drugiej strony otrzymujemy spójną historię, podobną do opowieści dziadka czy babci z cyklu "jak to kiedyś było i czego ja nie widziałem/łam", dodatkowo okraszoną różnymi ciekawostkami związanymi z japońską tradycją i sposobem bycia. Gdzieś jeszcze na marginesie pozostają detale, jak wyposażenie pełnomorski statków rodzimej floty handlowej, czy cały rytuał związany z wejściem do portu. 

Książka zdecydowanie dla ludzi ciekawych świata, szczególnie jego najodleglejszych krańców. Można potraktować ją jako wstęp, swego rodzaju drogowskaz, który skieruje laika na nową drogę, wiodącą do poznania zupełnie odmiennej kultury. 




Dostępne na allegro.








niedziela, 17 lutego 2013

Głodny przebrnie przez tysiąc stron treści

W minionym tygodniu zaobserwowałem, że można przeżyć cały dzień, jedząc jedynie jeden, skromny posiłek rano i funkcjonować na normalnych obrotach, aż do wieczora. Głód to fascynujące zjawisko, wciąż wydaje się takie obce, trudne do pojęcia i zwalczenia, ale za każdym razem, gdy rezygnuję z posiłku, gdy zamiast jechać autobusem, wybieram długi marsz, czuję, że zwyciężam z samym sobą. Nie ma lepszego uczucia na świecie.

Dostałem przelew od matki, wyszedłem z Wydziału Filologicznego przy staromiejskiej fosie i biegiem do bankomatu. Tak, pieniążki, to dzięki nim człowiek czuję się wszechmocny, a głodny student może urządzić sobie wykwintny obiad w postaci kotleta i całego talerza ziemniorów...
No i tak mi to bogactwo uderzyło do głowy, że za obiad zapłaciłem 23 złote z groszami... przy czym żywność kosztowała jakieś dwa złote, resztę wydałem na książki z przeceny.

Najadłem się suchym pieczywem z pobliskiej piekarni i kilkusetstronicowym zbiorem opowiadań pod tytułem Piątek, 2:45. Teraz pochłaniam kolejne karty powieści Ruchy, Sławomira Shutego i wydaję mi się, że jedynym moim problemem jest brak czasu, a wypadałoby poświęcić go także innym sprawom.

Na poważnie zacząłem zastanawiać się nad pisaniem recenzji tanich, niszowych książek, które często pozbawione są jakiejkolwiek promocji. A szkoda!
Poza tym, póki co bardzo słabo idzie mi pisanie czegokolwiek (mój nowy sposób życia, zobowiązania względem drugiej połówki, uniwersytetu i rodziny), przez co jestem strasznie niezadowolony i zdołowany. Razem z Ju doszliśmy do wniosku, że takie krótkie recenzje czy sprawozdania z lektury, byłyby czymś dobrym, szczególnie, że po spędzeniu godziny w empiku, gdzie ceny dobrych książek oscylują w granicach 50+ zł, a do tego, trzeba przebijać się przez zwyczajny chłam, rzucany na pastwę bezmyślnych mas, wyszliśmy stamtąd, nie mając pojęcia, czy czegoś nie przegapiliśmy. Zresztą, po pierwsze mnie nie stać, po drugie nie wiem co może mi się spodobać. Już w takim DeFacto znajduję więcej intrygujących pozycji, niż wśród półek z "azbestsellerami".

Zresztą umiejętność wyrażenia swojej opinii to ważna rzecz, szczególnie w kraju, który kocha się tak ośmieszać. No bo przecież to takie polskie, że człek nie wie, ale się wypowie. Ja chcę najpierw wiedzieć, a później mówić co mam na myśli. Poza tym, równie ważną umiejętnością jest świadome przemilczenie pewnych spraw, które nie powinny być poddawane pod dyskusję. Pewnie ktoś powie, ale jak to, skoro wyrażasz swoje myśli, to nie powinieneś bać się nimi dzielić, niezależnie od tematu... No, ale czasem trzeba też brać pod uwagę uczucia innych osób, choćby te religijne czy moralne (bo najważniejsze jest w co człowiek wierzy i z kim sypia).


Coś jeszcze miałem dodać, ale po prostu to skończę i dam wam wszystkim spokój.

piątek, 27 lipca 2012

W głąb choroby

Autor: Frigyes Karinthy
Tytuł: Podróż wokół mojej czaszki

Można nabawić się poważnej hipochondrii czytając książkę węgierskiego mistrza okresu międzywojennego. Szczegółowy opis pierwszych symptomów, a także rejestr świadomych odczuć budzących się w człowieku podczas operacji mózgu, zbudowały we mnie pewnego rodzaju strach przed chorobą i jej konsekwencjami. Po lekturze pozostały mi dwie ważne myśli, które będą rzutować na moje dalsze życie. Po pierwsze, to nie jest tak, że wszelkie schorzenia "nie dotyczą mnie", bo życie jest takim zjawiskiem, trochę śmiesznym, trochę przykrym, że lubi obrzucać nas różnego rodzaju przypadkami. I wtedy przytrafiają się nam rzeczy, których nigdy byśmy się nie spodziewali.
Myśl druga, znacznie ważniejsza, jak mniemam sedno książki i jej przesłanie, to taki drobiazg, który często się podkreśla, ale mało się w to wierzy, iż zawsze pozostaje nam nadzieja na to, że nasz los się odmieni. Często jest to mrzonka, ale równie często... No właśnie.

Polecam tę książkę jako studium choroby i stanów emocjonalnych, które towarzyszą takiego typu schorzeniom.

sobota, 21 lipca 2012

Niepoczytalność


Cztery książki w cenie jednej.

W Olsztynie, na przeciwko ratusza, a więc w samym sercu miasta, niewielki lokal zajmuje księgarnia De Facto Outlet.
Zaglądamy tam czasem by wydać resztki naszych pieniędzy na kilka stosów mocno przecenionych książek. Często bierzemy w ciemno, sugerując się jedynie opisem z tyłu okładki. (Dzięki temu wiem jak ważne jest zachęcające streszczenie, które się tam umieszcza).
Wbrew panującej opinii, iż rynek wydawniczy ma się źle, w tej konkretnej księgarni, zawsze ktoś się kręci, podobnie jak w antykwariacie na Grunwaldzkiej, czy przy stoisku z książkami w Empiku.

Dlatego zdziwił mnie tekst jaki przeczytałem na jakiejś ulotce znalezionej w restauracji. "Homo Sapiens Czytający". Jakaś pani (choć sądząc po zdjęciu, może to być dziewczynka) podróżując pociągiem doznała nagłego olśnienia, ponieważ zauważyła bardzo wielu ludzi, którzy zaczytywali się w różnych książkach. Sensacja! Ludzie jednak czytają! Coś nieprawdopodobnego, więc skąd wziął się ten pogląd? Skąd ta plotka, że literatura umiera? Skąd media i wszyscy ci ludzie od statystyk, wytrzasnęli slogan "pół książki rocznie"? Sensacja!

Ponad dwa lata bujam się po szynach. Jechałem już o każdej możliwej porze, w każdą możliwą stronę, z różnymi prędkościami, w różnym standardzie i towarzystwie. Widziałem wiele, nie wszystko, ale dostatecznie dużo by móc na podstawie własnych doświadczeń, wyrażać opinie.

Ludzie czytają wszędzie, szczególnie, gdy mają przed sobą widmo kilku godzin spędzonych na bezczynnym siedzeniu w miejscu. Owszem, zdarzają się dni, że jestem jedynym człowiekiem w przedziale, który nie gapi się w okno lub w laptopa lub nie śpi, bo przeważnie ludzie w pociągach śpią.
Ja sam lubię czytać, ale robię to rzadko, tylko na trasach, które znam już na pamięć, ale nie tam i nie wtedy, gdy krajobraz za oknem maluje się o wiele ciekawiej niż jakikolwiek opis wymyślony lub spisany na potrzeby lektury.

Wnioski? Nie należy wyciągać pochopnych wniosków na podstawie pojedynczej obserwacji.

Mniejsza. Pora na jajecznicę!

I jeszcze kilka fotek, które zrobiła Kazikowa. Nasze znaleziska. (Pod każdym zdjęciem cena.)


4.70


7.70 


5.00


9.70

piątek, 24 czerwca 2011

Nostalgia kojarzy mi się z naszym starym telewizorem

Kilka dni temu nadrabiałem braki w obcowaniu z filmami. Obejrzałem Nostalgię anioła oraz Jestem bogiem. Dziś skupię się na pierwszym tytule z racji tego, że jestem głęboko poruszony jakością tej ekranizacji.
Nie jestem zwolennikiem przypisywania wszystkich zasług reżyserowi, przecież nad każdym ruchomym obrazem pracuje cały sztab specjalistów, ktoś pisze scenariusz, ktoś tworzy ujęcia, wiadomo.
No, ale dziś poważę się na zwalenie całej winy na reżysera (skoro zazwyczaj zbierają całość zasług). Nie trzeba być wielkim miłośnikiem kina by kojarzyć kilka nazwisk, o których huczą czasem nawet wiadomości w publicznej telewizji.
Jackson, z imienia Peter. Uważam go za pewnego rodzaju, terapeutę, gdyż chyba dobrze zdawał sobie sprawę, iż na świecie są ludzie tacy jak ja, którzy stronią od długiej lektury, sądząc, że w głowie mają lepsze historie. (Ach te moje zadufanie!)

Niesamowity władca biżuterii to jego dzieło. Tak można to nakreślić w dużym skrócie i jest to oczywista nieprawda, gdyż ta historia zrodziła się w głowie znakomitego pisarza Dzi. Ar. Ar. Tolkiena. No, ale nie bądźmy drobiazgowi...

Dystrykt 9. Za jego produkcję (o ile nie kłamie internet, nie chciałem już sprawdzać na liście płac) odpowiada  wspomniany już wyżej reżyser. Film nie był zły, a nawet można powiedzieć, że trafił w mój gust. No, ale przyczepmy się czegoś innego...

Teraz przyjrzyjmy się filmowi z 2009 roku. Jest to ekranizacja książki Alice Sebold, która sama przeżyła podobne rzeczy, przez co jej opowieść jest poruszająca, szczera i przesączona ciekawymi i drobiazgowymi refleksjami.

[uwaga! może zawierać spoilery]

Tymczasem dostajemy film, który jest totalnym gwałtem na tej historii, a nie historią o gwałcie. Gdzie poprzestawiano bohaterów, czyniąc najważniejszym z nich ojca przeżywającego kryzys i obsadzając tą rolę Markiem Wahlbergiem, któremu ciężko przychodzi wyrażanie zróżnicowanych emocji *link* i który ma całkiem niezłą biografię (aż powiedziałem wow) *link*
Zaznaczę jeszcze, że w postać matki wcieliła się wyrazista Rachel Weisz (mój kochany Constantine), którą zepchnięto na margines (praktycznie nie uargumentowano dlaczego opuściła rodzinę). Otrzymaliśmy, więc zlepek scen wprost wyrwanych z książki (niektóre są wręcz przekalkowane, nie starano się jakoś tego interpretować), bohaterów ważnych wypchnięto daleko poza margines (chociażby Ruth, która pojawia się chyba 3 razy, a w książce narratorka długo rozwodzi się nad nią. Ogólnie patrzę na zdjęcia tej aktorki w internecie i zastanawiam się czy to jest ta sama dziewczyna?). Ten *link* porównaj z tym *link*
A bym zapomniał, o moim zdaniem, jednym z lepiej wykreowanych czarnych charakterów (nominacja do Oskara za tę rolę). Oklaski dla mistrza drugiego planu Stanleya Tucci *link*

Jednym słowem Jackson zrobił wielką kupę.

Strach mnie ogarnia, gdy myślę o tym, że ten człowiek dłubie przy Hobbicie. Fakt, zna te realia, no i zamiar ma sporo ambitniejszy. Pocieszam się nadzieją, że może zrobił taką kupę by już wypróżnionym zabrać się za kolejną, jak mu się wydaję, lepsza historię?
Chyba wciąż za idealną ekranizację uważam Czas apokalipsy.

Totalnie na marginesie tych rozważań *link* mały przekrój gustu młodych ludzi...

środa, 22 grudnia 2010

Bądź oszustem



Banksy - Wall and Piece
Polecam wszystkim buntownikom i ludziom niepokornym.

Album wypełniony fotografiami sztuki tworzonej przez Banksy'ego na przestrzeni lat. (szczury, szablony, instalacje, plakaty, itd.)
Poza tym integralną całością są komentarze samego autora umieszczone w różnych miejscach książki. Banksy opowiada w nich o sobie, o powodach dla których zajmuje się street artem, a na końcu udziela nawet kilku wskazówek dla początkujących. Wiele z tych myśli głęboko mnie tchnęło... Sądzę, że znalazłem nowe źródło inspiracji.

 "Become good at cheating and you never need to become good at anything else."